Mam 40 lat i jestem już zbyt dorosła na wieczne kłótnie, walki i pretensje. To, co mam niech czyni mnie szczęśliwą

Małgorzata Rubin-Bedra
Małgorzata Rubin-Bedra
22 kwietnia 2016
Fot. Unsplash/Paige Marie / CCO
 

Piosenka Anny Jantar, odkryta kilka lat temu, wraca do mnie co jakiś czas. Kojarzę ją z moimi urodzinami i bardzo zapadły mi w pamięć i serce te słowa: „To, co mam, to radość najpiękniejszych lat. To, co mam, to serce, które jeszcze na wszystko stać (…) To wiara, że naprawdę umiem żyć.”

Za dwa miesiące skończę 40 lat. Mam ogromną świadomość siebie, życia, tego co lubię i czego chcę. Mam siłę, poczucie, że jednak jestem fighterem. Wybaczenie rodzicom i pełną akceptację ich, co wniosło we mnie spokój i harmonię. Przeżyłam chyba dużo. Chodzenie po górach, bycie „duszą towarzystwa” i zawsze radzącą sobie ze wszystkim, „chwilę” w zakonie, mocne upadki; spotykanie ludzi, którzy ukształtowali mój kręgosłup – dzięki którym mam mocne i silne poczucie własnej wartości (takiej mimo wszystko).

Przeżyłam też pierwsze i bardzo trudne chwile z uświadamianiem sobie o problemach ze zdrowiem, które będą towarzyszyć mi całe życie i zdeterminują codzienność. Stawianie sobie realnych poprzeczek, bo z kogoś, kto „ mógł wszystko” – stałam się kimś, kto nie mógł i nie miał prawie nic. Walczyłam o wydobycie się kokonu, by stanąć na nogach i jednak mieć tak wiele. Bo teraz – nie mogę pracować z dziećmi, ale piszę artykuły i porady dla rodziców. Nie mogę mieć swoich dzieci, ale duchowo adoptowaliśmy niewidomą Radhę z Indii. Nie mogę być taka, jak wszyscy – tzw. „normalna”, zawsze towarzyszy mi poczucie bycia INNĄ, nastygmatyzowaną; to trudne, ale dzięki temu mam wyjątkową wrażliwość, która otwiera mnie na miejsca i sytuacje, których nikt nie dostrzega.

Mam też za sobą poważny kryzys w małżeństwie, który właściwie jeszcze się tli. Okazało się, że nie jestem idealna (Jak to???). Jestem ekstrawertyczna, krzycząca i mówiąca za dużo. Mój mąż też nie jest idealny, tyle razy mnie krzywdził, oskarżał i obwiniał. Ale… Przez 13 lat zbudowaliśmy tak wiele dobrego, a to dobre jest milion razy większe od złego.

Kilka dni temu napisałam w e-mailu do mego męża: „Nie mam już siły na takie walki, jakie są między nami, na dziwne pretensje i niedojrzałe kłótnie, krzyki, robienie z siebie prymitywnego zwierzęcia (wszystkie zachowania, do których się posuwamy przesuwając granice w kłótniach). Wszystko już było – wykrzyczeliśmy sobie wszystko, uświadomiliśmy na terapiach, wiemy jak „smakuje” separacja. Wiemy, jacy jesteśmy, co sobie dajemy, co daliśmy, co zbudowaliśmy i budujemy, co nas łączy a co dzieli. Ja jestem i byłam z Tobą szczęśliwa. Dajesz mi dużo radości, lubię nasz dom, dbanie o Ciebie, nasze ptaki za oknem.

Mam 40 lat i jestem już zbyt dorosła na wieczne kłótnie, walki i pretensje. Ja już tego nie chcę. Dla mnie dalszy trening komunikacji i trudne sytuacje, które będą się pojawiały w życiu (jak u każdego) – to tylko kosmetyka, a nie kolejne powody do walki i aż takich kłótni, nie powody do pytań „być razem czy nie”. Ja takiego związku już nie chcę, ja już nie będę krzyczeć, walić drzwiami, rzucać talerzami. Chcę uśmiechu, życzliwości, ciepła, poczucia bezpieczeństwa, rowerów, lasu, gór, upiększania mieszkania i szalonego seksu.”

Dziś jestem świadoma, kim jestem i mam zgodę na siebie. To najważniejsze.

Jeszcze jednego mi brakuje – samodzielności. Bo jednak mój związek i mój mąż są ostoją i czymś, co mi jest bardzo potrzebne do oddychania. Ale to nic, to chyba dobrze… bo mam co robić, nad czym pracować przez kolejne lata. Więc może jest po co i warto żyć…?


Nasza „Adopcja serca” – mamy niewidomą „córkę” w Indiach

Małgorzata Rubin-Bedra
Małgorzata Rubin-Bedra
12 maja 2016
 

Radhę poznaliśmy kilka lat temu, dzięki mojej koleżance ze studiów, siostrze Sarze (siostra zakonna z Zakonu Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża). Sara była wówczas na misjach w Indiach, w Bangalore, w ośrodku i szkole dla niewidomych dzieci, zwanym Jyothi Seva.

