„Bądź twardy i ambitny. Miej klasę. Bierz się z życiem za bary. Tego mnie nauczyłeś, teraz rozumiesz, prawda?”. Toksyczna Kochanka

Poli Ann
Poli Ann
17 marca 2019
Fot. iStock
 

Wstała od stołu gwałtownie. Z oczu biły grzmoty. Gdyby mogła to by nimi go ugodziła. Boleśnie. Na wskroś. No oczywiście, że jest wyrozumiała, że rozumie, że jego rodzina i małe dziecko, że jego kariera nieskazitelna, że żona nerwowa, że zobowiązania i wpływowy teść. Ale ileż można znosić to ukrywanie, do cholery? Pięć lat to nie tydzień! Niby nic jej nie obiecywał, ale to już tyle trwa, że w końcu ma prawo czegoś oczekiwać. Przecież była i jest na jego każde skinienie.

Podróż służbowa na drugim końcu Polski? To Malwina się pakuje, rzuca wszystko i jedzie za nim. Będzie go miała tylko dla siebie. Przez dwie, trzy noce.

Lot do Londynu? Żaden problem. Leci z nim jednym samolotem, ale osobną klasą. Taksówki różne. Hotel ten sam. Namiętny seks w pokoju i on znika na konferencji, a ona w ciemnych okularach opuszcza hotel.

Konferencja w Warszawie? Malwina już wie w jakim hotelu bukować pokój i że po północy ma czekać na niego, w koronkowej koszulce i z czerwonymi ustami. Nieważne, że Malwina ma imieniny ciotki, osiemdziesiątkę babci Stasi, osiemnastkę siostry, komunię chrześniaka, rocznicę rodziców. Swoje życie odkłada, a gdzie tam, rzuca na bok i jedzie za ukochanym tam, dokąd on wskaże. Bo tylko w ten sposób może z nim być i pławić się w ułudnym szczęściu.

Koleżanki już dawno odpuściły i nie zapraszają na plotki, imprezy. Powychodziły za mąż, porodziły dzieci. Ona tkwi w związku bez przyszłości i obietnic, który miał się skończyć po pierwszym wypadzie do hotelu, ale jakoś się nie kończył. Była mu przecież potrzebna. Zawsze gdy dzwonił, to była. Pocieszała, doradzała, znosiła humory i frustracje, by zapaść się w jego ramionach i na chwilę udawać, że jest jej.

Tyle mu poświęciła czasu, uwagi wciąż mając nadzieję, że zostawi żonę, że się odważy i wykrzyczy o nich całemu światu. A on się odważył. Skończyć tyle, że z nią. Sorry kotku, ale przecież nic ci nie obiecywałem. Było miło, cudownie wręcz, ale moja żona jest chora i potrzebuje mnie całego. Nie mogę ciągle tkwić w dwóch światach. Zasługujesz na faceta na pełen etat, a nie na bzykanie w hotelu. Bądź ambitna i twarda. Mniej klasę kotku. Romans był. Romansu nie ma. Przecież rozumiesz?

Tak kończył każdą rozmowę, gdy chciała go trochę więcej, gdy prosiła o weekend, gdy miała chandrę i chciała pogadać, gdy była przeziębiona. Przecież rozumiesz?

Była twarda i ambitna. Bzykanie w hotelu? Tyle to znaczyło, kiedy zasypywał ją kwiatami, kupował bieliznę i biżuterię, mówiąc, że w innym życiu dałby jej pierścionek, a przecież nie może. Prawda kotku, że rozumiesz?

Żona, żona, żona. Miała pięć lat. Pięć cholernie długich lat, by przywyknąć i przestać się przejmować kobietą, wobec której on czuł tylko obowiązek. Z żoną musi, powinien, trzeba. To z nią chciał, pragnął i marzył. Kto go motywował jak miał trudne negocjacje? Kto na stole, tylko w szpilkach jęczał mu do ucha, że jest samcem alfa i świat leży u jego stóp? Kto ją błagał, by wróciła, kiedy po 3 latach powiedziała dość?

