Schizofrenik a ludzie

Ogarnij mój chaos
Ogarnij mój chaos
24 września 2016
Schizofrenik a ludzie
Fot. iStock / valentinrussanov
 

Moja mama ma schizofrenię. Pisałam już kiedyś wcześniej o tym. Dobija mnie myśl, że społeczeństwo tak mało o tym wie. Chciałabym zrobić coś, żeby ludzie zaczęli inaczej patrzyć na osoby chore psychicznie. Kiedyś to nagłośnie. Postaram się, żeby spojrzenie na tą sprawę, chociaż kilku osób, zmieniło się, a dzięki temu chorym żyło się lepiej.

Pięć rzeczy, które najbardziej kłują mnie w oczy:

1. Ludzie patrzą na chorych psychicznie, jakby ich zachowanie,
dana choroba była ich winą.

2. Chorzy pozostają bardzo często pozostawieni sami sobie.
Znajomi, sąsiedzi, bliscy odwracają się.
Przy schizofrenii jest to bardzo częste zjawisko.

3.  Inni traktują chorego gorzej, jakby był mniej wartościowym człowiekiem, nawet jeśli choroba jest w trakcie remisji, chory nie może żyć w otoczeniu normalnie.

4. Ludzie nie chcą z  chorymi rozmawiać, śmieją się z Nich. Chory to też człowiek – On czuje i cierpi. Sam nie wybrał sobie choroby! Dużo ludzi o tym zapomina, a przecież mimo, że jest to straszna choroba, przerażająca wszystkich, bardzo często niebezpieczna, musimy pamiętać, że to nadal choroba. Chory działa nieświadomie. Nieodpowiednie zachowanie otoczenia często pogłębia chorobę, depresję, stany lękowe, a nawet przerywa remisję.

5. Bliscy wstydzą się chorych, przez co chory jeszcze bardziej
jest pozostawiony sam sobie.

Śmierć bliskiej osoby jest straszna. Są choroby przy których ktoś umiera latami, cierpi – to dramat. Nie którzy umierają w jeden dzień, inni w tydzień lub miesiąc. To straszna strata, rozpacz i ból. Ale Oni cierpią przez chwile i umierają. Jeśli jesteśmy wierzący, wierzymy, że ich dusza trafi do nieba i będą szczęśliwi. A wiecie jak cierpi człowiek chory psychicznie? Czuje się samotny, odrzucony. Często żyje sam, w nędznych warunkach, przez leki, chorobę zmienia się nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Wiele rzeczy jest mu obojętne, leki działają otępiająco, spowalniają chodzenie, mowę, reakcję na różne bodźce. Taki człowiek jest wiecznie nieszczęśliwy. Często nie ma celu, nawet pieniędzy  na godne życie. Na pomoc państwa może liczyć jedynie jeśli choroba daje oznaki w postaci stwarzania zagrożenia dla siebie bądź innych. Jeszcze przecież ktoś musi to dostrzec, wtedy są pasy bezpieczeństwa i szpital na parę tygodni czy też miesięcy. Potem jest znowu wolność. A czym jest dla takiego człowieka wolność? Niczym. On nie ma bardzo często nikogo ani niczego. Jeśli ma bliskich bardzo często jest traktowany jako ‚inny’ człowiek, a jedynie jeśli chory jest traktowany tak jakby był normalny może być mimo choroby normalny. Skomplikowane, nie umiem chyba spójnie i w kilku zdaniach tego opisać, ale taka jest prawda.

Wiecie, ja cierpię. Moja mama cierpi. To straszne, kiedy się widzi, że bliska Nam osoba od 14 lat nie ma jakby życia. Nie ma znajomych, nie ma pomocy od państwa, ma rentę za którą ledwo idzie wyżyć. Przez chorobę, leki i tyle lat życia w samotności, odrzuceniu i wyśmianiu zamknęła się całkiem na świat, nie ma siły nawet nigdzie wyjść, nic ją nie cieszy. Czuję pustkę, czuję ból i cierpienie. Czuję, że straciła dawne życie, to sprzed choroby ( jeśli oczywiście nabyła ją w trakcie życia). To tak jakby widzieć jak bliska Nam osoba co dzień umierała, ale nie tylko fizycznie, umierała co dzień na nowo w każdym aspekcie życia. Moja mama dziś przy mnie się popłakała, ja od lutego podejrzewam nawrót choroby, ale spowolniony, ale Ona popłakała się tak naprawdę o to, że 14 lat temu straciła swoje życie, że od wtedy czuję tylko ból i cierpienie. To straszne kochać kogoś tak mocno i nie móc nic zrobić. Przygryzam wargi, żeby powstrzymać łzy. Poza mną każdy ma ją gdzieś. Dawniej była duszą towarzystwa, radosna, uśmiechnięta, wygadana, pełna energii, teraz jest chodzącą rozpaczą bez znajomych, bez niczego. Jej dusza i stan psychiczny wołają o pomoc. Jeśli mogę, to powiem tylko Boże, pomóż!


