11 zdrowych produktów, które dodadzą ci energii

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
20 maja 2016
Fot. Pixabay / LisaLiza /
 

Szukając dobrej energii na cały dzień intensywnego funkcjonowania, musimy spoglądać w stronę pełnowartościowych produktów, które dostarczą idealnego paliwa dla naszego mózgu. Witaminy, nienasycone kwasy tłuszczowe, mikro i makroelementy są niezbędne do prawidłowej pracy naszego organizmu. Wrzucając w siebie byle jakie jedzenie, czeka nas taki sam zasób energii, która szybko się skończy, zmuszając nas do ponownego sięgnięcia po posiłek lub drobne przekąski.

Co więc jeść, by energii nam nie zabrakło?

1. Brązowy ryż

Ma on wiele więcej odżywczych wartości niż biały ryż. Zawiera pięć razy więcej błonnika, posiada dużą dawkę fosforu, potasu, żelaza, witaminy E i związków fitochemicznych obniżających cholesterol. Jego spożycie zapewnia energię na długi czas.

energia

Fot. Pixabay / mquadrelli0 /

2. Bataty

To bogate źródło energii wynikającej z wysokiej zawartości węglowodanów złożonych, oraz witamin A oraz C, B6, B1, B2, PP i błonnika oraz cennych pierwiastków – żelaza, siarki, potasu, magnezu, fosforu.

bataty

Fot. Pixabay / HolgersFotografie /

3. Banany

Są źródłem potasu, wspomagają prawidłową pracę mięśni, w tym serca. Zawierają  fruktozę i glukozę, które szybko dostarczają energii.

energia

Fot. Pixabay / Bryanbeedit /

4. Fasola

Zawiera dużą ilość białka, żelaza, witamin z grupy B a także magnez. Dzięki temu fasola dostarcza potrzebnej energii.

energia


Fot. Pixabay / jan_nijman /

5. Migdały

Zawierają białko i koenzym Q10, pomagający wytwarzać energię w komórkach. Kwasy tłuszczowe z migdałów świetnie wpływają na pamięć.

energia

Fot. Pixabay / Hans /

6. Orzechy brazylijskie

Są najbogatszym źródłem selenu pochodzenia roślinnego, który wpływa pozytywnie na odczuwanie spokoju, stanu relaksu. Zawierają również regulujące prace układu nerwowego cynk i witaminy z grupy B.

energia


Fot. Pixabay / Gadini /

7. Olej lniany

Zawiera nienasycone kwasy tłuszczowe omega-3 w najlepszych dla naszego organizmu proporcjach.  Przeciwdziałają one procesom nowotworowym, hamują starzenie się komórek, obniżają poziom trójglicerydów we krwi, zapobiegając problemom sercowo-naczyniowym. Są istotne podczas syntezy neuroprzekaźników, wpływają na funkcje poznawcze mózgu i działają jako antydepresant.

energia

Fot. Pixabay / roxymjones /

8. Jabłka

Obfitują w w błonnik, witaminę C i antyoksydanty. Zwierają fruktozę, która jest przez organizm ekspresowo przetwarzana na energię.

energia

Fot. Pixabay / AliceKeyStudio /

9. Arbuz

Zawiera witaminy z grupy B, potas oraz fruktozę. Dzięki temu, że składa się przede wszystkim z wody, wykazuje właściwości nawadniające i nawilżające, zapobiega odwodnieniu i uczuciu zmęczenia.

energia

Fot. Pixabay / PDPics /

10. Gorzka czekolada

Gorzka czekolada zawiera anandamid, czyli naturalny antydepresant. Czekolada zawiera również pobudzające dobry nastrój metyloksantyny, takie jak kofeina czy teobromina. Obecne w niej flawonole zwiększają przepływ krwi do kluczowych obszarów mózgu, pomagając zwalczyć zmęczenie.

energia

Fot. Pixabay / AlexanderStein /

11. Łosoś

Oraz inne, tłuste ryby morskie, obfituje w kwasy tłuszczowe Omega-3, skutecznie poprawiające pracę mózgu.

energia

Fot. Pixabay / Meditations /


Jak obejść system roboczy i zatęsknić za naturalnym rytmem?

