Co się stanie, jeśli codziennie będziesz jeść ziemniaki?

Redakcja
Redakcja
9 października 2018
Fot. iStock/Neustockimages
 

Ziemniaki mają złą reputację, najczęściej mówimy: „Jestem na diecie nie jem ziemniaków”. Tymczasem ziemniaki to odżywcza potęga. Oczywiście, nie mówimy o smażonych na głębokim oleju, ale każde inaczej przygotowane dają nam niesamowite korzyści zdrowotne.

Co się stanie, jeśli codziennie będziesz jadła ziemniaki?

Twoja dieta będzie kompletna pod względem odżywczym

Powodem, dla którego ziemniaki są demonizowane, często jest ich biały kolor. Jest to część luzu przeciwko żywności, która jest pakowana w rafinowaną białą mąkę, ale w ten sam sposób nie stosuje się do warzyw. W rzeczywistości białe warzywa są dobre dla ciebie. Powinieneś jeść produkty każdego koloru, aby mieć dietę kompletną pod względem odżywczym, więc unikanie ziemniaków (i kalafiora) nie ma sensu. W szczególności warzywa białe oferują składniki odżywcze, których wielu ludziom nie wystarcza.

Zaoszczędzisz

Ziemniaki nie są drogie, a do tego okazują się być najtańszym źródłem potasu, ponadto dostarczają błonnik, magnez i witaminy C, E i K.

Będziesz zdrowsza

W kwietniu 2012 roku Uniwersytet Waszyngtoński podważył mit, że ziemniaki są przyczyną chorób i otyłości. Nie stwierdzono związku między spożyciem ziemniaków a otyłością, cukrzycą lub stanami zapalnymi w organizmie.

Możesz schudnąć

Oczywiście wiele zależy od tego, co jeszcze jesz poza ziemniakami, ale mogą być one doskonałym dodatkiem do diety odchudzającej. Przeprowadzono badanie, w którym trzem grupom uczestników przydzielono dietę zawierającą od pięciu do siedmiu porcji ziemniaków tygodniowo. Jedna z grup codziennie jadła ziemniaki. Wszyscy uczestnicy badania stracili na wadze. Tak więc niezależnie od tego, czy ziemniaki rzeczywiście przyczyniają się do utraty wagi, czy po prostu nie powodują jej zwiększenia, ich reputacja jako tuczących jest niesprawiedliwa.

Dostaniesz wspaniały zastrzyk składników odżywczych za stosunkowo niewiele kalorii

Białe ziemniaki są bardzo pożywne, szczególnie jeśli jesz je ze skórką. Za około 110 kalorii i 2 gramy cukru dostajesz więcej potasu niż jedząc banany lub brokuły, 35% twojej codziennej witaminy C. Ziemniaki są dobrym źródłem błonnika i naturalnie pozbawione tłuszczu, sodu i cholesterolu. Poza tym ziemniaki zawierają dużą ilość błonnika, a także białka, witaminy A, witaminy C, manganu i wielu innych witamin i minerałów. Purpurowe ziemniaki są szczególnie bogate w przeciwutleniacze i mogą również pomóc w obniżeniu ciśnienia krwi.

Możesz wykazać się kreatywnością w kuchni

Ziemniaki to niekończące się źródło kuchennych przepisów. Jeśli wpiszesz w internetową przeglądarkę „przepisy na ziemniaki”, zdziwisz się, jak wiele rzeczy można z nich zrobić. Ziemniaki są doskonałą bazą do niemal każdego potrawy – od przystawek, przez sałatki po dania główne.


źródło:


Spowiedź alkoholiczki. Kobiety piją w samotności, w nagrodę, nie upijają się… zawsze wierzą, że nie mają problemu

Listy do redakcji
Listy do redakcji
9 października 2018
Spowiedź alkoholiczki. Kobiety piją w samotności, w nagrodę, nie upijają się… zawsze wierzą, że nie mają problemu
Fot. iStock/kieferpix
 

Spowiedź alkoholiczki zaczyna się zawsze podobnie… W nagrodę, za trudny dzień. Bo zdołałam ogarnąć dzieci, skończyć w pracy projekt i jeszcze znaleźć czas na zrobienie pysznej obiadokolacji. Nic wielkiego – lampka wina wypita w fotelu, z podkulonymi nogami, pod kocem. Jakiś film dla rozprężenia.