Czuję frustrację – jestem wściekła. Przecież to nie jest życie, to jakaś wegetacja

Ogarnij mój chaos
Ogarnij mój chaos
15 października 2016
Fot. iStock/ BraunS
 

Zabiegana, pełna pomysłów, życia, twórcza, towarzyska, empatyczna, z klasą, dumna, ale nie tak dosłownie. Ciągle szukająca czegoś nowego, szukająca pomysłu na życie. Czy Wy też macie wrażenie, że to tak troszkę o Was? O mnie na pewno. Żyje w ciągłej pogoni. Wy też? Nie wiadomo do końca za czym, za kim, dlaczego? Jedyne co przychodzi mi teraz do głowy to stwierdzenie, za spełnieniem… ale jakim? Pierwsze chyba powinnam powiedzieć za kasą, bo za nią mimo wszystko pod wieloma względami można się spełniać.

Nie do końca czuję, że się spełniam. Jest ok, jest fajnie, ale jeżeli w Polsce za swoją pracę otrzymuje troszkę wyższe wynagrodzenie niż najniższa krajowa, a sama opłacam urząd skarbowy, inne składki, i te opłaty… przy opłatach zostaje mi ledwie na życie, a miało być tak pięknie… to z czego ja mogę być zadowolona? Osoba z wykształceniem, 10 zl/h ktoś powie, inni mają mniej, może. Może inni mają mieszkanie u rodziców, mniej opłat, nie wiem, może innym to nie przeszkadza?

Dla mnie to nie życie. Nie przywykłam do czegoś takiego, do tej pory pracowałam, miałam mniej opłat o dobrych kilkadziesiąt złotych, owszem  żyłam w domu rodzinnym, postanowiłam jednak już całkowicie zacząć żyć własnym życiem, to była moja decyzja. Uważam, że dobra, mimo tego, że łatwo nie było, nie jest i nie będzie, ale dalej zadaje sobie pytanie, jak dalej żyć? Do tej pory żyłam dobrze, tak jak chciałam, a teraz widzę, że już nie mogę wydać miesięcznie 200 zł na książki, 100 na teatr, 50 na kino, 200 na spotkania z przyjaciółmi.. o nowej pasji nie wspomnę. Nie mogę zapisać się na kurs jaki chciałabym, ponieważ samych opłat mam dobrze miesięcznie ponad tysiąc złotych.

Więc po raz kolejny w mojej głowie zapada pytanie: Jak można tak żyć? Przecież to nie jest życie, to jakaś wegetacja. Nie dziwię się, że są ludzie koło trzydziestki na karku, dalej mieszkający pod dachem rodziców, albo całkiem, na ich przysłowiowym garnuszku. Ja mam 24 lata, od 18 urodzin utrzymywałam się sama, odpadało mi tylko płacenie za czynsz, czy jakieś składki, ponieważ pracowałam no nie oszukujmy się bez umowy. Uczyłam się, więc wtedy jakoś mi to nie przeszkadzało, wręcz było na rękę. Za rachunki i tak płaciłam ze swoich pieniędzy, jedzenie i wszystko inne również kupowałam sama, co nie zmienia faktu że było mi łatwiej.

Czy czujesz spełnienie? Czujesz, że żyjesz? Przecież tak niskie zarobki, dołują, dołują mnie, dołują chyba wielu z Nas. Nasza praca przestaje dawać .am satysfakcje. Mam/mamy myśleć o przekwalifikowaniu tylko dlatego, żeby lepiej zarobić? Naszą pasję porzucić ze względu na hajs? Mamy wybierać pomiędzy życiem, a przeżyciem? Nie wiem, czy śmiać się czy płakać, jak o tym myślę i piszę. Żenada. Zostaje albo godzić się na życie, tak naprawdę nie żyjąc. Bo żyć, pracować tylko po to żeby zapłacić rachunki i coś zjeść.. to nie oszukujmy się przecież nie do tego życie powinno się sprowadzać. Co rozumiesz przez stwierdzenie ‚Czuję, że żyje’? Ja żeby czuć, że żyje potrzebuje czuć spełnienie. Co daje mi spełnienie? Hmm… pomyślmy spełnienie owszem może być emocjonalne, duchowe, z tym jest łatwiej… ale spełnienie finansowe to jest dopiero trudne do osiągnięcia, spełnienie, samorealizacja, samodoskonalenie się, relaks, zwiedzanie, poznawanie świata, nowych smaków, ludzi, miejsc, to jest to co każdy z nas powinien w życiu móc robić, jeśli oczywiście chce. To dla mnie jest spełnienie.

