Budzisz się rano i to ty decydujesz: „Będę kochać dziś moją żonę, bez względu na to, jak się czuję”

Sziti Mąż
Sziti Mąż
25 lutego 2018
Fot. iStock/Georgijevic
 

Na pewno znasz te historie: „Jak to, rozstali się? On miał romans?” albo „No co ty, on ją zdradza, niemożliwe!”. Bo jak to? Facet ma fajną, atrakcyjną żonę, a nie może się powstrzymać przed skokiem w bok? „Co za dupek”, myślisz. Cóż. Sprawa jest bardziej złożona, niż skwitowanie jej zwykłym dupkiem. Chcesz wiedzieć, dlaczego faceci zdradzają?

Lekcja 1: fizyczna atrakcyjność ma znaczenie

Czytałem ostatnio badania, w których 88% mężczyzn przyznało, że zdradziło swoje żony z kobietami, których nie uważali za bardziej atrakcyjne. Często słyszałem od koleżanek mojej byłej żony: „No wiesz, ona taka brzydka/gruba/mała, jego żona jest ładniejsza!”. Tak wam się tylko wydaje. Jasne, że dla nas facetów wygląd ma znaczenie. Kiedy widzę kobietę, jedyne o czym myślę to, czy pociąga mnie fizycznie. Krótka piłka – tak lub nie. Jednak gdyby nawet była miss Polski to uwierz, jeśli odezwałaby się, była wulgarna, nieuprzejma, osądzająca, skupiona tylko na sobie, to cały jej czar pryska, a ja nie pamiętam już o pierwszym wrażeniu. Ale działa to też odwrotnie. Spotkasz kobietę, która nie robi na tobie właściwie żadnego wrażenia. Jednak im dłużej ją poznajesz, tym większe budzi w tobie zainteresowanie. Bo okazuje się, że słuchacie tej samej muzyki, macie podobne poczucie humoru, te same pasje, hobby, czytacie te same książki, oboje biegacie. I twoje serce zaczyna bić mocniej. I okej, jeśli jesteś singlem, jak ja, tyle, że te rzeczy dotykają także żonatych facetów.

Możesz to olać, przestać dbać o siebie. Zapuścić się w kapciach na kanapie oglądając kolejny odcinek „M jak miłość”. Bo diety nie skutkują, bo dzieci. Przecież ty już nic musisz, masz męża, dzieci, ustabilizowane życie. Tyle tylko, że jemu to może przeszkadzać. I kto wie, czy pewnego wieczoru na siłowni czy basenie nie spotka fajnej kobiety. Zaczną rozmawiać, będą mieć wspólny temat. Ona będzie go pociągać fizycznie, uwierz.

Lekcja 2: oszukujemy, ponieważ chcą coś poczuć

Wiecie, że 92% facetów twierdzi, że seks nie był przyczyną ich romansu. Większość mówiła, że zdradziła, bo czuła się w związku niedoceniona. Neuman, doradca małżeński, tłumaczył kiedyś, że mężczyźni są wbrew pozorom bardzo emocjonalni, chociaż o tym nie mówią

Dlaczego faceci nie chcą chodzić ze swoimi żonami na kursy tańca, salsy, uczyć się jeździć na nartach? Bo my zwykle wykonujemy zadania, w których dążymy do zwycięstwa, mamy szansę wygrać. I wiecie co, długo o tym myślałem po rozwodzie. Moja była żona nie obdarzała mnie czułością, byłem wystawiony na jej złe humory, ataki, bo wiadomo, stawałem zawsze na pierwszej linii ognia, łatwo było się na mnie wyżyć. I jak idiotycznie by to nie zabrzmiało, to tak – bywało, że czułem się rozgoryczony i niekochany.

Jasne, to nie usprawiedliwia mnie w żaden sposób, nie jest wymówką na moje emocjonalne od niej oddalenie, bo ku*wa mogłem z nią wtedy o tym porozmawiać, powiedzieć, chociaż spróbować wytłumaczyć. Jednak czasami warto wiedzieć, co stoi za naszymi zachowaniami i decyzjami. Zdrada to wynik tego wszystkiego, o czym piszę.