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
20 maja 2016
Fot. Unsplash/Ben Waardenburg / CCO
 

System. Trzyma nas za twarz. Smycz na szyję zakłada i załatwia nas na krótko. Pod dyktando reguł, które sobie uzurpuje, zmusza człowieka do tego, by wyskoczył spod dobrodusznej kołdry o bladym świcie i popędził do pracy tracąc oddech. Po drodze kawa w całkowitym biegu, ale dobrze że jest, bo w kontekście rozpędzonego poranka to przyjemność przyprawiająca o dreszcz.

Zamknięty w wieżowcach ze szkła, a czasem z żywego betonu, oddycha następnie człowiek przez cały boży dzień powietrzem z wentylatorów, oślepiany dogłębnie jarzeniówką, której wściekłe światło nadaje mu wygląd z lekka trupi. Do tego dochodzi jeszcze halucynogenne światło komputerowego monitora i efekt zombi jest jak znalazł. Nic więc dziwnego, że człowiek jest jak naćpany, całkowicie oderwany, jak jakiś fragment, albo cząsteczka, zawieszona w przestrzeni per se.

Kiedy taki człowiek wraca do domu pod osłoną nocy, jest jak cień na zapuszczonej ulicy. Ciągnie to swoje udręczone, odtlenione  i pozbawione ruchu ciało, czasem do baru na dobijającą wódkę, a czasem do domu, który też życia w sobie nie ma… opuszczony, pozostawiony sobie całymi dniami, dom taki, wzorem rzecz jasna zamieszkującego go człowieka, wyzuty jest z jakiejkolwiek energii.

Dobrze, jak człowiek ma dziecko albo chociażby psa, bo te stworzenia boskie, nie rozumieją co to system. One są ze świata istot żywych i naturalnie wymagają uwagi, która życie ma za bazę. Trzeba nakarmić, wykąpać, książkę poczytać. Trzeba przytulić, pogłaskać, ucałować. Albo na spacer wyprowadzić, jeśli to życie ma cztery nogi i oszalały z radości ogon.

Czasem jednak, człowiek nie ma i tego, a wtedy jest tak, jakby nie miał nic. Tylko pustkę, wielką nieinteraktywną przestrzeń, z której sączy się straszny smutek. Zagłusza ją, rzecz jasna, dostępną w sprzedaży rozrywką, alkoholem i odczulonym seksem, ale cóż, kiedy pustka jest w duszy usadowiona i stamtąd boli najbardziej.

Ja rozumiem oczywiście, że postęp, że korporacyjny świat, że technologia, która dech w piersiach zapiera, że akcje na giełdzie handlowane pod ciśnieniem krwi, że zarobki pod sufit i dobra do nabycia za pieniądze. Ja rozumiem, że kapitalizm, że Ameryka wszędzie od wschodniego wybrzeża po sam Zachód Dziki, rozciągnięta jak marzenie ze snu przez cały ziemski glob. Ja to wszystko rozumiem i jeszcze to, że z postępem trzeba iść, bo od niego akurat nie ma odwrotu.

Ale tęsknię też. Tęsknię za życiem, które ma naturalny rytm, tęsknię do tych chwil, kiedy mogłam gapić się bezkarnie na chmury leżąc na łące ze źdźbłem trawy w ustach. Tęsknię za kawą z przyjaciółmi, której nie pije się na czas i pod presją wibrującej, ześwirowanej komórki. Tęsknię za przestrzenią w głowie, w której zawsze można było znaleźć błogi spokój bez potrzeby stu lekcji jogi i spotkań z Dalai Lamą,  tęsknię za tokiem myśli poruszających się w zwolnionym tempie i za ciałem, które nie boli. Tęsknię za życiem nie na czas i za śmiechem wydobywającym się ze środka brzucha. Tym niekontrolowanym.

A więc postęp. No tak. Może to i fajna rzecz, tylko czemu odbiera nam to co najbardziej w nas ludzkie? No i jeszcze system. Kolejny oskarżony! Dżizusie kochany! Co myśmy sobie za kierat zafundowali? I w imię czego? I z jakim skutkiem? Strach nawet myśleć chyba.