Chcę czuć, że żyję. Nie mówię, że co dzień, mam jeść w najlepszych knajpach, restauracjach, chodzić na zakupy do Diora czy Chanel, ale żeby na spokojnie było stać mnie na życie właśnie takie normalne. Raz, dwa razy w tygodniu wyjść gdzieś, zapisać się na jakiś kurs, pojechać na wycieczkę bez pożyczki na następny rok, lub dwa, bez liczenia każdego grosza od/do pierwszego, czy tam dziesiątego każdego miesiąca kiedy wypłata ma wpłynąć na konto.

No więc tak, jeśli ktoś może, bądź chce, albo musi to jest pierwszy wariant :

– przekwalifikowanie ( swoją drogą, jeśli ktoś chce dobrze zarabiać, chce się przekwalifikować, musi mieć naprawdę dobrą głowę! Więc nie każdemu przekwalifikowanie pomoże, zawody w których można dobrze zarobić nie są łatwe)

Drugi wariant? No właśnie jaki jest? Chyba każdy wie jaki… otóż:

– emigracja

Ktoś powie dokąd? Już nigdzie nie ma ‚kokosów’ ! No może i muszę przyznać, i przyznam rację, nie ma już tak dobrze jak było jeszcze kilka lat temu, ale dalej jednak, jest lepiej niż u nas. Można pracować często nawet w słabej pracy, nie dającej Nam spełnienia zawodowego, ale pozwalającej Nam po prostu żyć. Hmm i tu każdy powinien sobie zadać pytanie, co dla mnie jest ważniejsze? Spełnienie zawodowe w kwestii zarobków,czy też tego co robię i dla kogo?

Nie wiem jaka ma być puenta tego wpisu. Nie ma puenty. Czuję frustrację – jestem wściekła.

Jesteś młoda, młody, ambitna, ambitny, odważna, odważny i co z tego masz?
Masz znajomości albo szczęście, masz dużo. Nie masz szczęścia masz masę czasu na myśli, że mimo starań najlepsze lata twojego życia przeciekają ci właśnie przez palce. Uciekają. Tracisz część swojego życia na wegetację. Kogo to wina? Nie Twoja, to pewne, w końcu ustaliliśmy, że jesteś osobą ambitną, dążącą do czegoś. Ciągle się starasz, dążysz do tego by osiągnąć w życiu to ‚coś’.  Nie jest to też wina miejsca z którego pochodzisz. Nie jest i już. Nie jest to również winą twoich rodziców. To wina państwa w którym żyjesz. Tylko i wyłącznie państwa. Ludzie którzy od lat nim rządzą, mówią, że chcą dobrze, lepiej i tak tylko się przegadują, od lat. Może i czasami coś zrobią, żeby było lepiej.. ale jedno ich dobre posunięcie przypada na setki tragicznych decyzji. W minionych latach tych tragicznych było większość, dlatego teraz mamy Polskę jaką mamy. Nie zapowiada się, że będzie lepiej… i teraz przygryzam wargi i zadaję sobie pytanie:

Wylecieć czy zostać? Zaryzykować na początek jakąś przypadkową pracą poza granicami naszego kraju, czy zostać tu w pracy w której się spełniam? Spełniam emocjonalnie, ale nie życiowo. Chcę się spełnić, a nie do końca jednak mogę. Na pewno nie mogę, nie mogę się samodoskonalić, realizować, spełniać marzeń. Tym którym udało się to już osiągnąć zazdroszczę, ale tylko tak troszeczkę, a tak naprawdę cieszę się waszym szczęściem i z całego serca Wam gratuluję. Trzymam kciuki za wszystkich którzy tak jak ja tego spełnienia jeszcze, dalej poszukają. Wy  również, trzymajcie je za mnie! Moc jest w nas i w naszych decyzjach, więc dalej dążmy do spełnienia, bo chyba nic innego Nam nie zostało? W końcu ambitni ludzie się nie poddają 😉


Dom dziecka, choroba psychiczna mamy – historia mojego życia

Ogarnij mój chaos
Ogarnij mój chaos
5 sierpnia 2016
Fot. iStock

Jest trzecia w nocy, nie mogę spać. Myśli moje krążą wokół mojego życia i bliskich mi osób. Odczuwam niepokój, boję się. Ktoś się zapyta, czego? Otóż choroby, bycia samemu. Bezradność, to mnie przerasta. Był dom dziecka, strach, przerażenie, a choroba mamy jest do dziś, jak z tym dalej żyć?

