Kobiety, błagam, zacznijcie w końcu być szczęśliwe w swoich związkach

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
1 września 2016
Fot. iStock/Gelner Tivadar
 

Taka sytuacja: ich dwoje i dwójka dzieci w wieku około cztery i sześć lat. Wakacje. Miejsce dość zatłoczone, do którego trzeba odbyć jakiś dwugodzinny spacer. Słońce, piękne widoki, cud miód i malina. Tymczasem:

Ona: – Co wy znowu ode mnie chcecie? Nie widzicie, że tata tu też jest. A ty? Mógłbyś coś zrobić! Sfrustrowana, wku*wiona na maksa. Grzebie w plecaku próbując pewnie wyciągnąć jakieś picie, czy jedzenie. W nosie ma widoki, radość z tego, że tu właśnie są, że wszyscy razem. Z coraz większym nerwem szarpie plecak.

A On? Pewnie i coś by zrobił. Ale co? Może już zrobił coś nie tak, a może za chwilę zrobi. Woli nie ryzykować. Wszystko i tak może być na nie.

Kolejna sytuacja: oni dwoje już inni, tym razem z trójką dzieci. Jedno malutkie, może z osiem miesięcy, 10- i 8- latka.

Ona: – Zwariowałeś, kawa? Słodkie? Widziałeś, jakie tu są ceny?

On: – No, ale są wakacje. Chciałem, żeby było miło. Zobacz, jak pięknie… – chyba fajny gość, trzyma na rękach tego malucha.

Ona: – I dzieci tylko o słodkim, ciekawe, co zjedzą, jak wrócimy! O tym w ogóle nie myślisz – Ona jest jak chmura gradowa… Naburmuszona, nabzdyczona, a on tylko chce z nią i dziećmi miło spędzić czas.

W końcu zostają na kawie, ale Ona bezustannie upomina, że On źle trzyma dziecko, że pozwolił córce posmakować troszkę kawy. Chociaż jest ciepło demonstracyjnie zakłada koszulę z długim rękawem… A On próbuje wesoło rozmawiać z dziećmi, choć Ona twierdzi, że są za głośno.

To jeszcze jedna sytuacja: oni z dwójką dzieci, takie może sześć i osiem lat.

Ona: – Ty jak coś wymyślisz? Po co my tu właściwie przyszliśmy? Trzeba było zostać w hotelu przy basenie, a nie ciągniesz nas w taki upał. On próbuje coś tłumaczyć, przytulić ją, Ona odsuwa się ostentacyjnie. Jakby parzył, jakby chciała mu pokazać, że jednym przytuleniem, to on tu nic nie zmieni. On wstaje, idzie coś zamówić, później właściwie ze sobą nie rozmawiają. Ona tylko zwraca uwagę dzieciom, że się wybrudzą przy jedzeniu lodów.

I zastanawiam się, co jest z nami babami nie tak. Kiedy stajemy się takie zrzędzące, z wiecznymi pretensjami, którym ciężko dogodzić.

Zabraliśmy autostopem parę – młodzi ludzie. Ona: – My jesteśmy tuż przed ślubem, ale wszyscy nam mówią, że jak już będziemy małżeństwem, jak urodzą się dzieci, to wszystko, co dobre się skończy… Przekonywałam ją, że to nieprawda, ale obserwując kobiety z dziećmi, które warczały na swoich facetów mając ich za największe zło świata… chyba zwątpiłam.

Kiedy się w sobie zakochujemy jest cudownie, przepięknie, wizja wspólnego życia aż do śmierci nas uskrzydla, bo nikogo lepszego i innego obok nas sobie nie wyobrażamy. Snujemy wizję co do liczby dzieci, wybieramy imiona wcześniej zastanawiając się, kto zostanie świadkiem na naszym ślubie. Jest fantastycznie, i przecież tak będzie na zawsze.

Tyle tylko, że nie wiadomo kiedy Ona staje się pełną złości, frustracji kobietą.

I od pewnego czasu wydaje mi się, że dzieje się to wówczas, gdy pojawiają się dzieci. Kiedy one trochę podrastają, a Ona nagle rozgląda się dookoła powtarzając:

– za mało mnie przytulasz

– jesteś za mało czuły

– nie interesuję cię

– myślisz tylko o sobie

– w ogóle mi nie pomagasz

– widzisz tylko czubek własnego nosa

– dziećmi byś się w końcu zajął

– tyle dla ciebie robię, a co dostaję od ciebie?