Brrrr, nie lubię jesieni. To wstawanie, jak jest coraz ciemniej, zamiast jaśniej, ubieranie się, uciekanie do auta przed deszczem, nawet spacer z psem przestaje być przyjemnością. Dzień się skraca, a człowiek coraz bardziej się spieszy. Ta chwila wieczorem, kiedy mogłam się zatrzymać, o niczym nie myśleć. I to rozgrzewające od środka wino, które sprawiało, że świat stawał się bardziej znośny. Pamiętam rozmowę z przyjaciółką o tym, kiedy zaczyna się uzależnienie od alkoholu. Wtedy, gdy pijesz codziennie? Ja nie piłam codziennie, co drugi dzień, może pięć razy w tygodniu. Przecież nie musiałam, jak nie chciałam, nie piłam. Zawsze na imprezach, to ja byłam kierowcą, a że po powrocie do domu robiłam sobie drinka? W końcu też mi się coś należało.

Takie picie trwa latami. Codziennie, co drugi dzień. Lampka wina, dwie, trzy. Czasami drink, jak napięcie w ciągu dnia było zbyt duże i trudno było się odprężyć. Bywało whisky, bo przecież mąż tak zachwalał, to posmakuję, co mi szkodzi. Czasami zasypiałam w fotelu, budziłam się w środku nocy dopijając resztki ze szklanki i szłam spać. Mąż dużo pracował, wyjeżdżał, często byłam z dziećmi sama w domu. Kiedy on się pojawiał, zawsze była okazja, żeby wspólnie wypić drinka, w końcu jesteśmy razem, chcemy spędzić miło wieczór. Poza tym jesteśmy dorośli, nie przesadzajmy, że alkohol to jakiś problem.

Spowiedź alkoholiczki

Na terapię trafiłam sześć lat później. Sześć lat picia, o którym nikt nie miał pojęcia. Może niektórzy się domyślali, ale przecież nie zwrócą mi uwagi, bo kobiecie nie wypada pić, poza tym kto widział mnie pijaną? Na wszystkich towarzyskich czy rodzinnych spotkaniach nie piłam – bo dzieci trzeba odwieźć, bo autem wrócić, bo do pracy na następny dzień. A później, kiedy nikt nie widział, w zaciszu własnego domu wypijałam nie lampkę, ale butelkę wina, czasami budziłam się w nocy i robiłam sobie drinka, żeby móc jeszcze zasnąć.

Bo alkohol to nagroda – za dobry dzień, za fajne rzeczy, ale też pocieszyciel, gdy jest ci smutno, gdy czujesz się samotna, gdy masz wrażenie w długi jesienny wieczór, że twoje życie nie wygląda tak, jakbyś chciała. Myślałam o tym, że zamknęłam się w schemacie czterech ścian na kredyt, rodziny 2+2, męża robiącego karierę i mnie samej radzącej sobie z korporacyjnym życiem. A przecież nie tak to wszystko miało wyglądać, przecież nigdy nie chciałam żyć tak jak inni, moje życie miało być wyjątkowe, a dla mnie nie było. Zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd i wszystkie swoje żale i pretensje do świata topiłam w alkoholu. Pozwalał mi zasnąć. Czasami napięcie było tak duże, że już w pracy marzyłam o odrobinie alkoholu, myślałam, co kupię w sklepie, kiedy się napiję, żeby poczuć ulgę, poczuć, jak odchodzi niepokój, lęk, stres.

Nic się nie działo, przecież się nie upijałam. Dzieci szły spać, przypilnowane, najedzone, szczęśliwe i wtedy następował mój czas. Bywało, że poganiałam dzieciaki, szybciej je wysyłałam do łóżka, kazałam bez fochów zjadać kolację, myć zęby i się kłaść. Cel był jeden – napić się. Napić się tak, żeby dzieci nie widziały. Butelki wyrzucałam rano, nim one wstały, dopóki jeszcze to kontrolowałam. Tak, bo alkoholik mówi, że kontroluje swoje picie, że pije jak wszyscy. Moje koleżanki piły, przyjaciółki, każda w domu zawsze miała butelkę wina na specjalną okazję, jak ja. Poza tym kto to jest alkoholik – alkoholik to ten, co leży oszczany i zarzygany w trawie i nie wie o bożym świecie. Ja wiedziałam wszystko. O której dzieci zaczynają lekcje, jakie mają zajęcia po nich, co trzeba kupić do domu, kiedy mąż wraca.

