Siedem rzeczy, na które warto „zmarnować” swój czas. Nie czekaj!

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
10 stycznia 2016
Fot. iStock / Kuzmichstudio
 

Masz poczucie, że czas przecieka przez twoje palce? Że nawet mając wolną chwilę, nie potrafisz jej właściwie wykorzystać? „Właściwie”, czyli na to, co naprawdę liczy się w życiu, co przynosi radość i zostaje w nas na dłużej. Co pomaga nam oderwać się, wyrwać z tej codziennej schematyczności, pośpiechu, nerwów. Masz poczucie winy, bo oto „zmarnowałaś” całe pół godziny myśląc o niebieskich migdałach? Niepotrzebnie. Ja do tej twojej chwili z głową w chmurach, dodam jeszcze całą listę rzeczy, na które naprawdę warto „tracić czas” 🙂

1. Rozmowa z kimś bliskim

Nie na czacie, nie przez telefon, nie byle szybko, nie byle jak. Twarzą w twarz, przy filiżance herbaty, kawy. W domu, na spacerze, w kawiarni. Prawdziwa wymiana myśli i emocji (bez emotikonów, za to z najprawdziwszym uśmiechem, łzami, uniesieniem brwi i całą tą mową ciała: najlepszym dowodem na to, że twój rozmówca cię słucha i próbuje zrozumieć). Realny kontakt z drugim człowiekiem, który sprawi, że i ty i ten „ktoś” poczujecie się ważni. I potrzebni.

2. Zaspokojenie twoich potrzeb

Nasz odwieczny problem – znaleźć chwilę dla siebie. Zadbać o swoje zdrowie fizyczne, stan swojej skóry, wyłapać i przeanalizować ewentualne, niepokojące sygnały płynące w twojego organizmu. Pomyśl też o stanie twojej duszy. Pamięta zawsze: ty też się liczysz, a w dodatku jako jedyna czujesz, co w danym momencie przyniosłoby ci ulgę. Jeśli to wyjście do kosmetyczki, do fryzjera – umów się na wizytę. Jeśli przeżycie duchowe – zamów bilety do teatru czy kina. Ale działaj…

3. Kontakt z naturą

Żyjemy w coraz bardziej zanieczyszczonym środowisku, w codziennym zgiełku, pośpiechu. Poruszamy się głównie samochodami i środkami komunikacji miejskiej. Wysyłamy sobie sztuczne, zdawkowe uśmiechy, prawimy dyplomatyczne komplementy, które mają niewiele wspólnego z tym, co myślimy naprawdę. Znajdź czas by pójść do lasu czy parku, odetchnąć głębiej, popatrzeć na to, co zielone i.. naturalne. To pomoże ci spojrzeć z dystansem na twoje relacje z ludźmi, a przede wszystkim przerwać gonitwę myśli i zrelaksować się.

4. Czytanie książek

Papierowych. Prawdziwych:). Pachnących drukiem i cudownie szeleszczących kartkami. Rogi tych kartek możesz zagiąć, choć kiedyś zganiłaby cię za to mama i pani z biobiolteki, z której wypożyczałas „Zimę w Dolinie Muminków”.  Nie sposób opisać całego dobra, jakie niosą ze sobą chwile spędzone z dobrą lekturą.

5. Gotowanie

W domu, z ukochanym, z dziećmi. Z przyjaciółmi. W wesołym, radosnym gwarze. Bo to jednoczy, bo sprawia, że spędzasz czas naprawdę razem, a nie obok. I to we wspólnej, smacznej sprawie 🙂 . Warto, bo okazja, by się od siebie i o sobie czegoś nauczyć. Bo to pewność, że jesz coś, co zostało przygotowane specjalne dla ciebie…

6. Oglądanie albumów rodzinnych

Na pewno ciągle je masz. Jeśli nie ty, to twoi rodzice, dziadkowie… Przechowują je jak prawdziwy skarb. Bo to jest skarb! Zdjęć z albumu, starannie wklejonych i podpisywanych eleganckim pismem twojej babci nie zastąpią te współczesne, najpiękniejsze, dostępne od zaraz. I jeszcze, to uczucie towarzyszące przewracaniu kartek w albumie… Efekt „pomostu” między waszymi pokoleniami , między przyszłością i przeszłością. Rozmowa z dziećmi, o tym jak było kiedyś. I ich mina, jak wtedy, gdy słuchają fascynującej baśni.