Kto w hotelu na Krecie, dokąd wyrwał się cudem, chodził z nią za rękę i udawał związek? I kochał się namiętnie kilka razy dziennie, a kelnerowi mówił, że jest kobietą idealną i na całe życie?
Ma mieć klasę? On jej będzie teraz pieprzył o klasie? Cholera, zawsze dumnie, w ciemnych okularach znikała z jego życia, zacierała ślady, wiozła ze sobą jego koszule i marynarki na zmianę, by żona nie wyczuła jej perfum. Z pokorą znosiła samotne urodziny, rocznice, sukcesy i wigilie.

Miarka się przebrała. Wpakowała w ten związek 5 lat. Czekała na niego. A on przypomniał sobie, że powinien zająć się żoną. Malwina więc wstaje od stołu. Wściekła i rzuca mu tylko, że jest nas dwie do opieki, a w sumie troje, bo jest z nim w ciąży.

Na poczekaniu wymyśla kłamstwo, by go zatrzymać albo choć utrudnić trochę życie, które do tej pory sprytnie sobie ułożył. W mig pojęła, że była tylko klockiem w tej układance. Pięknym i pociągającym, mającym w pewnym sensie jakąś władzę nad nim, ale tylko narzędziem. Był spełniony. Ciepły dom, letnia żona i gorąca kochanka.

W jego oczach ujrzała strach. Pierwszy raz i poczuła dziką satysfakcję. No kotku przecież rozumiesz? Byłam chora, antybiotyk, pigułki chyba nie zadziałały, a my wtedy…No pamiętasz, trzy razy…
Złapał ją za rękę. Od razu wyciągnął telefon i zapytał, ile potrzeba na zabieg. Mimo że był ojcem, poza córeczką świata nie widział, kolejne dziecko było problemem do usunięcia. Nieważne jakim kosztem, byle szybkim.

Parsknęła śmiechem i zapytała, czy też ją wyceni, żeby zniknęła. Przecież wszystko załatwiał pieniędzmi. Był dobry w kalkulacjach. Tylko tego sobie kotku nie policzyłeś. Dziecko będzie. Żona najwyżej się dowie. Bądź twardy i ambitny. Weź to na klatę. Romans był. Romansu nie ma, ale ja jestem i dziecko twoje też, przecież rozumiesz.

Wstała tym razem spokojnie, pewna zwycięstwa. Jemu palił się grunt pod nogami. Ona nie miała nic do stracenia. Straciła 5 lat, przyjaciół i swoje życie. Więc trzeba wyrównać rachunki. Nie interesowała jej jego żona ani jej choroba, choć błagał, żeby ją oszczędzić. Proponował duże kwoty, by Malwinę uciszyć, obiecał płacić na dziecko. Ale od razu zapowiedział, że wychowywać to go nie będzie. Potem wycofywał się, obiecywał pomoc i spotkania, byleby tylko żona miała spokój.

Malwina, która do tej pory kolorowała jego nudne i poukładane życie, zaczęła go oplatać niczym bluszcz. Zacieśniała pętlę na jego szyi, dusił się, a ona bez skrupułów wchodziła w jego przestrzeń. Pojawiała się w pracy, na siłowni. Przestała kryć się z mailami, SMS-ami. Kupiła zdjęcia usg, by być wiarygodna. Była jak słodka trucizna, którą skonsumował z wielką przyjemnością, a która zaczęła go niszczyć.

Z ich miłości pozostały zgliszcza, zaczęły się groźby. Bronił się przed Malwiną każdą bronią. Potem przepraszał, wysyłał pieniądze i prezenty dla złagodzenia sprawy.

Nie był jednak świadomy, że Malwina podjęła decyzję. Zatopiona w swojej zemście skupiła się tylko na nim, jakby wierzyła, że kara wróci jej stracone lata.

Żonie powiedziała sama. Zimno, bezwzględnie pokazała zdjęcia, prezenty, przelewy, rozmowy. Osiągnęła swój cel. Żona cierpiała jak i ona, może nawet bardziej nieświadoma tego, czym i kim jej mąż zajmował się przez ostatnie 5 lat. Widząc rozpacz w jej oczach uznała, że misję wykonała. W tydzień zniknęła z ich życia, pozostawiając w nim bałagan już nie do posprzątania. Żona odeszła, rozwód z jego winy, zmiażdżył go ponoć finansowo alimenty, jakich zażądała jako osoba przewlekle chora. On stracił dom, w firmie szacunek i sporo kontaktów, o co Malwina zadbała już osobiście. Wtedy dopiero poczuła spokój. Wyrównała rachunki. Na koniec wysłała mu maila, że ciąży nie było. To był kotku taki test, ja zdałam wszystkie, byłam zawsze obok, ty oblałeś. Nie spodziewałeś się chyba, że zniknę bez wyjaśnień? Oszukałeś mnie, więc w grę wchodził tylko remis kotku 1:1. Bądź twardy i ambitny. Miej klasę. Bierz się z życiem za bary. Tego mnie nauczyłeś, teraz rozumiesz prawda?


