Wszystkie kobiety są piękne… tylko często o tym nie wiedzą! To, jak wyglądasz, może być twoją radością lub kompleksem – wybieraj mądrze

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
23 kwietnia 2018
Fot. istock / Jasmina007
 

Zastanawiałyście się kiedyś, co sprawia, że czujecie się piękne? I nie chodzi o makijaż ani o nową sukienkę. Prawdziwe piękno bije od nas najczęściej, gdy jesteśmy szczęśliwe, zakochane lub atrakcyjne dla drugiej osoby. Jeden komplement potrafi zmienić świat. Podobnie dzieje się, gdy my same jesteśmy pewne swojej wartości.

Bo myśleć o sobie dobrze (i o swoim ciele też), to móc więcej!

Dlaczego wygląd jest ważny?

Na temat wpływu wyglądu na samopoczucie przeprowadzono wiele badań i czy się nam podoba czy nie, to, jak wyglądamy, wpływa na naszą samoocenę (i odwrotnie). Jesteśmy związani z naszymi „powłokami” silną i nierozerwalną więzią, co z kolei może być dla nas siłą lub słabością. Poczucie atrakcyjności jest odbiciem naszej pewności siebie. Nie trzeba tego nawet udowadniać, wystarczy wrócić myślami do momentu, w którym pomyślałyście kiedyś (a z pewnością przydarzyło się to każdej kobiecie): „On nigdy nie zwróci uwagi na kogoś takiego jak ja” – gdzie „takiego” prawie zawsze oznacza nieidealnego, nie dość pięknego, nie wystarczająco dobrego. A przecież doskonale wiemy (również z badań), że często ze stereotypową atrakcyjnością fizyczną wygrywa osobowość, otwartość, pewność siebie, uśmiech.

Dbanie o swój wygląd i sprawność ciała nie są więc związane tylko z fizycznością. Chcemy czuć się pięknie i zdrowo, bo dzięki temu jesteśmy szczęśliwsze i zadowolone z życia.

To jak wyglądasz może być twoją radością lub kompleksem – wybieraj mądrze

Tak już w życiu bywa, że dokonujemy wielu wyborów. Z każdej sytuacji, która nas spotkała, możemy wynieść ważną lekcję lub płakać nad rozlanym mlekiem. Podobnych wyborów dokonujemy wobec naszego ciała.

Nie ma ideałów. Często jednak wzdychamy do zdjęć perfekcyjnych kobiet na okładkach magazynów… do czasu, gdy te „perfekcyjne” zobaczymy bez makijażu albo na żywo, na ulicy. I nagle okazuje się, że stan, do którego chciałyśmy dążyć, zarzucając sobie bycie nie dość dobrą, nie dość piękną czy nie wystarczająco szczupłą, tak naprawdę nie istnieje. Że te kobiety niewiele się od nas różnią. I nawet nieidealne nadal są piękne.

Czasem jak dzieci, gonimy za kolejną bajką, zamiast cieszyć się tym wszystkim, co mamy już teraz. W tej gonitwie na prawdziwą radość nie wystarcza już czasu, bo przecież zawsze można zrobić, żeby wyglądać jeszcze lepiej.

Nie lubisz swoich bioder, ud czy pupy? One nie znikną, ale czy to dość dobry powód, by rezygnować z szczęśliwego życia? Masz ochotę – poćwicz, będziesz czuła, że zrobiłaś coś dla siebie, by twoje ciało wyglądało lepiej. Nie lubisz swojej skóry, masz wrażenie, że nie ma „tej dziewczyny”, którą tak bardzo lubiłaś? Zadbaj o nią najlepiej, jak potrafisz, ale nigdy nie zamieniaj swojej skóry na cudzą. Niech „ta dziewczyna” nie znika,  pozwól jej zostać i dojrzeć. Naprawdę możesz zrobić wiele, by jeszcze długo uśmiechała się do ciebie z lustra.

Nie skupiaj się na swoich deficytach, każdy z nas ma swoje mocne strony!

Wszystkie kobiety są piękne… tylko często o tym nie wiedzą!

One piękno noszą głęboko w sobie, czasem ukryte pod warstwą kurzu, zmęczenia, niskiej samooceny.  Szalenie trudno jest  im uwierzyć, że ono cały czas jest, czeka, aż wreszcie pozwolimy mu się pokazać. Zupełnie jakbyśmy czekały na bilet do lepszego życia, potrzebowały pozwolenia reszty świata, by wreszcie siebie polubić, pokochać i zaakceptować.