Czasami zostawałam w domu – idealna praca zdalna. Jak już rozwiozłam dzieci, w domu robiłam sobie drinka, takiego malutkiego, słabego, żeby lepiej się pracowało. Pijana jeździłam po dzieci, rozwoziłam. Przed wyjściem z domu brałam prysznic. Makijaż. Ciuchy. Nikt by się nie poznał, że jeszcze chwilę temu spałam na kanapie.

Zaczęłam zawalać pracę, nie wyrabiałam się, trudno było mi się skoncentrować i spiąć. Kiedy spadało na mnie kolejne zadanie, myślałam o tym, co wypiję wieczorem. Poszłam na zwolnienie, dostałam od znajomego psychiatry. Tłumaczyłam mężowi, że jestem przemęczona, że stres mnie niszczy, że jak nie odpocznę, to się rozsypię. Mówiłam, że muszę przemyśleć swoje życie, że może czas na zmianę pracy, na otwarcie czego własnego. Martwił się o mnie, ale co mógł zrobić na odległość. Wtedy właściwie bywał w domu tylko na weekendy.

Budziłam się z bólem głowy, z kacem, który myślałam, że mnie zabije. Dzieci jeździły taksówką do szkoły albo zabierali je sąsiedzi, koledzy z klasy. Miałam już zaprzyjaźnionego taksówkarza, który brał mniej za stałe kursy, a jeszcze po drodze kupował mi wino, whisky. Mówiłam mu, że kolację wyjątkową dla męża szykuję i do potrawy potrzebne.

Dzieci znalazły mnie rano w łazience śpiącą na kafelkach. Nie mogły dobudzić. Zadzwoniły do ojca, do mojej matki. Wszyscy się zjechali, pytali, czy wszystko dobrze, czy coś się dzieje, że może na badania powinnam iść. Mama omiotła wzrokiem mieszkanie. Wiedziała wszystko od razu.

Mąż był zaskoczony, przecież w weekendy niczego nie zauważał, dzieci nic nie mówiły… To były te dni, kiedy się starałam, kiedy stawałam na nogi, kiedy sprzątałam mieszkanie, gotowałam obiad i nie piłam. Ale tylko czekałam, kiedy wyjedzie, wściekałam, gdy okazywało się, że zostaje do poniedziałku, a nie niedzieli wieczorem. Czasami celowo wywoływałam kłótnie, żeby wyjść z domu i móc się napić. Albo, żeby on wyszedł. Wtedy otwarte wino zawsze było usprawiedliwione.

Sześć lat. Najpierw terapia, w której uparcie twierdziłam, że nie mam problemu, że w każdej chwili mogę przestać. Mówiłam, że do głupiej terapeutki chodzić nie będę. Ale coś mnie ciągnęło. W te dni byłam trzeźwa. Zaproponowała ośrodek. Osiem tygodni z pijakami? Ja? Jak trzeba pić, żeby trafić do ośrodka? Przecież ja nie byłam taka jak oni! Byłam. Jak Kryśka, jak Monika, jak Agnieszka, Edyta. Każda z inną historią, każda alkoholiczka, dla której życie kręciło się wokół. alkoholu i tego, kiedy znowu będę mogła się napić.

Kobiety piją w samotności, kobiety piją w nagrodę, kobiety się nie upijają, kobietom się wydaje, że jak ogarniają mieszkanie i dzieci, to nie mają z alkoholem problemu. Kobietom nie wypada pić. Kobiety się wstydzą, rzadko przyznają do problemu, a tak jak każdy potrzebują pomocy.

Nie piję pięć lat. Nauczyłam sobie radzić bez alkoholu, kiedy nie mogę zasnąć idę na długi, szybki spacer, na basen. Szukam alternatywy dla ukojenia napięcia, innej niż alkohol. Dzisiaj się nie napiję. Tego jestem pewna.