„Jedzenie było ważne. Najważniejsze. I to nim koiło się ból i wynagradzało”. Portrety: Ksenia – kompulsywne objadanie

Poli Ann
Poli Ann
20 marca 2019
Fot. iStock / domoyega
 

Gruba była zawsze. Jako noworodek ważyła 4,5 kg. Mało mamy nie rozerwała. W przedszkolu pierwsza zjadała wszystko z talerza. W domu czekał drugi obiad, bo mieszkali razem z dziadkami. Jedzenie było ważne. Najważniejsze. I to nim koiło się ból i wynagradzało. Stłukłaś kolanko? Babcia da ciasteczko. Zła ocena w szkole? Zjedz czekoladkę na poprawę humoru. Wygrałaś konkurs plastyczny? Babcia upiekła wspaniały tort w kształcie obrazu.

Lubiła być syta. Czuła się bezpiecznie i spokojnie. W kuchni odrabiała lekcje. Babcia w swoim niezniszczalnym, niebieskim fartuchu zawsze coś smażyła, pichciła, piekła. Spróbuj, czy aby dobre. Musisz jeść, żeby się dobrze uczyć. Kobieta to nie wieszak na ubrania. Męża nie znajdziesz. Pełny brzuszek, zadowolony brzuszek. Tych zdań Ksenia nigdy nie zapomni.

Jedzenie było nagrodą, plastrem, przyjacielem, towarzyszem. Jadła wszystko i dużo. W lustro nie spoglądała. Nastolatka ważąca 70 kg nie cieszyła się szczególną popularnością w szkole. Nie otaczał jej wianuszek zaopatrzonych w nią psiapsiółek. Nie lubiła siebie.

Wszystko się zmieniło po śmierci babci. Ksenia już pracowała. Mieszkała nadal z rodzicami. Była bardzo nieśmiała. Kilka koleżanek. Żadnego chłopaka. Kto by chciał taką grubaskę?

Brak ukochanej babci zakłócił jej poczucie bezpieczeństwa. Po pogrzebie napiekła ciasteczek. Tych cynamonowych. Babciny popis. Miała wrażenie, że babcia jest obok. Uśmiecha się, głaszcze ją po głowie i mówi, że jest taka mądra, i wspaniała. Zjadła wszystkie ciastka. Było ich sto. Równa setka. Pochłonęła je. Uspokoiła. Ukoiła ból. Przestała płakać i choć czuła te ciasteczka po samo gardło, zasnęła.

Wzięła zaległy urlop. Była w żałobie. Codziennie gotowała to, co zazwyczaj robiła babcia. Duże ilości. Starczało dla rodziców. Resztę zjadała sama. Nikt nie kontrolował tego, co robi. Mama w żałobie, tata pochłonięty pracą.

Ostatnio krupnik z wkładką mięsną. Kopytka w sosie kurkowym z bitkami wołowymi i podsmażanymi buraczkami. Na deser legumina i pączki z powidłami śliwkowymi. Oczywiście z kompotem wiśniowym. Po takim obiedzie z deserem nie powinna być stanie się ruszyć, a ona wychodzi niby na spacer, a tak naprawdę do maca na lody, potem do kfc po mega porcję skrzydełek i do ulubionej cukierni po wuzetkę. Nie jedną. Wróciwszy do domu odgrzewa resztki obiadu na kolację i smaży naleśniki z twarogiem i śmietaną, bo tata je tak bardzo lubi. On pracujący fizycznie jest w stanie zjeść cztery. Ona przy nim zjada dwa, a gdy nikt nie widzi, resztę zabiera ze sobą do pokoju i smarując nutellą pochłania. Do tego kubek kakao i tak  dopiero może zasnąć. Budzi się nad ranem. Zlana potem, bo przypomina sobie, że babci już nie ma. Biegnie więc do kuchni. Do swojej oazy spokoju. Wyjada resztki. W szafce  znajduje czekoladki, które babcia dostała od sąsiadki w podziękowaniu. Gdy zjada ostatnią pralinkę, uspokaja się. Błogie uczucie pełności wraca. Błogie i diabelskie zaraz. Bo z trudem pohamowuje wymioty. Nie słucha żołądka, który protestuje z powodu wytężonej pracy.