Hasło „Adopcja serca” było mi znane. Nigdy jednak nie mogłam podjąć aż tak dużej odpowiedzialności, by płacić określoną kwotę na dziecko za granicą, regularnie, co miesiąc. Kiedyś była to kwota, na którą nie było nas (mnie i męża) stać, a przecież nie można też nagle przestać wysyłać pieniądze ot, tak, bo „nam się znudzi”; to musiała być bardzo przemyślana i odpowiedzialna decyzja, dzięki tym pieniądzom dziecko może się uczyć, ma lepsze życie, ubranie, opiekę.

Z Radhą kontakt jest o tyle trudny, że zwykłe listy tam nie dochodzą, a e-maili ona nie odbiera, bo do tej pory była za mała na komputer brajlowski; może z czasem się to zmieni. Piszemy do niej co jakiś czas e-maile, a siostra opiekująca się nią czyta je jej, później dostajemy odpowiedź (po angielsku).

Dziś Radha ma 14 lat. Rodzice ją porzucili tuż po urodzeniu, jako, że jest niewidoma. Ma tylko babcię. Do Bangalore trafiła, jak miała ok. 6 lat. Często wtedy chorowała, miała katar, infekcje. Wówczas, siostry zabrały ją do lekarza i okazało się, że ma tak mocno zanieczyszczony nos, że lekarz musiał jej go „odtykać”, wkładając rurki i ściągając w ten sposób brud (w tym piasek). Babcia Radhy mówiła, że sama szła na cały dzień do pracy, a wnuczka zostawała na podwórku przed domem. Musiało być tam tak brudno, że kurz i piasek zaczął zalegać dziewczynce głęboko w nosie, co powodowało permanentny katar. Sara, która była wtedy u lekarza z Radhą, była pod wielkim wrażeniem, jak wiele takie małe dziecko może znieść. Bo mała była bardzo dzielna – rurki włożone do nosa, przez które lekarz ściągał zanieczyszczenia – to wszystko musiało ją boleć; łzy leciały jej po policzku, ale nie krzyczała, wytrwała do końca, wiedząc, iż robione jest to dla jej dobra.

W całej historii naszej znajomości z Radhą, właściwie wszystko było i jest zawsze zaskoczeniem. Pisanie zwykłego e-maila do dziecka, które jest niewidome, a do tego mieszka w Indiach, okazało się nie lada wyzwaniem. Bo jak np. opisać to, że jeździliśmy na rowerach i w lesie spotkaliśmy sarnę? Przecież ona nigdy sarny nie „widziała” i nawet, jak opiszę, to co z tego zrozumie (skoro saren w Indiach nie ma)?? Zresztą, okazało się, że to nie sarna była dla niej zagadką, ale rowery, bo nigdy ich nie dotykała i nie spotkała…

Co jakiś czas robimy jej prezenty, które ktoś tam zawozi. Pamiętam, jak pierwszy raz kupowaliśmy jej sukienkę na urodziny. Towarzyszyły nam wtedy niezwykłe emocje. My nie mamy własnych dzieci, a tu mieliśmy poczucie,  że nasza podopieczna ma tylko babcię, my zaś możemy dać jej tak wiele. Że od tamtej pory (od kilku lat) ma nas, może na nas liczyć, mieć poczucie, ze mimo braku biologicznych rodziców i odrzucenia – gdzieś daleko jesteśmy my i możemy ją wspierać, sprawiać radość i frajdę z sukienki, nowego plecaka do szkoły, czy zegarka brajlowskiego. Akurat sukienka nie musiała być piękna kolorystycznie, ona musiała mieć ciekawą fakturę, bo oczami Radhy i jej znajomych z ośrodka – jest dotyk.

Innym razem wielkim zaskoczeniem była informacja na temat mycia się dzieci w Bangalore. Rok temu, kiedy Raha miała mieć 13. urodziny, zastanawiałam się nad prezentem. Wtedy, wspomniana koleżanka, s. Sara, podpowiedziała, żeby to były jakieś drobne kosmetyki – dezodorant, mydełko, balsam do ciała – wszystko pachnące i co lubią dorastające dziewczynki (te niewidome w Indiach też, bo mają wyostrzony zmysł węchu). Zdziwiłam się, kiedy Sara „zastrzegła”, żeby nie kupować płynu do kąpieli, tylko właśnie mydełko. Nie rozumiałam. Wtedy dowiedziałam się, że akurat w tej części Indii wody jest mało, często brakuje, a dzieci w ośrodku jest bardzo dużo, ponad 200. Nie mogą zatem kąpać się „tradycyjnie”, pod prysznicem; jest wiaderko z wodą, a dzieci polewają się kubeczkiem i tak wygląda mycie.