W sekrecie więc Wam powiem, że uprawiam rebelling. Delikatny wprawdzie, niemalże niewidoczny ale jak dla mnie w sam raz. Nie mam kablówki, więc nie oglądam telewizji. Wiadomości i tak są wszędzie dookoła, radio, internet, prasa, nie ucieknie człowiek od wieści choćby nawet i chciał. Komórkę mam, nawet taką smart, ale nie śpi ze mną w łóżku tylko pod no i i-watch’a nie kupię choć nalega cały świat. Komputera w domu staram się nie otwierać i obiady gotuję od podstaw. Żadnego przeprocesowanego jedzenia, zamiast tego dwie godziny szaleństw w kuchni i obiad, który jest pożywny, a nie chemicznie utrwalony.

W weekendy budzę się i marzę przez dłuższą chwilę. Dopiero potem nastawiam kawę i zanim wezmę pierwszy łyk upajam się jej zapachem do nasycenia. Przede wszystkim jednak, nauczyłam się myśleć o oddechu. To jest mój klucz, mój kod dostępu do normalności. Kiedy bowiem człowiek świadomie i głęboko oddycha, wtedy postęp może sobie zapieprzać do przodu ile chce, a i system może wisielczym sznurem machać ludziom przed nosem… bezskutecznie. Kto nie wierzy niech spróbuje w najbardziej wariackiej, stresowej sytuacji wziąć głębokich oddechów parę.  Obiecuję Wam kochani, że świat się wówczas uspokoi. Wiatr przestanie dmuchać, fale się wygładzą i jezioro pokryje się taflą. Człowiek zaś, z pozycji takiego spokoju, poczuje się jak… człowiek. Normalny, opanowany, spokojny byt.

Taki to niby mały rebelling, ale za to jakie efekty. Trzeba tylko zrobić pierwszy krok. Komórko pod łóżko marsz!…. I tak dalej, powolutku, aż do skutku.


Co o miłości wiedzieć powinniśmy, żeby głupio nie kochać

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
20 maja 2016
Fot. iStock / teksomolika

Gdyby zacząć znowu od tego księcia na białym koniu, w którego tak uparcie chcemy wierzyć… Ale dobra, nie ma co wracać do starych i nieprawdziwych bajek. W końcu wiemy, że książę nigdy nie zjawi, a już na pewno nie na białym koniu. Trzeba sobie w końcu to uświadomić i ewentualnie zaakceptować trampki lub mokasyny – co kto lubi, bez konia.

Ale w tę miłość prawdziwą chcemy wierzyć. Mieć pewność, że istnieje i że gdzieś na nas czeka. I choćby miał to być ciemny las usłany krzakami jeżyn (przyszły mi do głowy ze względu na kolce) to my tej miłości będziemy szukać z rękami poranionymi, choćby na kolanach.

A może lepiej dać sobie spokój. Choć na chwilę. Wyłożyć się na słonecznej polanie. Zweryfikować swoje plany i wbić sobie raz na zawsze do głowy, że niektóre rzeczy na temat miłości dalekie są od prawdy i nie ma co się o nie zabijać. Naprawdę.

Pierwsza z nich: miłość wszystko wybaczy

Że niby jak kochamy, to powinniśmy przebaczać wszystko. Zacisnąć zęby i brnąć w tę miłość. Bo jak już w końcu do nas przyszła, to musi być wybaczaniem. A guzik prawda. Bo gdyby tak to odwrócić i powiedzieć: miłość nie powinna stwarzać powodów, dla których trzeba wybaczać? Ha?!? Nie brzmi inaczej i jednak prawdziwiej. Każdy z nas ma w sobie limit wybaczeń i listę rzeczy, które wybaczyć potrafi. Także – można mieć dość wybaczania, co nie znaczy, że przestaliśmy kochać.