Opycha się codziennie. W ciągu dnia, gdy rodziców nie ma. I nocami, gdy już śpią, a ona płacze za babcią. Na szczęście Warszawa to duże miasto. Zmienia sklepy, żeby nikt nie zauważył, co i w jakich ilościach kupuje. A kupuje jak dla wojska. W marketach, sklepach nocnych i osiedlowych. Jak alkoholik zmienia osiedla. Jest anonimowa. I nikt się nie dziwi, że po raz kolejny wychodzi z siatami jedzenia jak na święta.

Gdy wraca do pracy po dwóch tygodniach, koleżanki i szefowa jej nie poznają. Nie dość, że wyraźnie przytyła, to wygląda niedbale. Odrosty kilkucentymetrowe. Paznokcie wołają o nową hybrydę, albo chociaż o zdjęcie starej.

Ciuchy opinają ciało. Są o wiele za ciasne. I tak włożyła te kiedyś za luźną tunikę, którą kupiła na allegro. Dziś ledwo w nią weszła. Nowych ubrań nie kupiła. Nie czuła potrzeby. W domu chodzi w dresach. Gumka się rozciąga. Eleganckie ubrania do pracy niestety tak elastyczne nie są. Przy koleżankach nic nie je. Ukradkiem w toalecie, gdy jest pewna, że inne pracują, pochłania kanapki, sałatki z majonezem, opakowanie ciasteczek, tabliczkę czekolady. I tak co dwie godziny. Słoik nutelli też jest dobry, bo nie trzeba gryźć. Zapach jedzenia tuszuje odświeżaczem do WC.

Tyje w szalonym tempie. Opycha się do granic wytrzymałości. Wtedy czuje się najszczęśliwsza, najspokojniejsza. I przypomina sobie babcię.

Matka z ojcem jeszcze nie zauważają zmiany. Widzą ją codziennie. Może dlatego. W pracy dziewczyny po kryjomu się naśmiewają. Tylko Marzena się jej przygląda. Widzi smutek i barierę, jaką Ksenia wokół siebie wytworzyła. Próbuje zagadać, ale Ksenia jest skryta.

Wpadnie dopiero za miesiąc, gdy w ataku paniki będzie przeszukiwać szafki koleżanek po godzinach. Znajdzie 7 batoników u Joli, opakowanie płatków u Marzeny, 2 paczki herbatników u Kasi, pudełko raffaello u Zosi i kilogram cukru u szefowej, który na koniec będzie wyjadać łyżką. Nie będzie świadoma, że Marzena przypadkiem zapomniawszy dokumentów, zjawi się w biurze i zza szyby będzie to wszystko widziała. Nie ucieknie. Nie zlekceważy. Poczeka spokojnie, aż Ksenia napcha się do momentu uzyskania upragnionego spokoju. Wejdzie i przytuli przerażoną koleżankę. I obieca zachować dyskrecję pod warunkiem wizyty u psychologa.

Ksenia w obawie blamażu zgodzi się na taki układ. U psychologa przerażona otworzy się bardzo powoli. Po kolei będzie pokazywać swoje kolejne warstwy. Dowie się, że je się, by żyć, a nie żyje, by jeść. Nauczy się, jak poczuć się bezpieczną niekoniecznie po zjedzeniu kilograma cukierków i 3 pudełek ciastek. A za kilka lat będzie nie do poznania. Będzie spokojna, uwierzy w siebie i z taką determinacją, z jaką kupowała jedzenie, schudnie. I już będzie spoglądać w lustro, a babcię będzie wspominać sadząc w ogórki jej ulubione konwalie.