Lekcja 3: oszukujemy, ponieważ jesteśmy znudzeni

Przeczytałem kiedyś, że samokontrola jest niezbędna do odniesienia sukcesu w różnych obszarach życia. Ci, którzy nie potrafią panować nad swoimi emocjami, zachowaniami, są narażeni na nałogi, przejadanie się i takie tam. Popełniamy jeden podstawowy błąd – przeceniamy naszą zdolność przeciwstawiania się pokusom… Bądźmy szczerzy – ludzie się sobą nudzą. Założę się, że nie ma na świecie pary, która nie męczyłaby się sobą przez jakiś czas (przynajmniej w sekrecie). Kurde, no ale jest tak, że prędzej czy później nudzi nas wszystko. Nowy wypasiony telewizor, zajebiste auto, o którym marzyłeś, nawet seriale, które wydawały się nie do znudzenia, czy płyta odsłuchana setki razy. Wszystko. Każda rzecz traci swój blask

Przyzwyczajasz się do nich i ostatecznie przyjmujesz je za pewnik. Niestety, to samo dzieje się (ale w mniejszym stopniu, na szczęście) w przypadku ludzi. Z powodu nudy w małżeństwie on flirtuje z koleżanką z pracy, która lubi ten sam sport co on, czyta te same książki. Z kimś, kto sprawia, że czuje się wyjątkowo. Zakładam, że jesteś facetem jak ja. Po prosty – typowy facet, w typowym małżeństwie, w którym dzieci już dorastają, a on trochę zaczyna czuć uciekający czas.

Żałujesz tego czasu. Tych magicznych chwil, śmiechów, orgazmów, których już nie ma. Jest nuuudaaaa. Tyle tylko, że problemem nie jest twoja żona. Problem to ty. Jest takie powiedzenie: trawa jest bardziej zielona, kiedy ją podlewasz. I albo pogodzisz się z faktem, że jesteś w związku i zadbasz o swoje własne podwórko najlepiej jak potrafisz, żeby przełamać nudę i rutynę. Albo zdradzisz, odejdziesz, zostaniesz sam – do wyboru. Ale gdy jesteś z kimś, kto cię potrzebuje MUSISZ zaakceptować wszystkie trudne sytuacje. Monogamia jest wyborem. Koniec kropka. Ćwiczymy samokontrolę, żeby nasze monogamiczne związki się nie zakończyły. Myślisz, że twoja żona nie fantazjuje o innych facetach? Stary, uwierz, robi to na pewno!

Jednak miłość to wybór. Budzisz się rano i to ty decydujesz: „Będę kochać dziś moją żonę, bez względu na to, jak się czuję”. Nawet jeśli jestem zły. Nawet jeśli jestem smutny. Nawet jeśli nie wygląda, że ona mnie kocha. Wybieram ją kochać. To i tylko to. Jak sprawić, by twoje małżeństwo trwało przez lata. Wybierając tak każdego dnia.


Ja też traktowałem swoją żonę jak własność. Byłem cholernym egoistą widzącym tylko czubek własnego nosa. Dlatego odeszła

Sziti Mąż
Sziti Mąż
11 marca 2018
Fot. iStock/PeopleImages
 

Dzwonisz do żony i mówisz: „Kochanie, zajrzyj szybko w kalendarz, bo muszę coś z tobą ustalić”. Nie pytasz, czy ma w tej chwili czas, czy nie jest zajęta. Nie – skoro ty dzwonisz, a ona odbiera, to znaczy, że może zrobić wszystko, o co ją w tym momencie poprosisz.

Często obserwuję facetów, którzy traktują żony jak swoją własność. Też tak robiłem. Pisałem do niej SMS-a: „Kochanie, kup piwo, jak będziesz w sklepie, wieczorem ma wpaść K. i M.”, kompletnie nie zastanawiając się nad tym, czy ona będzie robić zakupy. No przecież będzie, bo ja nie mam zamiaru się do sklepu wybierać. Nie pomyślałem, że sama będzie tachać ciężkie torby, że dzieci będą uwieszone u jej nóg. Nie, ona ma pomyśleć o mnie, w całym tym ferworze walki o oddech między sklepem a parkingiem.