Piszę, bo chciałabym, żeby każda kobieta wiedziała, że zasługuje na pomoc, że zwrócenie się po nią nie jest niczym złym i że alkohol może zniszczyć życie, nawet jeśli wypijasz trzy lampki wina dziennie. Na początek.

Spowiedź alkoholiczki.


Dzieci nie są niegrzeczne z natury, to kwestia tego, jak zostały wychowane. Michał Kędzierski działa jak Super Niania

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
9 października 2018
fot. iStock

Poradników dla rodziców powstało już tyle, że nie wiadomo w czym wybierać. Czujemy się zagubieni, bo czy dany poradnik da odpowiedź, jak uporać się z problemami wychowawczymi? Michał Kędzierski – psycholog dziecięcy, odwiedza swoich klientów w ich domach, pracuje z rodzicami w domowych warunkach podsuwając rozwiązania, dzięki którym rodzinom będzie żyło się lepiej i szczęśliwiej. Doświadczenie, jakie wyniósł ze swojej pracy przeniósł na papier.

Ewa Raczyńska: Czytając Pana książkę „Akademia Wychowania” trudno się nie oprzeć wrażeniu, że już gdzieś zetknęliśmy się z podobnym sposobem pracy z dziećmi i ich rodzicami. Chodzi mi o podobieństwo z Super Nianią. Zgadza się Pan?

Michał Kędzierski: Szczerze mówiąc nie znałem „Super Niani”, kiedy podejmowałem decyzję o tym, jak chcę pracować z rodzicami i dziećmi. Już na studiach czerpałem satysfakcję z dobrego kontaktu z dziećmi i pracy z nimi. Znajomi dość często pytali: „Ja sobie totalnie nie radzę dzieckiem, możesz coś podpowiedzieć?”. Zaczęło mnie zastanawiać, gdzie jest problem. Przecież poradnictwo z trudnymi zachowaniami dzieci, to nie jest materiał na 10-letnia psychoterapię, chodzi o pomoc tu i teraz. Są konkretne rozwiązania znane psychologom, które działają, dlaczego więc rodzice mają takie problemy. Na podstawie własnych doświadczeń i obserwacji, doszedłem do wniosku, że rodzic w gabinecie terapeutycznym opowiada domową sytuację przesianą przez swoje filtry. I teraz gdyby z boku spojrzeć na całość, wyłania się całkiem inny obraz tej rodziny i jej problemów.

Przykładowo – rodzicowi może się wydawać że na dziecko nie krzyczy, ale tak naprawdę może cały czas chodzić podminowany i mówić do dziecka nieustannie podniesionym głosem. To jedna strona. Druga jest taka, że dziecko w gabinecie, przy obcej osobie, może zachowywać się zupełnie inaczej niż w domu. Doszedłem do wniosku, że rozwiązaniem tego problemu byłoby spędzenie kilku dni z taką rodziną, żeby samemu zobaczyć, jak ona funkcjonuje, wystawić trafną diagnozę i umiejętnie wdrożyć rozwiązania.

I kiedy stwierdziłem, że właśnie tak chcę pracować, zacząłem się przygotowywać, czytać więcej, odkryłem która jest starsza niż mój pomysł, ale nie miałem pojęcia o jej istnieniu. Zbudowało mnie, że ktoś już wcześniej tak pracował i to z sukcesem. Nawet, jeśli wziąć poprawkę, że to była telewizja, wierzę, że to, co zostało w programie pokazane, przyniosło pozytywne efekty w danej rodzinie. Zresztą z panią Dorotą Zawadzką wywodzimy się z tej samej szkoły psychologicznej – poznawczo-behawioralnej. Jej praca w programie rozwiała wszelkie moje wątpliwości, co do słuszności pomysłu, który chciałem wprowadzić w życie.

Faktycznie przyjeżdżam do domu, w którym jest problem wychowawczy z dziećmi, niezależnie od tego, gdzie mieszkają, czy w Polsce czy za granicą. Dokonuję wielkiej przemiany w ciągu kilku dni.

Psychoterapeuci często mówią, że dziecko wchodząc do ich gabinetu przynosi schemat wyniesiony z domu, ono pokazuje, co się w jego domu dzieje. Podkreślają, że terapia nie dotyczy dzieci, ale często samych rodziców.