Portret Jadowitej Baby

Poli Ann
Poli Ann
16 marca 2019
portret jadowitej baby
Fot. iStock ;/ Instants – portret jadowitej baby

Siedzę u fryzjera. Zarezerwowane późne popołudnie na co najmniej dwie godziny, bo farba, ścięcie i modelowanie. I przy okazji pani Marzenka mi hybrydę na dłoniach zrobi, toteż poświęcam sporo minut, by poczuć się dopieszczona, i połechtać moją kobiecą próżność. A co, raz się żyje! No raz na miesiąc, półtora chyba mogę bez skrupułów opuścić gniazdo i zostawić gromadkę moich dzieci (mąż też się w to wlicza). Jak i bez skrupułów mogę się przysłuchiwać rozmowom, prowadzonym w salonie. Ileż można czytać, że celebrytka A schudła 50 gramów, celebrytka B przytyła za to całe 88, celebryta C bierze czwarty rozwód w ciągu roku, a gwiazdka X wrzuciła milionowe zdjęcie na insta. Książki ambitnej żadnej nie wzięłam. Żałuję bardzo. Mea culpa. Przynajmniej bym się zatopiła w czyjejś biografii albo próbowała rozwiązać zagadkę kryminalną. A tak pozostało słuchanie. Chcąc nie chcąc.

Zaczęło się niewinnie. Do salonu wpada młoda kobieta, bardzo ładna, długie włosy, burza loków. Rzuca się w oczy. Jest przy tym cholernie szczupła. Aż sama mimowolnie wciągam brzuch jak ją widzę. Umawia się na wizytę u pani Marzenki i wychodzi. A baby w salonie, klientki dla jasności, aż się trzęsą komentując.

Ta to chuda. Pewnie anorektyczka. 
No jasne, że anoreksja. Normalnie taki chudy nikt nie jest.

A pani Marzenka mówi, że ta kobieta wygląda tak od zawsze. W ciąży też tak wyglądała. Tylko piłeczkę z przodu miała zamiast brzucha. Taki typ.

W ciąży? To ona dziecko ma???

Tak, dziewięcioletnie.

Na pewno jedno. Po drugiej ciąży by taka chuda już nie była. 

No musiała to dodać. Jad z siebie cały wyrzucić, inaczej by eksplodowała. Przecież to oczywiste, że normalne kobiety nie są szczupłe i w ciąży tyją po 30 kg, i już nigdy nie wracają do starej wagi. Tylko jak cierpiętnice dźwigają pociążową nadwagę dumnie obwieszczając światu, że oto i one powiły na świat dziecię płacąc za to najwyższym poświęceniem, utratą talii! Bezpowrotnie!!!!

A te włosy ciekawe gdzie zrobiła i jaki to numer farby. 

Włosy to ona też ma naturalne.

Kolor też??? Doczepów nie ma? Ani trwałej?

Ano nie. Taką fryzurę ma od liceum. Kiedyś mi zdjęcie pokazywała. Nic się dziewczyna nie zmieniła. Śliczna jest, prawda??

Uhm.

Jad podpłynął do gardła i nie mogła więcej z siebie wydusić bidulka. Ale przełknęła dzielnie i drąży dalej.

Ale pazury u pani robi? Sama nie umie?

Tego to ja nie wiem moja droga.

Jadem by się zakrztusiła, gdyby nie wypluła tego ostatniego pytania. No musiała. Żeby było na jej. Nie przeżyłaby, gdyby jeszcze tamta hybrydę umiała robić.
Owszem rzeczona kobieta ładna, włosów i figury pozazdrościć, bo się babka w trendy aktualne wpisuje, ale żeby tak dociekać, co ma zrobione, a co nie? Święta nie jestem. Ciekawska bywam, ale widzę, że do tego levelu jeszcze nie doszłam. A ta Jadowita, nomen omen, niegruba, niebrzydka, w wieku mniej więcej tamtej, zadbana, ale borykająca się najwyraźniej z podwyższonym poziomem jadu. Jak nic. Tabletek cholera na to nie ma?!
Siedzę sobie z gazetą jednak dalej. Farba mi się wgryza we włosy, a ja słucham, o czym to klientki z Jadowitą dalej prawić będą.