Tymczasem taką przepustką bywają drobiazgi – 10 minut czasu dla siebie, zdrowy rytuał, pogłaskanie swojego ciała, pochwalenie samej siebie. Decyzje: chcę, mogę, będę… I miłość własna do ciała, które, jakie by nie było, daje nam bardzo wiele. Piękno, którego jesteśmy świadome, kryje się za akceptacją.

Akceptacja to nie przemijanie

Mamy ogromny problem z akceptacją. Z jej zrozumieniem. Odbijamy się od niej, jak od niewidzialnej ściany. Akceptacja ciała jawi nam się, jak rezygnacja ze zmian. Twarda bariera, po której przekroczeniu nie wiadomo, co nas czeka. Tymczasem akceptować, nie oznacza zaniedbywać i wywiesić białą flagę.

Pomiędzy próżnością a obojętnością wobec własnego ciała, leży złoty punkt – i każdy znajdzie go gdzie indziej. Dla jednych będzie to pogodzenie się z upływem czasu, dla innych zaakceptowanie swojej fizyczności: wzrostu, wielkości piersi czy koloru włosów. I uwierzcie, to, że pogodzimy się ze swoim ciałem, nie oznacza, że nie możemy go już rozpieszczać, dbać o nie, spowalniać procesy, które stają się naszym ograniczeniem.

Tak, akceptuję:

– to, że moje ciało jest inne niż 10 lat temu (ale bardzo je lubię, jest nawet lepsze!),
– to , że nie będzie nigdy ciałem sprzed dwóch ciąż (i nic nie szkodzi, jestem z niego dumna, jest moją historią i wcale nie musi być zaniedbane),
– i to, że włosy siwieją (ale przecież mogę je ufarbować, a może kiedyś nie będę chciała tego już robić?).

Moje ciało jest inne i ja też jestem inna, ale wciąż mogę zrobić wiele rzeczy, by to „inne ciało” nadal mnie cieszyło. By służyło mi dobrze. Żeby dobrze wyglądało. Ale wszystko, co zrobię – zrobię dla siebie. Nie dla mężczyzn, przyjaciółek czy z powodu społecznych oczekiwań. To jedyny klucz do weryfikacji czy potrafimy zaakceptować swoje ciało. Jeżeli chcesz coś zmieniać, pracować nad czymś – niech motywacja wypływa z głębi ciebie. Nie walcz z wiatrakami, nie rzeźb ideałów, których ktoś od ciebie oczekuje (a może tylko ci się tak wydaje?).

Akceptuję siebie, nie oznacza: „przestanę walczyć z otyłością” – oznacza: „rozumiem, że zmiany wymagają czasu i pracy, rozumiem, że robię to dla swojego zdrowia (fizycznego i psychicznego), dla siebie”.

Akceptuję siebie, nie oznacza: „usiądę i będę czekać na starość, bo taka jest kolej rzeczy” – oznacza: „rozumiem, że moje ciało bardzo się zmieniło, wymaga ode mnie innej troski i pielęgnacji, rozumiem, że nie będę wyglądać jak dwudziestolatka, ale mogę żyć tak, by te zmiany mi nie przeszkadzały, by następowały powoli i łagodnie”.

Od naszej samooceny zależy bardzo wiele, nawet to, czy potrafimy zbudować szczęśliwy związek z drugą osobą. Kiedy kobieta czuje się ze sobą dobrze, może zdobyć cały świat. Akceptować, znaczy dbać dzisiaj o to, co już mamy.

Chcę wyglądać pięknie – dla mnie! I tego z całego serca wam wszystkim życzę.

Partnerem artykułu jest

dystrybutor 

Kochaj swoje ciało. Dbaj o nie. Pozwól mu się odwdzięczyć.
Piękno nosimy w sobie przez całe życie.

Fot. Materiały prasowe

Spółka BioMed-Pharma Polska, jako siostrzana firma BioMed-Pharma AS z siedzibą w Oslo, ma przyjemność przedstawić Państwu . Jest to  najwyższej jakości suplement diety skierowany głównie do kobiet po dwudziestym piątym roku życia, które dbają o swoją aktywność fizyczną oraz zdrowie skóry, włosów i paznokci. Suplement produkowany jest w Norwegii przez firmę Pharmatech AS. Zawarte w Kolagenie Norweskim składniki mają potwierdzony przez wielu klientów znaczący wpływ na jędrność skóry (potwierdzone badaniami JCD, volume 14, Issue 4 December 2017, Pages 291-301) i opóźnianie procesów jej starzenia oraz witalność włosów i paznokci. 