Pytałam kiedyś, jak to jest z kolorami, czy dzieci niewidome jakoś się uczy, czym są kolory, opisuje je, może na zasadzie skojarzeń: zielony – trawa, żółty – słońce, ciepło? Wtedy Sara opowiedziała mi o dziewczynkach, z którymi pracowała w internacie. Jedna mówiła o tym, że jej się śnią kolory; ona nigdy nie widziała, nie wie, jakie one są, ale w swoim śnie wie dokładnie, że to kolor fioletowy albo niebieski, zielony. Druga z dziewczynek mówiła, iż nie wie, dlaczego, ale jej ulubionym kolorem jest czerwony i prosiła często, żeby takie ubrania jej szykować.

Niezwykłe jest to, jak Radha pisze do nas w e-mailach. Bardzo czule i serdecznie. Oto fragmenty listów od niej i niech to będzie zakończeniem mojego opowiadania o niej; o cudownej dziewczynce, której jedyną bliską rodziną jest babcia, która nie ma pieniędzy, nie widzi, mieszka tak daleko od nas, a jest nam tak bardzo bliska…

 

„Droga Ciociu i Wujku

Najpierw chciałabym Wam podziękować za piękny plecak i list. Plecak ma różowy kolor i jest bardzo piękny. Bardzo mi się podoba. Dziękuję i modle się za Was.

Spędziłam wakacje pomagając mojej babci i opiekując się moja siostrą (Małe sprostowanie: to nie jest rodzona siostra Radhy, a daleka kuzynka, którą również opiekuje się babcia). Ma ona na imię Asha – co znaczy Nadzieja. Ma 9 miesięcy. Asha jest spokojnym dzieckiem, nie sprawia większych kłopotów. Asha pomaga mnie i babci, przyniosła Babci szklankę wody. Bardzo ją lubię. Babcia czuje się dobrze, chodzi do pracy. Kiedy idzie do pracy, Asha jest pod opieką prababci, która ma 70 lat. Moja babcia mieszka w Andhra Pradesh, to inny stan, koło Karnataki. Odległość między Bangalore i moim miejscem to około 350 km. Nie mam żadnych przyjaciół w mojej wiosce, ale tylko w Jyothi Seva.

W szkole radze sobie dobrze, oprócz kannady. Lubię lekcje komputerów. W przyszłości chciałabym być nauczycielką.

(…) Ciociu i Wujku, chciałabym jeszcze raz podziękować Wam za miłość, troskę i plecak. Pamietam o Was w moich modlitwach i o nie także proszę. Z miłością

Radha.”  (sierpień 2013 r.)

 

„Najdroższa Ciociu Małgosiu i Wujku Józefie

Jak się czujecie? Tęsknię za Wami. Tutaj w Indiach mamy porę deszczową. Mieliśmy letnie wakacje od 5 kwietnia do 2 czerwca. Podczas wakacji pomagałam babci przynosić wodę i utrzymywać porządek w domu. Bawiłam się z moją siostrą. Nosiłam ją. Pojechałam do domu mojej cioci i jej pomagałam. Wychodziłyśmy z domu i uczyłam ją angielskiego. 15 sierpnia obchodziliśmy w naszej szkole Dzień Odzyskania Niepodległości. Mieliśmy pokaz ćwiczeń gimnastycznych, taniec, śpiew chóru, skecz. 

Proszę, przekażcie moje pozdrowienia Waszym rodzicom. Ciociu, bardzo dziękuję za zegarek brajlowski. Pomaga mi w byciu punktualną. Dziękuję Bogu za tak Kochanych Ciocię i Wujka. Modlę się za Was i chciałabym spotkać się z Wami.”  (wrzesień 2014 r.)

 

„Droga Ciociu Małgosiu i Wujku Józefie

Chciałabym podziękować Wam za list, który otrzymałam i który mnie bardzo ucieszył. Cieszę się, że czujecie się dobrze i że macie teraz piękną porę roku w Polsce. Mam nadzieję, że  cieszycie się i macie dobry czas.

(…) Mieliśmy egzaminy końcowe, których wyniki otrzymaliśmy dzisiaj. Otrzymałam 63 %. Jestem szczęśliwa, że zdałam do 8 klasy. W czasie tych 8 lat w Jyothi Seva nauczyłam się wielu rzeczy np. dobrego charakteru, dobrych manier, a także prowadzenia samodzielnego życia, oprócz wiedzy, którą zdobyłam. Nauczyłam się opowiadać piękne historie, zainspirował mnie gawędziarz, który przyjechał do naszej szkoły i opowiadał nam historie w sposób piękny.

Spędzam czas wolny ćwicząc grę na pianinie i muzykę karnatacką

Proszę, módlcie się za mnie i za członków mojej rodziny.

Wasza kochająca córka, Radha.”  (kwiecień 2016 r.)


www.pills24.com.ua

www.diploms-home.com

medicaments-24.com/dapoxetine/dapoxetine-60-mg/