Zgadza się. Ja pracuję przede wszystkim z rodzicami, bo trzeba zmienić ich zachowanie, a za tym dopiero pójdzie zmiana u dzieci. Czyli zmieniam metody wychowawcze pokazując, tłumacząc rodzicom, co zrobić, robiąc to samemu na początku, żeby oni mogli się przekonać, że dziecku nie dzieje się krzywda i że to działa. Dla rodziców jest to motywacja do podjęcia próby, bo widzą, że w ich domu jednak coś się zmienia, że wszyscy są spokojniejsi, że łatwiej się porozumieć, osiągnąć kompromis.

Jak wygląda dom i rodzina, do której Pan przyjeżdża?

Najczęściej jest to już nakręcona negatywna spirala, która staje się powodem coraz większego poddenerwowania. Rodzice nie mają pomysłu, jak obchodzić się z dzieckiem, często uważają, że wystarczy dziecku coś powiedzieć i powtarzają to w kółko. Tymczasem powtarzanie tego samego 50 razy, kiedy ono już wie, czego rodzice od niego oczekują i nie wyegzekwowanie tego, to strzał w stopę. Dziecko widzi, że słowa rodziców nie przekładają się na czyny, więc wychodzi z założenia, że nie musi ich słuchać.

Kiedy zaczynam wprowadzać zmiany nakręca się pozytywna spirala. Bo wszyscy są bardziej wyluzowani, bo , bo wszyscy widzą w praktyce, że nowy dom każdemu się podoba – i rodzicom i dziecku.

Z jakimi najczęściej problemami wychowawczymi się Pan spotyka?

Z histerią i wymuszaniem przy jej pomocy wielu rzeczy. Mówię o takiej histerii pełną gębą, kiedy przyjeżdża do domu policja, bo dziecko potrafi krzyczeć pięć godzin, nie przebiera w środkach i robi to tak długo, aż osiągnie to, czego chce. Poza histerią są różne zachowania agresywne, kiedy dziecko potrafi uderzyć bez mrugnięcia okiem. Jest też totalne nieposłuszeństwo i ignorowanie rodziców. Rodzic coś sobie mówi, a dziecko kompletnie nie zwraca uwagi, nie jest zainteresowane tym, by podnieść głowę i zareagować w jakikolwiek sposób na to, co rodzic mówi. Częsty problem to też uzależnienie od telefonu, od tableta, gier. Coraz częściej wyciągam dzieciaki z tego typu uzależnienia, nierzadko „przy okazji” innego problemu.

Problemy wychowawcze nie wynikają z tego, że dziecko jest niegrzeczne z natury?

To kwestia tego, jak dziecko jest wychowywane, a rodzice często ściągają z siebie odpowiedzialność mówiąc: „A bo on ma taki charakter. Taki temperament”.

Jakie błędy rodzice popełniają? Jak dochodzi do tak krytycznych sytuacji, kiedy totalnie sobie nie radzą?

Rodzice, z którymi w swojej pracy się spotykam, bardzo kochają swoje dzieci, chcą dla nich jak najlepiej. Czytają jak się wychowuje, tylko czasami niewłaściwą literaturę. To są rodzice, którzy naprawdę interesują się swoimi dziećmi.

Mechanizmów, które mogą być źródłem problemów, może być wiele. Jednym z nich jest sytuacja, kiedy dziecko super się zachowuje, bo ładnie się bawi, czymś się dzieli, odkurzy w domu, opróżni zmywarkę. Mimo że rodzice są zadowoleni, przechodzą najczęściej obojętnie koło takiego dziecka. Owszem myślą: „Super, że się sobą zajęło, mogę odpocząć”, a dziecko w swoim mniemaniu zostaje niezauważone. Dopiero, gdy zacznie histeryzować, gdy kogoś uderzy, czy zrobi scenę, nagle rodzic pojawia się obok, dziecko znajduje się w centrum uwagi nawet, jeśli rodzic krzyczy, udziela reprymendy. Tego wielu rodziców nie rozumie – bycie w centrum uwagi daje dziecko poczucie, że ktoś się nim interesuje, jest to dla niego milion razy lepsze niż obojętność, z którą się styka, mimo że zachowuje się dobrze.