Leżałam, patrzyłam w ścianę, nie czułam nic. Przeżyłam załamanie nerwowe, choć wydawało mi się, że jestem silna

Listy do redakcji
Listy do redakcji
23 kwietnia 2018
Fot. iStock/kupicoo
 

Myślałam, że jestem silna. W każdym, najtrudniejszym momencie życia miałam uśmiech na twarzy, nadzieję w sercu. Mówiłam innym „dasz radę”, a oni pytali, skąd biorę tę siłę, jak to się dzieje, że niezależnie od tego, co się wydarzy, wierzę, że jeszcze wszystko się ułoży. Układało się, lepiej czy gorzej. Załamanie przyszło w najmniej spodziewanym momencie, właściwie dokładnie w momencie, kiedy naprawdę zaczęłam wychodzić na prostą. I nagle poddałam się, na ostatniej proste, na półmetku, widząc już cel. Zrezygnowałam.

Co to znaczy poradzić sobie z życiem? To znaczy, codziennie iść do przodu, mimo wszystko. Mimo wszystko codziennie wstać, zaparzyć sobie kawę, wyszykować dzieci do szkoły, albo nakarmić kota i wyjść do pracy, nawet tej za najniższą krajową. Ciągle, nie tylko mieć wiarę, że jeszcze trochę wysiłku i będzie lepiej.

I ja sobie radziłam, do pewnego momentu. Jako nastolatka przeżyłam śmierć brata, potem ojca, który nie pogodził się nigdy ze śmiercią dziecka i popełnił samobójstwo. To ja znalazłam tatę. Miałam wtedy 16 lat. Ten obraz zostanie ze mną na zawsze. Potem przyszły ciężkie momenty, kiedy zostałyśmy z mamą same i to ja musiałam przejąć za nią opiekę nad domem i moją młodszą siostrą. Mama pogrążyła się w żałobie, nie obchodziły jej rachunki, zakupy, wywiadówki. To ja pożyczałam pieniądze od rodziny, ja pocieszałam, pielęgnowała w chorobie. Z nastolatki stałam się nagle mentalnie trzydziestolatką, w kilka miesięcy wydoroślałam.

Nigdy nie zawiodłam.  Skończyłam szkołę, poszłam do pracy, zaocznie studiowałam. Po latach depresji mama stanęła na nogi, wróciła do zawodu. Było się z czego cieszyć. Ja byłam zakochana, z optymizmem patrzyłam w przyszłość, awansowałam i odliczałam dni do obrony pracy magisterskiej. Wtedy, w wypadku zginął mój chłopak. Wracał nad ranem z pracy, zasnął prowadząc. Miał 25 lat i całe życie przed sobą. Pamiętam jak odbieram telefon od jego rodziców i kątem oka zerkam na wyświetlacz zegarka. 5:49.

Oczywiście, że cierpiałam, żyć jednak trzeba było dalej. Moja mama narobiła długów, bo okazało się, że nabrała wcześniej jakiś kredytów, o których nic mi nie powiedziała. Chciałam ją ochronić, spłacić, pracowałam po godzinach i cieszyłam się, że nie muszę jeszcze wracać do pustego mieszkania.

Ale poradziłam sobie z tym, otrząsnęłam się. Choć dźwięk telefonu wcześnie rano do tej pory wywołuje u mnie przerażający, zimny dreszcz. Po trzech latach znów otworzyłam się na miłość, a długi mamy zostały spłacone. Zaczęłam planować przyszłość z mężczyzną, który pokochał we mnie ten mój optymizm i nie przestraszył się mojej historii. Przeniosłam się do innej firmy, na lepsze stanowisko. Poczułam się szczęśliwa. Chyba pierwszy raz tak naprawdę, głęboko w środku.

I nagle – awaria. To zdarzyło się nagle, bez uprzedzenia. Obudziłam się pewnego dnia i poczułam… wielkie nic. Pustka, obojętność. Może trochę strach, że tak nic nie czuję. Nie miałam siły wstać, leżałam i patrzyłam w ścianę. Dosłownie. To był moment, w którym w moim życiu panował absolutny spokój, harmonia. A ja właśnie rozpadłam się na tysiąc kawałków i nie miałam na to żadnego wytłumaczenia. Zadzwoniłam do pracy, wzięłam dwa dni wolnego. Położyłam się i zasnęłam, tak po prostu. Obudziłam się z atakiem kompletnej paniki. Niepokój, lęk, rozpacz – wszystkie te emocje spadły na mnie jak uderzenie i dosłownie wbiły w ziemię.