– w ogóle nie doceniasz tego, co robię

– jesteś beznadziejny

– jesteś śmieszny…

Mówi to wszystko po tym, jak kilka ostatnich lat widziała tylko swoje własne malutkie dzieci, które potrzebowały jej, jak nikogo innego na świecie. Nie widziała, że On czeka, że próbuje się zbliżyć. Wtedy mówiła: „Seks, jaki seks, nie widzisz, że jestem zmęczona. Muszę się położyć z Olunią, bo nie zaśnie. Piotruś musi z nami spać, bo ma koszmary. Daj, lepiej ja im poczyta/przebiorę je/nakarmię”. Dzieci były na pierwszym miejscu. A teraz Ona tego pierwszego miejsca żąda od niego. Wymaga i oczekuje.

Jesteśmy wiecznie złe na tych facetów, wiecznie obarczamy ich za coś winą – że życie na spieprzyli, że z kim innymi byłoby nam lepiej, że gdyby nie On, to byśmy były „o matko Bóg wie gdzie”.

A jeszcze hasło: „Postaraj się dla waszego związku” działa na nas, jak płachta na byka. Że to ja mam się starać?!? Że z jakiej racji? Niech on się wykaże. W końcu „ja całe życie się staram. Piorę, gotuję, dziećmi się zajmuje, a on wieczny Piotruś Pan”.

Chciałam się spytać, czy nie macie dość? Czy nie męczy was ciągła walka o to, czyja racja jest bardziej słuszna, czyje zaangażowanie większe, kto daje z siebie więcej? Czy to udowadnianie facetowi, że jesteście lepsze, naprawdę może sprawiać przyjemność?

I tak wiem, nie można wszystkich jedną miarą. Ja też byłam taka. Zrzędząca, upierdliwa, czepiająca się o wszystko. Patrzyłam na te kobiety i było mi wstyd, że też tego Bogu ducha winnego faceta opie*dalałam za każdy szczegół. Bo on chciał, bo chciał się starać, chciał pomóc, tylko ja mu na to nie pozwalałam, zagarniałam całą przestrzeń, a później wylewałam frustrację, że za dużo na łeb sobie wzięłam.

I dzisiaj cieszę się, że mam to za sobą i mogłabym żałować, że zmarnowałam wiele fajnych chwil – które mogłyby być fajne, tylko ja je skutecznie psułam. Komu na złość? Jemu, czy sobie?

I nie, nasz związek nie jest idealny. On wkurza mnie niemiłosiernie czasami, ja potrafię doprowadzić go do szału. Ale jest w nas akceptacja na to, że każde z nas jest takie, a nie inne. Ze swoimi wadami, słabościami. Dziś już nie chcę przegapiać cudownie wspólnie spędzanych chwil. Jeśli jesteśmy razem, chcę, by było nam ze sobą dobrze. Bez rozliczeń, kto da z siebie więcej. Bo czy to ważne. Jeśli dajesz, a ktoś kocha – to także dostajesz. To taki prosty rachunek. Wystarczy tylko wyciągnąć po to rękę. I przestać marudzić, choćby po to, by usłyszeć, że ktoś kocha.


„To miłość jest lekarstwem. Dla płaczącego faceta, jego serca i duszy także. A ja po prostu chcę być twoim lekiem”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
1 września 2016
Fot. iStock/PeopleImages
 

Kochany,

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu myślałam, że zraniona ze związku może wyjść tylko i wyłącznie kobieta. Bo przecież to wy, faceci zawsze nas ranicie. Potem my, biedne kobietki nie potrafimy ogarnąć się przez kolejne kilka dobrych tygodni. Dziś siedząc obok ciebie na niezbyt wygodnej kanapie, zastanawiam się, jak można tak bardzo zranić kogoś, kogo ponoć kochasz. Bo zraniona wcale nie jestem ja, ale ty. Blizny na twoim sercu i umyśle mogą się nigdy nie wyleczyć. Ale wiesz, ja się nie poddam. Za bardzo cię pokochałam. Tak, takiego zranionego, choć na początku wcale nie dawałeś tego po sobie poznać.