A słyszałyście dziewczynki, że Agnieszkę mąż kopnął w d… albo inaczej puknął jakąś młodą d…? Agnieszka załamana, ale nie ma się co dziwić. Zero fryzjera, makijażu. No po ciąży to już by mogła coś ze sobą zrobić. 

A jednak, po ciąży można? Eureka!!!

Jakaś studentka. Pokażę Wam na fejsie, Dorota mi ją pokazała. 

I leci biegiem po smartfona w różowej oprawie z brokatem i komentuje dalej.

No Aga szans przy niej nie ma. Ale studentka pusta. Zobaczcie rzęsy zrobione, doczepy, pazury, usta napompowane, w cyckach silikon, nogi rozkładać szeroko umie to chłop poleciał. 

I pokazuje zdjęcie młodej atrakcyjnej dziewczyny (mi także, choć słowem się nie odzywam), która pręży młode ciało na zdjęciu, chyba na siłowni. Owszem makijaż mocny, ale buzia śliczna i te cycki to raczej naturalne. Ma dziewczyna kawał biustu. Zdarza się, nawet w młodym wieku. Naprawdę!!! W ciągu dwóch minut dowiaduję się jak owa Agnieszka się nazywa, gdzie pracuje i jak to się dziewczyna o zdradzie męża dowiedziała. Jadowita i jej koleżanki perorują beztrosko, żonglując faktami. No cyrk!!! Dosłownie. Pani Marzenka i fryzjerka pani Ewa klasa sama w sobie. Coś przytakną, rzucą zdanie typu: no chłopu do utraty rozumu niewiele trzeba. Nie ciągną za język, nie rzucają nazwiskami, a podejrzewam, że o owej sprawie wiedzą więcej, jednak jako że królowa jest tylko jedna, to oddają jej scenę (a raczej salon).
Siadam w końcu na fotel. Pani Ewa czaruje mi na głowie coś nowego. Gadamy o pracy, pogodzie, ja nieśmiało o blogu. Świta Jadowitej się kurczy o jedną i zaczyna się show. Finał normalnie.

Jezu, dobrze, że ta Gośka już poszła. Patrzeć na nią nie mogę. Wyprostowała se te zęby i się szczerzy wszędzie. Jeszcze niech wybieli, to nas oślepi. 

Pani Ewa nic nie mówi. Pani Marzenka szykuje się na mnie i podpytuje o preferowane kolory. Mnie też zatkało. A jad jak płynął, tak płynie.

Prawie czterdziestka na karku, a ona myśli, że zębami świat zawojuje. By się za ćwiczenia wzięła, bo ledwo w fotelu fryzjerskim się mieści. By jeszcze pani Ewa szkody w salonie miała. 

Jadowita chichocze. Świta przebiera nóżkami (dokładnie rzecz ujmując są to dwie pary nóg). Ja odmieniona, może nie jakoś diametralnie, ale z trochę innym odcieniem i krótszą fryzurką, oddaje moje dłonie w ręce pani Marzenki. Wybieramy kolor. Biorę mocny fiolet. Tak mnie naszło. Rozmawiamy o mojej fryzurze, o salonie, bo po remoncie i jakoś nie czuję, by zarówno pani Marzenka jak i pani Ewa miały ochotę każdego oplotkować. Wręcz przeciwnie. Wolą chyba luźniejsze tematy.
Zza drzwi słyszymy głos Jadowitej:

No błagam dziewczyny, Gośka wyglądała jak potwór z tamtym zgryzem. Teraz jest po prostu potworem z ładniejszym zgryzem. Mam rację?

Krew mnie zalewa. Nie znam kobity, a już jej nie lubię. No nie cierpię baby, choć nic mi nie zrobiła. Pani Marzenka szybko uwinęła się z moją hybrydą. Żegnam się z nią serdecznie. Wracam do części fryzjerskiej po płaszcz i mówię głośno dobranoc uśmiechając się najszerzej jak umiem, oślepiając Jadowitą (zanim słodko mi powie jak Gosi, papa kochana moja) swoimi srebrnymi klamerkami na zębach. Na obu szczękach. I jestem niemal pewna, jak to Jadowita komentuje:

No następną pogrzało se zęby robić. 

Będzie miała dziewczyna pretekst, by sobie jadem popluć, bo widać, że jak nie pluje, to nie istnieje. To co jej będę żałować, nie?