Następny dzień był jeszcze gorszy. Pamiętam, że chciałam się zabić. Siedziałam na podłodze, łzy płynęły mi po policzkach, zastanawiałam się, czy jeszcze nad sobą panuję, czy sama dla siebie jestem niebezpieczna.  Poza tym, czułam się bardzo źle fizycznie, bolała mnie głowa, plecy, kręgosłup. Czułam się, jakbym miała gorączkę.

Kolejne dni zapamiętałam jako chaos, ogromny bałagan w mojej głowie. Nie mogłam pracować, trzeźwo myśleć, rozmawiać. Nie była w stanie podjąć żadnej decyzji. Bałam się tego, co się ze mną działo i nie potrafiłam się do tego przyznać, nikomu tego opowiedzieć. Bo niby jak? Ja, ta najsilniejsza, opiekunka, która przetrwała dosłownie wszystko? A jednak, traciłam kontrolę nad życiem, nad sobą. I nie potrafiłam już temu zaradzić.

Do lekarza trafiłam dzięki narzeczonemu. Zobaczył to wszystko mimo mojej maski. Wziął mnie za rękę, posadził obok siebie w samochodzie i zawiózł do przychodni. Tam skierowano mnie do psychiatry, a on pomógł mi odzyskać siebie. Diagnoza kompletnie mnie zaskoczyła. Zaskoczyła też moją rodzinę, przyjaciół. Zdawali się mówić: „wszyscy, tylko nie ty”. Powrót do zdrowia okazał się kilkumiesięczną walką – moją, mojego lekarza i mojego narzeczonego. Udało się, choć to doświadczenie zmieniło mnie na zawsze. Dowiedziałam się, że nic nie jest pewne, jeśli chodzi o to, ile możemy znieść.

Czego nauczyło mnie moje załamanie? Tego, że jestem krucha, że potrzebuję okazywać słabość. Że nie zawsze wszystko jest dobrze i nie trzeba wtedy udawać, że jest inaczej.


Idealny krem pod oczy? Ja chyba taki właśnie znalazłam i polecam

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
23 kwietnia 2018
Fot. iStock/Massonstock

Czy posiadacie słaby punkt w swoim wyglądzie? Coś co was naprawdę wkurza, z czym nie możecie sobie poradzić, chociaż próbujecie na różne sposoby?

Ja mam – skóra pod oczami i jej opłakany stan. Jakoś nigdy wcześniej nie zwracałam na nią uwagi. Oczy jak oczy, cera jak cera, poza tym, że zawsze miała tendencję do zasinień pod oczami – kiedy byłam zmęczona, za dużo czytałam wieczorami, źle się odżywiałam. Nie działo się jednak nic specjalnie niepokojącego. Poza tym byłam przed 30-tką, kto by się przejmował zmarszczkami i skórą pod oczami.

Pamiętam jednak dzień, kiedy twarz smarowałam kremem (nie przywiązywałam uwagi, co to za krem) i zauważyłam, że skóra pod oczami stała się nie dość, że sina, to jeszcze jak papier. Miałam wrażenie, że jak ją „pogniotę”, to ona już tak zostanie, nie wróci do swojej „normalnej” formy. Na początku pomyślałam, że to nic takiego, pewnie chwilowe osłabienie. Jednak stan mojej skóry się nie poprawiał. Zrobiłam badania wątrobowe, na nerki – bo taka cera, to podobno jeden z objawów chorobowych, ale okazało się, że wszystkie wyniki mam w normie. „Taki pani urok” – usłyszałam od lekarza, a w duchu pomyślałam: „Urok? Bardzo za niego dziękuję”. I tak rozpoczęłam nierówną walkę, żeby doprowadzić się do stanu „wyglądalności”. Czego to ja się nie napróbowałam, czego to moja skóra nie doświadczyła? Były ogórki pod oczy, maseczki naturalne, jakieś takie nakładki na noc, które znajoma z Francji mi przywiozła. O kremach już nie wspomnę – od drogich do tańszych tak naprawdę z tym samym składem, po takie aplikowane za pomocą schładzającej, bo metalowej, kulki. Nic nie przynosiło oczekiwanego rezultatu.