To wszystko zaczęło się dość niepozornie, kiedy miałam dziesięć lat. Mieszkałyśmy same, mama chodziła do pracy, ja miałam opiekunki lub też ktoś z rodziny zajmował się mną.

Chodziłam do szkoły, byłam radosna, mama spędzała ze mną każdą wolną chwilę, było cudownie, aż nagle zauważyłam, że się oddala, oddala nawet ode mnie. Jest smutna, coraz bardziej chuda, jako dziecko nie wiedziałam, że jest źle. Wiedziałam, że coś jest nie tak, ale wierzyłam, że będzie ok. Nie było i nie jest.

Czternaście lat, tyle to trwa i potrwa niestety do śmierci. Wiele przeżyła, śmierć rodziców, śmierć dziecka (mojego bliźniaka) zaledwie trzy dni, tyle był z Nami, a raczej obok, bo w inkubatorze. Byliśmy wcześniakami, ale tym razem nie o tym. Miała nerwy, i wiele na głowie. Ojciec alkoholik, nic nie wart człowiek. Na szczęście szybko przejrzała na oczy, zostawiła go. Zostałyśmy same. Musiała dać radę, dla mnie. Ja wiele chorowałam, miałam wypadek, i wtedy się zaczęło jej dziwne zachowanie. Tak nagle, wtedy to zauważyłam, choć pewnie coś nie tak było już wcześniej. Bo ileż może wytrzymać ludzka psychika? Mieszkałam z Nią obserwowałam, bałam się – nie o siebie, a o nią.

Potem zaczęli zauważać inni, choroba się rozwinęła, ujawniła. Mnie zabrali siłą do domu dziecka, Ona została – sama. To było straszne, znienacka zabrali mnie obcy ludzie ze szkoły, wywieźli, nie pozwolili pożegnać się z mamą. Trafiłam do domu dziecka. Moje dzieciństwo skończyło się, tak naprawdę już nikt się mną nie przejmował. Może inaczej, przejmował czy mam co jeść, czy też lekcje odrobione. Od strony psychicznej, emocjonalnej nie bardzo. Zostałam nagle rzucona ze swojego pokoju z zabawkami, do dorosłego i okrutnego życia.

Owszem ludzie w nowym miejscu byli dla mnie mili, przyjaźni ale czułam się jak mały szczeniak który jeszcze ledwo umie chodzić, a został wywieziony do ciemnego i przerażającego lasu. Moja mama nie zgodziła się szybko na leczenie, minęło kolejnych parę miesięcy, zdiagnozowano u niej chorobę umysłową, psychiczną. To było jak wyrok na moje życie. Moja mama miała, ma schizofrenie. O tej chorobie mało się mówi. Społeczeństwo nie jest uświadomione. Może być ona dziedziczna, ale i nabyta pod wpływem przeżyć. U Nas w rodzinie wcześniej tego nie było. Ona jest pierwsza.

Jest osiem odmian tego pogromcy życia. To straszne. Może i są osoby które normalnie żyją z tą chorobą, ale to jest jak tykająca  bomba. Przynajmniej dla mnie. Ona za to nie uważa się za chorą, nawet jeśli bierze leki. Wypiera to, nie przyjmuje do wiadomości. Ja byłam w domu dziecka, potem w rodzinie zastępczej, do osiemnastki, a mama była przez te osiem lat raz w szpitalu przez rok, podleczona z lekami została wypuszczona do domu.

Po osiemnastych urodzinach musiałam wrócić do domu. Rodzina zastępcza mnie nie chciała. Wzięli mnie z jednej strony z litości, z drugiej strony może z dobroci serca, ale raz usłyszałam, że musieli to zrobić, bo co powiedzieliby ludzie. Bo tak dla jasności moją rodziną zastępczą była moja prawdziwa rodzina. Byłam u nich bardzo samotna. Nigdy przez osiem lat nie usłyszałam, że mnie kochają, że się cieszą że z Nimi jestem.