Druga fałszywa prawda: miłość to pełna akceptacja

Jasne, że tak. Ale akceptacja osoby, a już niekoniecznie jej zachowań. Możemy go kochać za wiele rzeczy, możemy go kochać także za jego wady. Ale na litość boską nie musimy akceptować tego, że nie pomaga nam w domu, że nie zajmuje się dziećmi, że woli spędzić czas przed telewizorem niż na zabawie z dzieciakami. Akceptacja ma granice. Naprawdę warto o tym pamiętać.

Trzecia z nich: nie ma miłości bez zazdrości

Tak sobie myślę, że w ten banał chyba już nikt nie wierzy. Ale gdyby jednak, to owszem odrobina zazdrości, pokazania, że komuś na nas zależy może być miła, a dla niektórych nawet niezbędna dla potwierdzenia swojej atrakcyjności w oczach ukochanej osoby (co jest w ogóle głupotą, bo o tym same powinniśmy wiedzieć). Ale zazdrość, która nas ogranicza, która kontroluje, która  w końcu staje się swojego rodzaju przemocą wobec nas, sprawia, że nie czujemy się w związku bezpiecznie – co to, to nie. To już nie miłość. To chora zaborczość osoby zakompleksionej i niepewnej swojej wartości osoby.

Czwarta: prawdziwie kochamy tylko raz

Taaa, jasne. Fakt, że tę pierwszą miłość pamiętamy najbardziej i najmocniej przeżywamy. Ale w naszym życiu kochamy wiele razy. A co więcej ta miłość się zmienia, tak jak my się zmieniamy. Kochamy drugi raz i trzeci, i znów… Nie czekajmy na tę jedyną, z każdej bierzmy to, co dla nas dobre, co ważne. A bajki włóżmy między książki. Nie ma co czekać, trzeba być uważnym na wszystko, co nas spotyka, na każde uczucie, choćby na początku wydawało się niewarte naszej uwagi.

Piąta niby prawda: miłość romantyczna jest

Że niby kolacje, kwiaty, niespodzianki. Jasne, też są ważne, ale nie one stanowią o istocie miłości. Mogą, ale nie muszą być miłym dodatkiem, jeśli ktoś tak lubi. Ale miłość to wytarcie tyłka dziecku, kiedy ciebie boli głowa. To odkurzenie mieszkania. To zrobienie zakupów, to zrobienie rano kawy. Miłość nie jest romantyczna, miłość jest codzienna i w każdym elemencie dnia możemy ją zobaczyć, a nie czekać na fajerwerki i romantyczną podróż. Cieszmy się z tego, że ona jest i nie oczekujmy od niej spełnienia niewypowiedzianych potrzeb.

I szósta: miłość to namiętność

Ci którzy przeżyli ze sobą 30 lat i więcej wiedzą, że to bzdura. Miłość to przede wszystkim bliskość i intymność. Namiętność wygasa – to naturalne, ba – a nawet wytłumaczalne naukowo. Można ja podsycać, ale nigdy nie będzie taka jak na początku związku. Bo nie. Koniec kropka. I lepiej się z tym pogodzić i skupić się na innych, prawdziwych aspektach miłości, niż rozpaczać i odchodzić, bo brak już iskry, błysku i seksu na stole w kuchni.

Można by jeszcze wymieniać, że nieprawdą jest, iż przeciwieństwa się przyciągają, że nad miłością nie trzeba pracować, bo ona po prostu jest. Ale to już chyba oczywiste oczywistości.

Listę takich „niby prawd” warto sobie wydrukować i powiesić na lodówce, by czasami na nią zerknąć i pomyśleć: „Cholera ja to mam szczęście, kocham prawdziwie i jestem kochana”. Albo… przestać czekać na tego księcia 😉


Zobacz także

Popełniaj błędy, wybaczaj sobie, ucz się od innych. Jak w jeden dzień nabrać dystansu do samego siebie?

Witaj chorobo – matka na zwolnieniu lekarskim. Jak zadbać o zdrowie dziecka?

Duża pupa u kobiet to oznaka zdrowia i… wyższej inteligencji

www.biceps-ua.com/shpanskaya-mushka.html

У нашей организации популярный блог про направление http://avtomaticheskij-poliv.com.ua.
https://alt-energy.in.ua