Byłeś jak każdy facet, z którym się spotykałam. Pewny siebie, inteligentny, zabawny, pełen chęci na więcej. Dokładnie pamiętam moment, w którym pękła ta skorupa twardziela. Leżeliśmy wtuleni w siebie po zmysłowym, pełnym uczuć seksie. I nagle z głośnika mojej przestarzałej wieży wydobyły się dźwięki „Say you love me”, Jessie Ware. „Bo nie chcę się zakochać, jeśli ty nie chcesz spróbować.” Łzy leciały z twoich burzowych ślepi jedna po drugiej. Chłopaki nie płaczą, ale mężczyźni owszem.

Dopiero wtedy opowiedziałeś mi całą prawdę o swoim poprzednim związku. Kilkanaście lat w kłamstwie. Wstrząsnął mną fragment o pracy. Codziennie wysłuchiwałeś, jakim według niej i jej rodziny nieudacznikiem jesteś. Tylko dlatego, że nie zarabiasz tyle co ona, a najlepiej jeszcze więcej. A przecież kochasz swoją robotę! I jesteś w niej doskonały. Zabawne, poznaliśmy się właśnie dzięki twojej pracy. Może to jakiś znak, może ja mogę być twoim lekiem?

Kiedy się w tobie zakochiwałam, nie myślałam o trudnej przeszłości, którą każde z nas miało. Byłeś po prostu ty. Opiekuńczy, troskliwy, przystojny, inteligentny… Było jednak coś, co nie pasowało mi do tego obrazka szczęśliwego faceta. Czasem, gdy byliśmy razem, mocniej chwytałeś mnie za rękę, a myślami byłeś zupełnie gdzie indziej. Miałam nadzieję, że myślisz wtedy o mnie. Myślałeś, ale o tym czy nie zranisz mnie swoją przeszłością. Mnie jednak ciągle najbardziej ranią twoje słowa, że szkoda mnie na ciebie, że z kimś innym byłabym szczęśliwsza. Może i nie musiałabym leczyć serca i duszy, ale wiesz… To właśnie przy tobie poczułam, że jestem bezpieczna. Jesteś tym jedynym.

Nie jest idealnie. Ponoć te idealne związki nigdy nie są prawdziwe. Nasz jest, bo kiedy wszystko się wali, potrafimy dać sobie dzień oddechu, a zaraz potem wpaść sobie z płaczem w ramiona. Po pierwszej kłótni wyznałeś, że byłeś przygotowany na przekleństwa, tydzień obrazy majestatu i wyzywanie cię od najgorszych. Wiesz, czasem słuchając o twojej poprzedniej kobiecie zastanawiam się, czy aby na pewno tak traktuje się kogoś, kogo kochasz. Wiem, wszystko wynosi się z domu. Jej ojciec był alkoholikiem, a ona nie miała zamiaru się leczyć. Jednak w żadnym momencie nie usprawiedliwia to jej zachowania. Ranienia ciebie. Jakim cudem tak długo byłeś w stanie to znosić?!

Pamiętasz zaskoczenie twoich rodziców, kiedy zadzwoniłeś czy możesz przyjść na niedzielny obiad? Przez kilka lat w ogóle z nimi nie rozmawiałeś. Bo jej rodzina była ważniejsza. Tak jak ona – zawsze ważniejsza od ciebie. Kiedy wyszłam z propozycją wspólnych wakacji, po prostu się uśmiechnąłeś. Nie wiedziałam, o co chodzi. Dopiero po godzinie dostałam SMS-a, że powinnam znaleźć sobie kogoś, kto będzie mnie zabierał na drogie wycieczki, wypady za miasto i wakacje na Bali. Przez kilkanaście lat zapomniałeś, że dla jakieś kobiety wartością nie są pieniądze, ale ty sam. A ja po prostu uwielbiam spędzać z tobą czas. Czas to pieniądz, dla mnie ten z tobą jest największą walutą.

Wiem, że się boisz. Chciałabym powiedzieć, że ja nie. Może strach jest dobrą oznaką? W końcu mamy co stracić, boimy się o to. Wiem, że „ja nigdy bym ci tak nie zrobiła” nic nie da. Ktoś inny już bardzo cię zranił. Nie wierzysz w siebie, czasem nie potrafisz uwierzyć nawet w to, że ktoś naprawdę może cię pokochać. Kiedyś powiedziałeś, że twoja miłość i oznaka słabości zawsze zapowiadało ostrą kłótnię, kolejną dawkę wyrzucania jadu. Wcześniej nie rozumiałam twojego strachu i wycofania. Dziś nie rozumiem kobiety, która powolnie niszczyła tak cudownego faceta. A na końcu miała czelność robić z siebie ofiarę. Bo tak przecież wygodniej.