Zresztą, co tam zakupy. Wszystkie wyjścia, imprezy, moje wyjazdy. Nigdy nie spytałem, czy ona nie ma może innych planów. „Mam wyjazd służbowy” – krótka informacja, która nie podległa dyskusji. Podobnie jak wyjścia z kolegami na mecz. Nie padło z moich ust: „Nie jesteś zmęczona?” – nie pytałem, bo przecież nigdy się nie skarżyła. Zawsze sobie dawała radę, więc czemu akurat tego jednego wieczoru, kiedy ja postanawiam wyjść, miałoby być inaczej?

Zawsze ważne były moje treningi, spotkania, zachcianki. W końcu po to żyjemy oboje, żeby było nam łatwiej. Jedno drugiemu pomoże. Jasne. Pomoże. To znaczy, ona ugotuje obiad, wypierze, zrobi zakupy, zajmie się dziećmi. Nie kiwaj stary głową, ja też się oburzałem, kiedy to słyszałem. Że przecież ja też pomagam, jesteśmy partnerami, dzielimy się obowiązkami po równo. Ty też jesteś o tym święcie przekonany, prawda? Zadufany w sobie gość, który myśli, że jest najlepszym mężem, skoro pranie raz w tygodniu wstawił i obiad z półproduktów przez żonę przygotowanych ugotował. Ooo byłbym zapomniał – i dzieci do kina zabrał – może i po pół roku, ale jednak. Pewnie nic ciekawszego wcześniej nie grali. To zawsze dobre usprawiedliwienie.

Stary, ja też tak myślałem. Zastanawiałem się, o co jej do cholery chodzi. Czemu mówi: „No tak ty ZNOWU wychodzisz”, „Ty ZNOWU nie możesz”. Jakie, do diabła, ZNOWU. Co to znaczy. Wkurzało mnie, a wiesz dlaczego, bo ona miała rację. Bo nie interesowało mnie jej zdanie, nie pytałem nigdy, czy ma inne plany, czy chciałaby odpocząć, czy w czymś jej pomóc i nie czekać na odpowiedź tylko zakasać rękawy i wziąć się ku*wa do roboty. Nie myślałem o niej. Nie dbałem o nią tak, jak powinienem. Było mi wygodnie myśleć, że tak jest jej dobrze. Z dziećmi non stop na głowie, pracą, domem i całą resztą. I jeszcze ze mną, który też zawsze czegoś chciał. A to, gdzie moje skarpetki, a wyprałaś mi może tę niebieską koszulę, wyprasujesz spodnie, kupiłaś coś mojej mamie na urodziny?

Wszystko było okej, dla mnie. Nie dla niej. Spytała mnie kiedyś: „Powiedz, co ja lubię”. Nie potrafiłem odpowiedzieć… Lubi dzieci, mnie, czytać książki… Jakie książki? Nie udało mi się obrócić tej sytuacji w żart. Zrobiło się poważnie. „Co ja lubię jeść, nie co ty”, „Co ja lubię robić – sama” – wyrzucała z siebie pytanie za pytaniem, a ja patrzyłem się na nią oniemiały. Nie potrafiłem odpowiedzieć. Przecież nigdy się nie skarżyła, nigdy nie mówiła, że coś jej nie pasuje. Ale ja też nigdy nie spytałem. Nigdy się nią nie zainteresowałem. Nawet kupując jej prezent na urodziny, pytałem: „Co chciałabyś dostać”, bo sam nie mogłem wpaść na to, co by dla niej było odpowiednie. Wiadomo – perfumy zawsze można kupić, nie wysilałem się specjalnie.

Kiedy ode mnie odchodziła, a ja próbowałem zrozumieć, co takiego się stało, usłyszałem, że jej nie widziałem. Była dla mnie przezroczysta, wtopiona w tło. Czuła się jak moja własność, która musi dostosować się do mojego życia, bo mnie jej życie nie interesowało.