Nikt sam od siebie mnie nie przytulił, nikt nie powiedział będzie dobrze. Słyszałam za to, że jestem u nich do pełnoletności, a potem droga wolna, wracam do mamy. Bo niby gdzie? Płakałam, często, przeważnie w poduszkę. Najgorsze były urodziny, płakałam nocą, że wybija północ, że mija kolejny rok, że moja osiemnastka się zbliża. Płakałam, że będę musiała wynieść się z ‚domu’ do mojego dawnego domu, że nie ma przy mnie mojego brata. Wierzę w wieź pomiędzy rodzeństwem, nawet jeśli tak naprawdę nigdy poza łonem matki się nie znaliśmy. Całe życie mi go brakuje, czuje pustkę, to coś jest nie do opisania.

Kochałam i kocham mamę, ale to już nie jest ten sam człowiek co przedtem. Po osiemnastce wróciłam do domu, obserwowałam ją, i wiecie co? To wróciło. Remisja się skończyła. Potem się okazało, że przez długi okres czasu wykupowała leki, ale ich nie brała. Znowu musiałam się wynieść z domu, tym razem jednak samowolnie. To co się działo przez następnych kilka tygodni zanim Ona trafiła do szpitala, nie mieści się dalej w mojej głowie, to horror. Policja, karetka, pasy bezpieczeństwa, a w tym wszystkim ja. Przerażona, przeżywałam, widziałam co się dzieje, czułam strach, mój świat się walił kolejny raz.

Była w szpitalu miesiąc, tego nie można było nazwać nawet podleczeniem, wróciła do domu, a ja widziałam, że z nią dalej dobrze nie jest, minęło kolejnych kilkanaście dni i znowu musiała trafić do szpitala. Trzy miesiące, tyle tam przebywała. Wtedy się o nią nie martwiłam, wiedziałam, że jest bezpieczna, że ma ciepło, ma jedzenie i podane leki. Wróciła do domu, po tych dwunastu tygodniach, a ja znowu za jakiś czas zamieszkałam z nią.

Minęły kolejne lata, dokładnie pięć, czy może nawet sześć, zależy od kiedy mam liczyć, znowu się wyprowadziłam z domu, nie dawno, musiałam. Mama tam została, a ja się ciągle obawiam, boję, bo od lutego podejrzewam nawrót, zaczęły się znowu jej dziwne zachowania. Pewnie za nie długo choroba się rozwinie całkowicie, i znowu będzie piekło. Jestem w tym sama. Ludzie którzy są mi bliscy wiedzą, ale nic sobie z tego nie robią, bo tak naprawdę nikt nie tkwi w tym tak jak ja. Ona i ja. Mama i córka. Ja się martwię, a do niej nie dociera, że jest chora. Czuję się zmęczona życiem, mimo, że mam niespełna dwadzieścia cztery lata. Boję się, że moja psychika też kiedyś wysiądzie. Nie chce przeżywać tego kolejny raz. Nie chce, a nie mam jak od tego uciec.

Uciekłam już nie raz od gadania ludzi w wiosce, od nieprzychylnych spojrzeń. Oni potrafią być naprawdę straszni, skrzywdzili mnie słowami, zawiedli już nie raz zachowaniem. Cierpiałam jako dziecko, cierpię w głębi serca i dziś. Nawet jeśli będę na końcu świata nie ucieknę od tego wszystkiego. Uwolnię się od tego dopiero, jak jej na tym świecie nie będzie, a przecież to straszne tak myśleć. Kocham ją, tak bardzo chciałabym żeby wszystko się ułożyło, chcę tego od czternastu lat, ale nie da się, to nie jest choroba z którą można normalnie żyć.

Życie jest brutalne, przynajmniej moje, dobrze, że mam chociaż osobę, którą kocham, mowa o moim chłopaku, ale mimo to co dzień przygryzam wargi z myślą: nie daj się, nie płacz, dasz radę, wyjdziesz na prostą, będziesz kiedyś szczęśliwa. Mam nadzieję, że kiedyś założymy rodzinę i będę w końcu szczęśliwa, będę żyła własnym życiem, myślała o sobie, o Nas i o dzieciach. Nie chce już myśleć o bombie, jaką jest choroba mojej mamy, bo życie w ciągłym stresie, strachu, obawie nie jest prawdziwym życiem. Czekam na kolejny wybuch. Jestem przerażona nikt nie wie, jak bardzo się boje.

Nie udało się, płaczę. Dochodzi czwarta rano, boli mnie głowa, od myśli, od wspomnień, od żalu. Nie usnę to pewne, proszę niech za to ‚uśnie’ choroba.


дженерик сиалис софт купить в украине

http://xn--e1agzba9f.com

виагра таблетки купить в украине