Poza tym z dzieckiem trzeba rozmawiać, trzeba mu tłumaczyć. Nie można jako rodzic wyjść z pozycji: „Bo ja jestem twoją mamą”, „Bo tak masz zrobić”, „Bo masz już pięć lat”. Dziecku trzeba powiedzieć, krótko i treściwie, dlaczego czegoś mu zabraniamy, na przykład: „Jeśli tak zrobisz, to coś się zniszczy, zrobisz sobie krzywdę”. Nikt nie lubi się podporządkowywać w myśl zasady: „bo tak”, także dziecko.

Ponadto rodzicom często brakuje cierpliwości, wybuchają, irytują się, jakby zapomnieli, że sami byli dziećmi i musieli się wszystkiego sami nauczyć, od jeżdżenia na rowerze po czekanie na swoją kolej.

To są też rzeczy wynikające z braku wiedzy. Nas się nie uczy w szkole, jak wychowywać dzieci. Są na szczęście rodzice, którzy coraz częściej sięgają po poradniki, książki. Jednak nie każda tego typu lektura pomoże, niektóre mogą wręcz zaszkodzić. Są pomysły, z którymi ja walczę zawzięcie i wrzucam je do jednego wora porad pod tytułem: „Kochaj swoje dziecko, traktuj je z szacunkiem, a ono będzie grzeczne, bezproblemowe, a wasze relacje świetne”. A przecież to jest nieprawda. Wielu rodziców, którzy kochają swoje dzieci i traktują je z szacunkiem, nie radzi sobie wychowawczo i nakręca się depresyjnie: „Skoro kocham, a ono źle się zachowuje, to znaczy, że jestem złym rodzicem? Że za mało kocham?”. Miłość i szacunek w wychowaniu nie zawsze wystarcza, trzeba pokazać dziecku granice, których nie może przekraczać, bo jest to niebezpieczne, społecznie niedopuszczalne. Do tej granicy może swobodnie eksplorować świat.

Odnoszę wrażenie, że Pana książka stoi w opozycji do tego, o czym dzisiaj się mówi, na co kładzie się nacisk – mówię o rodzicielstwie bliskości, o zaufaniu swojej intuicji, podążaniu za dzieckiem.

Tak faktycznie jest, mam tego świadomość i też zażarcie walczę z tymi teoriami. I żeby było jasne: tak trzeba dziecko kochać, trzeba szanować, trzeba z uważnością do jego potrzeb podchodzić. Ale to jest końcówka tej drogi, bo co jeśli zdarza się nam dziecko nieposłuszne, z którym trudno jest normalnie i szczęśliwie funkcjonować pod jednym dachem, gdzie jedyną nagrodą jest kopniak w nogę albo plucie i krzyk. Jeśli z dzieckiem jest fajnie, można wyznawać ideologię lansowaną w większości poradników:. Wtedy tak. Jednak, jeżeli coś się wymyka spod kontroli, nie ma opcji, że magiczna moc miłości w automatycznych sposób sprawi, że dziecko samo doprowadzi się do porządku. Uważam, że jest to straszliwie w skutkach i konsekwencjach kłamstwo, które nie dość, że nie przynosi żadnych rozwiązań, to rujnuje psychicznie tych rodziców.

Tymczasem są proste rozwiązania takich trudnych wychowawczo sytuacji, które wprowadzam do domów rodzin w ciągu pięciu dni. I one działają, bo obserwuję, jak zmienia się ta rodzina, rodzice i samo dziecko.

Michał Kędzierski

Michał Kędzierski – psycholog dziecięcy, absolwent Uniwersytetu Jagielońskiego. Prowadzi, w której uczy rodziców, jak porozumieć się ze swoimi niesfornymi dziećmi. Mówi, że jego misją jest propagowanie rzetelnej wiedzy dotyczącej wszystkich aspektów wychowywania dzieci i co za tym idzie – chęć uczynienia jak największej liczby rodziców osobami kompetentnymi w kwestiach wychowania i po prostu szczęśliwymi.

Jeśli chcecie wiedzieć więcej zajrzyjcie na kanał i na .

 

 

 

 


Zobacz także

Zadaj sobie te cztery pytania i zacznij zmierzać we właściwym kierunku

Pokaż mi, jak kochasz, a powiem ci kim jesteś

Matko, masz w głowie tylko kupki, pieluszki i rzygi. A ja? Ja mam wolność