Fakt, że skupiłam się też bardziej na tym co jem. Im więcej warzyw i owoców, tym moja skóra nabierała blasku. Piłam dużo wody, także tej z cytryną. Wszystko to bez wątpienia poprawiało kondycję mojej cery. Nadal jednak nie widać było większych efektów.

I kiedy znajoma zaproponowała mi krem , w ogóle nie byłam przekonana do tego pomysłu. W końcu, ile można próbować z marnym skutkiem? Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie sprawdziła tych kosmetyków, zwłaszcza, że w nazwie mają uroczą „pszczołę”, a jak wiadomo miód to jeden z sekretów pięknej skóry.

Okazało się, że krem pod oczy zawiera jad pszczeli, który tak naprawdę w kosmetyce używany jest od niedawna. Zawiera on jednak dość istotny składnik, mianowicie apitoksynę, która zwróciła moją uwagę na tyle mocno, że postanowiłam ten krem wypróbować.

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Otóż każda kobieta najpóźniej po 35. roku życia słyszała co nieco o kolagenie, prawda? O tym, że z wiekiem mamy go coraz mniej i to jego deficyt odpowiedzialny jest za pojawienie się zmarszczek i w ogóle starzenie się naszej skóry, czyli między innymi za to, co dzieje się z moją skórą pod oczami. I chociaż kremy pod oczy zawierają kolagen, cóż… dla mnie ta wersja jest mało skuteczna. Tymczasem apitoksyna – naturalny środek (co jest niezwykle ważne, bo nie chcę karmić skóry chemikaliami) stymuluje syntezę kolagenu i elastyny, dzięki czemu nasza skóra staje się napięta i bardziej jędrna, poza tym pomaga zachować jej sprężystość. A przecież mi w pierwszej kolejności o sprężystość chodziło. Dodatkowo w skład kremu wchodzi miód Manuka, czyli drzewa herbacianego z Nowej Zelandii, który ma za zadanie łagodzić ewentualne podrażnienia wywołane jadem pszczelim. Co ważne – użyty przy produkcji kremu miód posiada wysoki wskaźnik antybakteryjności ( UMF 20+ – unicq manuka factor), który jest zbawienny dla naszej cery.

Już dawno przestałam liczyć na cuda, które miałyby być udziałem kremu pod oczy. Zbyt wiele razy się zawiodłam, więc tym razem do używania kremu Bee Venome podeszłam z dystansem. Ba – obiecałam sobie nie sprawdzać każdego dnia, co się dzieje z moją skórą pod oczami. Niestety nie należę do osób, które mogą poszczycić się regularnością w czymkolwiek (no może poza aktywnością fizyczną). Z kremami w ogóle mam problem. Ale tu się zawzięłam. Obiecałam sobie, że przynajmniej raz dziennie – wieczorem, a jak nie zapomnę to także też rano, krem będę stosować.

Po tygodniu przyszedł czas na chwilę prawdy. Miałam poczucie, że coś się zmieniło. Skóra jakby odrobinę stała się elastyczniejsza, a na pewno stała się jaśniejsza, bez zasinień. Po dwóch tygodniach (kiedy oczywiście nie pracuję za dużo) coraz bardziej widać zbawienny wpływ jadu pszczelego. Skóra wygląda zdecydowanie lepiej niż przed dwoma tygodniami, zniknęło wrażenie zmęczenia i zmęczonej cery. Co ważne – krem po tym czasie się nie skończył (co częste w przypadku kremu do oczu), wręcz przeciwnie starczy go z pewnością na dwa kolejne tygodnie, jeśli nie więcej, kuracji. Czyżby faktycznie doszło do syntezy kolagenu z elastyną? Znajoma kosmetyczka tłumaczyła, że na efekty zawsze należy poczekać. Cóż, jeśli będą one postępować, jak teraz, to pozostaje mieć pewność, że krem zostanie moim ulubionym i sprawdzonym kremem pod oczy. Jeśli chcecie wypróbować – zachęcam, bo to naprawdę działa!

 

Mat. prasowe

Mat. prasowe

image001


Zobacz także

Jak często wymieniać kosmetyki? Te rzeczy po prostu musisz wiedzieć

Osoby, które urodziły się w tym miesiącu są skazane na sukces. Tak mówią statystyki

Tyran? Narcyz? Nie tylko oni robią z ciebie marionetkę. Jak rozpoznać subtelną manipulację?

виагра таблетки для женщин отзывы

время действия виагры

вимакс в аптеках киева