7. Nicnierobienie

Umiesz w spokoju „robić nic”? Oczywiście, nicnierobienie nie istnieje, zawsze robisz coś, nawet we śnie, kiedy… śpisz . Usiadz. Wyjrzyj przez okno, pogap się w niebo, poobserwuj przechodniów, zauważ kota, który próbuje niepostrzeżenie czmychnąć przez osiedlową bramę. „Nic dwa razy się nie zdarza” napisała Poetka. Być może jesteś świadkiem unikatowej chwili…

Życzę ci umiejętności trwonienia czasu. Nawet jeśli masz go mało. Marnuj twoje cenne chwile, ale tylko na to, co sprawi, że poczujesz że żyjesz, że jesteś. Po prostu.


„Słyszałam krzyki kobiet, płacz dzieci. Bałam się, że moja córka nie przeżyje. Matką jestem dzięki WOŚP”. List otwarty do przeciwników Jurka Owsiaka

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
10 stycznia 2016
Fot. Screen z YouTube / WOŚP / Archiwum prywatne / fotomontaż
 

Nie będę się z wami kłócić, bo to nie ma sensu. Przypuszczam, że macie zdrowe, szczęśliwe dzieci. A może ich nie macie? Inaczej przecież nie bylibyście przeciwnikami działań Jurka Owsiaka, bo wiedzielibyście, że kupowany przez WOŚP sprzęt ratuje życie. Wiedzielibyście z własnego, trudnego doświadczenia. Tak jak my, matki wcześniaków. Lęk o dziecko zatkałby wam usta.

Mam na imię Magda, a to jest moja córka Julka. Ma 6 lat. Chodzi do zerówki, jej grupa nazywa się Fasolki. Ma blond włosy, jest drobniutka. Uwielbia malować, ćwiczy akrobatykę, jeździ na desce, łyżwach, nartach, chce, żeby ją zapisać na tańce. Śmiejemy się z mężem, że kocha życie. Jest silna. Tę jej wolę życia zauważyłam już wtedy, gdy leżała w inkubatorze na oddziale patologii noworodków w warszawskim szpitalu na Karowej. Zaintubowana, otoczona rurkami przyczepionymi do każdej części jej malutkiego ciała, leżała na brzuchu i próbowała podnieść głowę. Rozglądała się. Wszystko ją interesowało.

Ale gdyby nie sprzęt kupiony za pieniądze zebrane przez WOŚP, umarłaby wtedy w szpitalu. A ja nie byłabym mamą. Julka była moją ostatnią szansą, wcześniej straciłam dwójkę dzieci, bliźniaki. Urodziłam je w 22 tygodniu ciąży. Cierpiałam na zespół HELLP, to najgorsza forma gestozy, tak organizm niektórych kobiet reaguje na ciążę. Powoli wysiadają wszystkie organy wewnętrzne: wątroba, nerki. Po urodzeniu bliźniaków lekarz powiedział mi, że jeszcze 15 minut i bym nie żyła, pękłaby mi wątroba. Miał wybór: ratować mnie, albo dzieci.

Wierzyłam, że za drugim razem się uda. Wcześniej kupiliśmy z mężem dom, chcieliśmy mieć dużą rodzinę. Na kolejną ciążę czekałam siedem lat, w tym czasie musiałam stale monitowować stan zdrowia, zrobić setki badań. Ryzyko było, ale moja lekarka mówiła, że sobie poradzimy, bo najgorzej jest wtedy, gdy ta choroba nie jest zdiagnozowana.

Gdy zaszłam w ciążę, zaczęłam brać sterydy. Tydzień po podaniu pierwszej dawki wylądowałam w szpitalu. To był 18. stycznia 2010 roku. Rano leżałam na kanapie i zwijałam się z bólu. W szpitalu zrobili mi badanie krwi i okazało się, że jestem chora. Dwa dni leżałam w pokoju obok sali porodowej. Słyszałam krzyki kobiet, płacz dzieci.