Zawsze myślałem, że ona tylko tak o tym kursie tańca, lekcjach hiszpańskiego mówiła, ale nic z tym nie robiła. Więc byłem przekonany, że to jakieś jej chwilowe widzimisię. Tylko jak ona mogła się rozwijać, szukać swoich pasji, kiedy ja nie dawałem jej do tego żadnej przestrzeni. Kurs tańca – świetnie kochanie, ale nie pytałem, kiedy na niego pójdzie, i jak się samemu zorganizować, żeby w tym czasie zająć się dziećmi. Nauka hiszpańskiego ekstra, tylko kiedy? W dupie to miałem. Skoro mi się udawało trzy wieczory w tygodniu wychodzić – to na siłownię, to na tradycyjne piwko z kolegami, to ona też może. Tylko nigdy nie dotarło do mnie, że ja mogę to wszystko, dzięki niej. Dzięki jej poświęceniu, dzięki jej rezygnacji z tego, co lubiła czy chciała robić. Byłem cholernym egoistą widzącym tylko czubek własnego nosa.

I odeszła. Do swojego życia beze mnie. Do życia, które może sobie sama układać, bez oglądania się na mnie i dostosowywania się tylko do moich planów. Zaczęła biegać, świetnie wygląda. Ma faceta. I chyba jej dobrze. Ciekawe, czy on wie, jaki jest jej ulubiony kolor i jaką zupę lubi najbardziej… Ja zainteresowałem się tym za późno. Ty, stary, uważaj, żebyś nie popełnił tego błędu.


Dzisiaj, gdybym mógł, wykupiłbym dla mojej żony całą kwiaciarnię. Ale jest za późno, myślałem, że miłość nie potrzebuje takich gestów

Sziti Mąż
Sziti Mąż
12 lutego 2018
Fot. iStock/ZoranMilisavljevic83

Coś ci powiem, jeśli jeszcze masz czas, żeby nie rozwalić swojego małżeństwa, żeby ona od ciebie nie odeszła, posłuchaj. Zawsze myślałem, że te wszystkie okazje, głupie święta, są kompletnie bez znaczenia. I jasne Walentynki można uznać za idiotyzm, powiedzieć: „Pie*dole, nie obchodzę, bo to komercyjne święto, bo ktoś to wymyślił, żeby zarobić”. Mdli cię na widok tych wszystkich serduszek, czekoladek i tak dalej. Przy swojej żonie wygłaszasz tyrady, że na szczęście wy tych świąt nie potrzebujecie, że nie musisz przy okazji jakiegoś Dnia Zakochanych czy Dnia Kobiet udowadniać jej, że kochasz, bo przecież liczy się całokształt. W końcu zrobiłeś ostatnio obiad, posprzątałeś, jak miałeś dzień wolny. Nawet dzieci rano rozwiozłeś do placówek.

Stary, powiem ci jedno – też tak myślałem, że to nie jest ważne, że nie muszę mojej żonie przynosić kwiatów, bo wypada, bo jest TEN dzień, bo jej to niepotrzebne. I co? I w kolejne już Walentynki jestem sam. I uwierz, dzisiaj gdybym mógł, gdybym tylko miał szansę, dla swojej żony wykupiłbym całą kwiaciarnię. Bym całą naszą sypialnię obstawił kwiatami, żeby jej pokazać, jak dla mnie jest ważna. Bo choć ona milcząco, czasami z uśmiechem przytakiwała moim opiniom, to nigdy nie zwróciłem uwagi, że lubi kwiaty. W swojej ignorancji twierdziłem, że skoro sama je sobie kupuje, to ode mnie ich nie potrzebuje. Myślałem, że miłość nie potrzebuje gestów, które uważałem, że są na pokaz, że nic nie znaczą. Że w końcu, co z tego, że mąż kupuje żonie kwiaty, skoro jej nie szanuje i traktuje ją podle. Ja tak nie chciałem, nie chciałem udawać, nie chciałem robić czegoś tylko po to, żeby moja żona mogła się pochwalić koleżankom mówiąc: „Zobaczcie, jakie piękne kwiaty dostałam” czy biżuterię, czy cokolwiek innego. Tak o tym myślałem i miałem spokojną głowę, nic nie musiałem. Świetnie, prawda?