Żyjemy w dziwnym świecie, w którym to zawsze kobieta jest poszkodowana. A nawet gdy to prawda, nikt nie chce jej pomóc. Wiesz, nie mówiłam ci tego wcześniej… Moją jedyną obawą jest utrata ciebie. Moment, w którym coś przypomni ci o przeszłości, a twoje rany zaczną krwawić na nowo. To nie rozerwie tylko twojego serca, rozerwie także moje. Bo ja, w przeciwieństwie do niej, chcę tylko ciebie. Nawet gdybyśmy mieli mieszkać w szałasie w Bieszczadach i jeść to, co zbierzemy sami w lesie. Pokochałam cię takiego zranionego, ale to nie znaczy, że tylko takiego cię chcę. Bo ja po prostu pragnę twojego szczęścia i zdrowia. Czerp z mojej siły i optymizmu ile wlezie! Bo kocham cię i wiem, że ty czujesz to samo do mnie. A skoro już postanowiłeś mi zaufać – nie mam zamiaru się poddać.

A gdy kolejnym razem z nieba będzie spadała gwiazdka, poproszę o poczucie bezpieczeństwa dla nas obojga. I o wspólną przyszłość, bo razem możemy wszystko. To miłość jest lekarstwem.


Sąsiedzie, dobrze, że jesteś… Tyle tylko, że coraz częściej o tym zapominamy

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
1 września 2016
Fot. iStock/tirc83

W czasach ogrodzonych osiedli mieszkaniowych, z bramą na pilot, panem stróżem i zasiekami, jak w wojskowych bazach bojowych, coraz ciężej o zdrowe relacje z sąsiadami, a pielęgnowanie potrzebnych w codziennym życiu poprawnych komityw i zdrowych, ludzkich odruchów, staje się lekcją trudną do przejścia. Trudno pomóc Pani Helenie spod trójki, kiedy od świtu do zmierzchu pilnujecie tabelek w korporacyjnych laptopach i nie bywacie już praktycznie we własnym domu, wcale nie łatwiej pomachać sąsiadowi zza siatki szczypcami do grilla i zaprosić na kaszankę,  kiedy tuje posadzone dwa lata temu rozrosły się już do rozmiarów małego lasu deszczowego. Czubka głowy nie zobaczysz, co dopiero dobrych chęci.

Do kiedy warto dbać o własną prywatność i zakładać kolejne warstwy zasłon na balkonowe żabki, a kiedy kwestia dobrych, sąsiedzkich więzów powinna odpuścić zakorzenionym w głowach stereotypom i uchylić furtkę na weekendowy karczek z sałatką grecką? Nie wiem czy wiecie, ale istnieje realne prawdopodobieństwo, że za ścianą, albo soczystym, zielonym żywopłotem pomieszkuje dobry człowiek, żeby nie przesadzić – przyjaciel. Przyjaciel sąsiad.

Wolnoć, Tomku, w swoim domku

Potrzebę izolacji wyrabialiśmy sobie na przestrzeni wielu lat, a własne M3 traktowaliśmy jak bunkier, w którym zamknięcie drzwi skutecznie odcinało od obowiązku rozmowy czy skinienia głową na dzień dobry. Nie raz naleciałości te były satyrycznie wydłubywane patykiem polskiej prawdy i wciskane w produkcje filmowe, pokazując pozornie świadomym ludziom skalę farsy. Zaczynając od Kargula, Pawlaka i ich wytłuczonych garnków z płota, na Adasiu Miauczyńskim i dyskusji o „mniej gównianym gównie” z Bożeną Dykiel kończąc.