O tym się nie mówi, ale my, matki wcześniaków, bywamy w szpitalach traktowane strasznie. Nie przez wszystkich i nie wszędzie, ale wiele z nas ma podobne doświadczenia. Ja przez kilkadziesiąt godzin byłam podłączona do KTG. Byłam nieprzytomna z bólu, a musiałam leżeć w tej samej pozycji, bo tylko tak KTG rejestrowało pracę serca Julki. Jeśli się przekręciłam, to położna krzyczała. Tylko niektóre mi pomagały, inne wchodziły i włączały światło nie zważając na to, że akurat zasnęłam. I pouczały: „Proszę leżeć w tej samej pozycji!”.

Nie jadłam, ciągle wymiotowałam, a wyniki badań były coraz gorsze. W końcu lekarze zdecydowali, że będę miała cesarskie cięcie.

„Nie ma miejsca dla pani dziecka, jest tak dużo dzieci, sytuacja jest trudna. Pani córka ma niewielkie szanse, a może zabrać szansę innemu dziecku, które ma lepsze rokowania”, mówiła lekarka, która przychodziła do mnie z OIOM-u dla wcześniaków. W końcu jednak miejsce się znalazło. Żeby ratować Julkę, przewieziono jakieś starsze dziecko do innego szpitala.

Julka urodziła się w bardzo złym stanie. „Walczymy o jej życie, ale proszę być przygotowanym na najgorsze”, słyszeliśmy od lekarzy. Ja byłam obolała po cesarskim cięciu, w ciężkim stanie po swojej chorobie. Zaprosiliśmy księdza, bo chcieliśmy, żeby Julka była ochrzczona. A lekarze powiedzieli wprost, że mamy jej jeszcze nie rejestrować w urzędzie, bo może zdarzyć się wszystko. „Trzy tygodnie proszę czekać”.

Wiecie, co znaczą trzy tygodnie niepewności dla rodziców? Życie albo śmierć. Życie albo śmierć.

Chciałabym, żebyście zobaczyli Oddział Intensywnej Terapii dla wcześniaków. Większość sprzętów ma przyklejone serduszko, symbol WOŚP. Wszystkie inkubatory, respiratory, CPAP i Inflant Flow, urządzenie do nieinwazyjnego wspierania oddechu u noworodków. To jest przepustka do życia dla tych dzieci. W tym miejscu wszystko toczy się na granicy życia i śmierci, co zrozumie tylko ten, kto tam był. Obok Julki leżał chłopiec, który ważył tylko 480 gram. Miał duże wylewy do mózgu, czwarty stopień, nawet gdyby przeżył, byłby rośliną. Jego rodzice poprosili, żeby nie ratować go za wszelką cenę. Takich sytuacji było więcej.

Ja zobaczyłam Julkę po dwóch dniach od porodu. To był szok. Miała ciało oplecione całą masą rurek, wkłucia na rączkach i nóżkach. Wtedy oddychała jeszcze przez maseczkę, a mimo to wdała się infekcja i musieli podłączyć respirator. Wcześniaki w niczym nie przypominają małych dzieci. Ich widok budzi mnie w nocy. Wyglądają jak rozluzowane kurczaki, chude, malutkie. Julka miała zaklejone oczy, nie miała sutków, a jej uszka były zrolowane, bo wciąż niewykształcone. Gdy wróciłam do sali, to wyłam z bólu. Nie byłam przygotowana na to, że zobaczę taki widok. Mówiłam sobie: „jesteś złą matką, egoistką, po co zachodziłaś w ciążę? To ty zgotowałaś jej taki los”.

Wyniszczenie psychiczne. Tak o tym potem myślałam. Żyłam wtedy w stanie nieustannego napięcia, bo zamiast poprawy, wciąż dochodziły nowe rzeczy – infekcja, kolejne zastrzyki, zapalenie płuc, żółtaczka, antybiotyki, sterydy. Z tamtego czasu zawsze będę pamiętać widok tych rurek i dźwięk nieustająco pikającej aparatury. W nocy odciągałam pokarm, część wlewałam do specjalnych termosów, część zamrażałam, a rano znów jechałam do szpitala.