Jasne, ona czasami wspominała, że byłoby jej miło, że takie gesty też są ważne. Ale ja jej nie słuchałem. Byłem tak zadufanym w sobie dupkiem, że myślałem, że moja miłość jej wystarczy. Że nie trzeba nic więcej, jeśli ona tylko czuje się kochana. Tylko, że ona chciała poczuć się też wyjątkowo. Chciała, żebym o niej pomyślał inaczej niż zazwyczaj, bym poświęcił te cholerne kilka minut na wybranie kwiatów, na zapamiętanie, że lubi żółte, a nie różowe tulipany. Powinienem to do cholery wiedzieć. Powinienem zauważyć. Ona mnie obdarowywała. Wybierała krawaty. Kupowała ot tak, bez okazji koszule. „Wpadłam do sklepu, zobacz, jaka fajna” – mówiła z uśmiechem i cieszyła się widząc moją reakcję. Jasne, miło to głaskało moje ego. O patrzcie, jakim jestem zajebistym mężem, jestem tak świetny, że moja żona robi mi prezenty bez okazji. Organizowała wyjście do kina w naszą rocznicę ślubu, czy wyjazd na weekend. A ja to brałem będąc przekonanym, że na to zasługuję. Jakim trzeba być idiotą, żeby tak myśleć. Ja – samiec alfa – doceniany, kochany i obdarowany. Brałem wszystko, nie dając nic. Nic nieoczywistego. Nic, co pokazałoby jej: „Kochanie, zrobiłem to specjalnie dla ciebie, pomyślałem o tobie, jesteś dla mnie ważna TY, a nie tylko nasza rodzina, dom i dzieci”.

Kiedy się rozwodziliśmy, spytałem: „Dlaczego?”. Wiecie, co usłyszałem. Ona przestała czuć się kobietą. Była żoną, mamą moich dzieci, była kimś, z kim mieszkamy, razem. Wyrzuciła mi, że odkąd mieliśmy dzieci przestałem ją zauważać. Mówiłem: „Czy pojedziemy, czy wyjdziemy, czy zrobimy”. Wszyscy, całą rodziną. Ani razu nie spytałem, na co ona ma ochotę. ONA – sama jedna, indywidualna i wyjątkowa. Tymczasem była trybikiem świetnie wydawało mi się działającej maszyny. Ale ona nie chciała być częścią całości. Ona czasami chciała tą całością być. Dla mnie. Dla siebie.

Za późno zrozumiałem, że to, co ona mi dawała, powinno pokazać mi, czego ona by chciała. Odbijamy nasze pragnienia, potrzeby, rekompensujemy nasze braki. Jakim trzeba być głupcem, żeby tego nie zauważyć, żeby nie pomyśleć, że ona chciałaby poczuć się tak jak ja, kiedy mnie obdarowywała swoim czasem, uwagą, kiedy byłem tylko dla niej, bez całej tej codziennej rutyny i otoczki.

Nie dawałem jej kwiatów, a w rocznicę ślubu wiedziałem, że to ona coś zaplanowała, żebyśmy czas mogli spędzić wspólnie. Boże, myślałem, że ja jej wystarczę, że jestem tak fantastyczny, że ona zadowoli się tym, że będzie mogła ogrzać się w moim blasku podczas kolacji czy wyjścia do kina.

Faceci to dupki, mówimy: „Chrzanię te kwiaty, te prezenty”, bo jesteśmy egoistami, bo tak naprawdę nie chce nam się poświęcić swojego bardzo cennego czasu dla niej. W końcu tyle robimy – zakupy, dzieci, sprzątamy i gotujemy, jeżymy się, że dla was to ciągle za mało, że wy chcecie więcej i więcej. Ale nie widzimy, ile dostajemy. Jakby się nam to po prostu należało. I koniec. Bez refleksji: „Ona jest dla mnie taka dobra, ja też chce być taki dla niej”. Za późno to zrozumiałem. Kiedy dzisiaj myślę, że te kilka kwiatów, prezentów mogło uratować nasze małżeństwo, że mogło pokazać, że nie jestem dupkiem zapatrzonym w siebie i zadowolonym, że ona karmi moje ego sam dając tak niewiele w zamian.

Stary, zapierdzielaj do kwiaciarni, wejdź do jubilera, wybierz dla niej perfum. Poświęć godzinę tylko z myślą o niej. I choć ona może mówić, że dla niej te kwiaty nie mają znaczenia, uwierz – mają ogromne. Z drugiej strony, co ona ma mówić, skoro nic od ciebie nie dostaje. Okej, rób tak dalej, tylko, żebyś za rok miał komu te kwiaty dać, mówię serio.


pillsbank.net

https://pillsbank.net

Seo статьи