Wolność jednych nie może być kosztem drugich. Proste. Do tej pory staje mi przed oczami wyraz twarzy matki, której w latach mojej młodości sąsiadka z parteru waliła w kaloryfer kijem od szczotki, a wyrazy „najszczerszej sympatii” w dosyć skomplikowanych jak na emerytkę wiązankach, wysyłała w eter przez pion kanalizacyjny. Lepsza akustyka. A wystarczyło zapukać, poznać dzieci, warunki mieszkaniowe i dać sobie wytłumaczyć, że dwulatka z pierwszego piętra naprawdę nie ma racic zamiast stóp, jak to wstępnie zakładano. Wystarczyło zająć ten sam punkt siedzenia, żeby sprawdzić perspektywę widzenia.

Dzień dobry sąsiad. Zostaw Pan tą kosiarkę, mam zimne piwo!

Zagrzmiał zza krzaków głos mężczyzny, który przyszedł do nas w zeszłym roku zaraz po przeprowadzce i przyniósł integracyjne fanty. Zanim doszliśmy z mężem do furtki i otworzyliśmy salony na nowych gości, gapiliśmy się na siebie nie dowierzając, że takie sceny zdarzają się jeszcze poza salą kina, a czyjś zagubiony palec na dzwonku naszych drzwi, nie ugrzązł pogrążony w fochu. Doświadczenia blokowisk mieliśmy raczej podobne. Nikt do nas nie przypłynął na fali oskarżeń o źle zaparkowane auto, kota wyjącego jak wściekły i prania, jakby za głośno łopoczącego na wietrze. Nikt nie chciał pogrozić strażą sąsiedzką składającą się z pani spod czwórki, pana z drugiego piętra i emerytowanego tramwajarza z bloku obok. Nie. Pod drzwiami zadzwoniło schłodzone szkło, a spomiędzy szczebli błyszczały zęby w bardzo szczerym uśmiechu. Ot, w sierpniowy wieczór poznaliśmy sąsiadów, którzy nie czekali na przypadkową okazję, lecz sami ja stworzyli wprowadzając nas do grona sąsiedzkiej drużyny. Gdyby nie wyciągnięta ręka, która w szczerym uścisku oplotła dłoń mojego męża, pewnie nie znalibyśmy się tak, jak dziś, a tak – właśnie pakujemy się na grilla do Jacka.

Sąsiedzie, dobrze, że jesteś

Dla spokojnego życia warto zadbać o najbliższe otoczenie. W końcu wychodzicie minimum raz w tygodniu skosić trawę, wyrzucić śmieci, czy podlać rabaty, a do żon i dzieci w zdrowych warunkach odzywacie się z szacunkiem, więc dlaczego nie spróbować i opuścić granice drucianej siaty. Zdrowa relacja może przynieść więcej dobrego niż złego. Pamiętam przypadek wiekowych dziadków, którzy żyli sobie jak Bóg przykazał, bez nowości technicznych, bieżącej wody i z ogrzewaniem na węgiel. Nic do szczęścia nie potrzebowali oprócz własnej obecności i świeżych pomidorów wielkości pięści z ogródka.

Kiedy ona zachorowała na raka i potrzebowała nagłej pomocy w środku nocy, on założył buty i pobiegł do przyjaciela, który na sam koniec pomagał im jeszcze przy odśnieżaniu chodnika i zbieraniu liści.  Ten wyrwany ze snu, w piżamie, wsiadł w auto i zawiózł dziadków do szpitala, modląc się po drodze o dobry finał. Kilka tygodni później pani opuściła sąsiedzką brać i męża, mąż opuścił osiedle zabrany przez córki do miasta, ale do tej pory kiedy pytamy mieszkańców tego małego osiedla co z Zenkiem, chórem odpowiadają: – To był bardzo dobry człowiek. Bardzo dobry.

A wy tam po drugiej stronie ekranu nie czekajcie na pierwszy krok i kawałek ciasta od sąsiadki zza furtki. Przeczeszcie włosy, strzepnijcie bluzy i zapukajcie rodziny do drzwi. Być może wasza obecność jest komuś po prostu potrzebna, być może w zasięgu wzroku mieszka niezwykle wartościowy człowiek.


Zobacz także

10 rzeczy, które trzeba sobie uświadomić, będąc w związku z osobą uzależnioną

Nie ma takiego wagonika, którego nie da się odczepić. Tak, ja też dałabym sobie za niego uciąć rękę

Miłość wszystko pokona, pożycz mi tylko proszę, dwa tysiące euro. O tych, co bez skrupułów grają na naszych emocjach

www.steroid-pharm.com/sustanon.html

medicaments-24.com

https://bestseller-sales.com