Po trzech tygodniach odetchnęliśmy, ale Julka musiała jeszcze zostać w szpitalu. Była tam jeszcze trzy miesiące.

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Zazdroszczę kobietom, które rodzą naturalnie tego pięknego porodu. Towarzyszyłam przy porodzie mojej przyjaciółce, to było piękne misterium. Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, jak wiele straciłam.

Moje macierzyństwo nie było i nadal nie jest proste. Cały pierwszy rok życia Julki spędziliśmy w poradniach i na kolejnych badaniach. Neurolog, pediatra, okulista, laryngolog (badanie przesiewowe słuchu, też zawdzięczam WOŚP). Rehabilitowałam jej stópki, bo od leżenia w inkubatorze się powykrzywiały, ćwiczyłam z nią odruchy obronne, bo wcześniak ich nie ma, pomagałam jej przewracać się z plecków na brzuch. Setki godzin ciężkiej pracy.

Ale najważniejsze jest to, że Julka żyje. Przez trzy miesiące ratowano jej życie na Karowej i nie byłoby to możliwe bez nowoczesnych sprzętów. Gdyby ich nie było, odwiedzałabym moją córeczkę na cmentarzu. Moja historia to tylko jedna z wielu, bo przypadków porodów przed terminem jest coraz więcej.

Na karcie wypisu ze szpitala Julki napisano taką diagnozę – hipotrofia. To jest zatrzymanie się rozwoju płodu. Moja córka urodziła się w 27 tygodniu ciąży, ale jej rozwój oceniono na 25 tydzień.

Dziękuję WOŚP, że mogłam zostać matką.

Magda K.


„Czy całe moje życie nie jest godne twojej uwagi? Czy nie jesteś cząstką mnie…?”. Obejrzyj ten spot, żebyś nigdy nie musiał żałować, że jest już za późno

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
10 stycznia 2016
Screen/Youtube

Rozmawiałam kiedyś z mężczyzną, któremu zaginęła matka. On przed 40-tką, mama tuż po 60-tce. Wsiadła do autobusu i… nikt nie wie, gdzie jest, a on jej szukał rozpaczliwie. Wsiadał w samochód i jechał wszędzie tam, gdzie tylko dostał sygnał, że być może ktoś widział ją widział.

Powiedział mi wtedy: „Nikt nie podejrzewał, że dzieje się coś złego, że mama może mieć zaniki pamięci. Wydaje się nam, że rodziców mamy na stałe, na zawsze. My na nich także i w naszym dorosłym życiu możemy liczyć, czym się odwdzięczamy? Dostrzegamy, jak bardzo są ważni, kiedy nagle ich nie ma…”.

To prawda, starość to często obojętność. To dalszy tor, rola trzecio-, czy nawet czwartoplanowa. Dziś WOŚP po raz kolejny zbiera pieniądze dla tych starszych ludzi, tych o których czasami nie chcemy pamiętać, których czasami nie chcemy zauważać, bo boleśnie przypominają o przemijalności.

Może ta kampania społeczna uwrażliwi nas bardziej na tę starość?

Spot został wyprodukowany w ramach działalności Fundacji Jolanty Kwaśniewskiej „Porozumienie Bez Barier” prowadzącej program Oswajanie starości. Zgodę na rozpowszechnianie swojego wizerunku na potrzeby tego spotu udzielił Fundacji Pan Franciszek Pieczka. Ponadto Fundacja Jolanty Kwaśniewskiej „Porozumienie Bez Barier” również prowadzi zbiórkę pieniędzy tytułem 1% w ramach Kampanii Oswajanie starości.


 

Źródło:


Zobacz także

Zdążyła krzyknąć mężowi: „Łap je” i… urodziła na szpitalnym korytarzu

Dzikie ruchy to najlepszy fitness. Czas powrócić do korzeni dzięki paleo fitness

Przyłącz się do obchodów Międzynarodowego Dnia Jogi 2018

https://pillsbank.net

pillsbank.net

Наш полезный сайт с информацией про RocketBitBot хайп http://www.profvest.com/2018/05/rocketbitbot-hyip-otzivi-obzor.html