Kochany, proszę – bądźmy niedoskonali i kochajmy jak szaleni

Z życia kobiety
Z życia kobiety
21 sierpnia 2018
Fot. iStock/Anchiy
 

Widzę siebie – pochyloną nad zlewem, szorującą zawzięcie garnek po przypalonym mleku. Patrzę i zastanawiam się, gdzie jest ta dziewczyna, która przecież znam. Gdzie uśmiech, beztroska, skąd na twarzy tyle zawziętości i smutku.

I widzę ciebie, jak przechodzisz obok. Bierzesz kubek z szafki, nalewasz sobie coś do picia. Odchodzisz, jakbym była niewidzialna, nawet nie musnąłeś ręką moich pleców, nie pochyliłeś się nad moim karkiem. Ja nawet na ciebie nie spojrzałam.

Co się stało? Gdzie jesteśmy? Gdzie się zgubiliśmy? Gdzie ten blask, ta energia, która zawsze nam towarzyszyła? Kiedy odeszła?

Kochany, złap mnie za rękę i ucieknijmy. Chodź. Śmiejmy się. Zostawmy wszystkie nasze zmartwienia i pójdźmy przed siebie. Życie jest zbyt krótkie, żeby przegapiać chwile szczęścia. Nie chcę okłamywać mojego serca i udawać, że dzisiaj jest w porządku, że dobrze jest tak, jak jest. Nie chcę tracić kolejnej minuty na wyjałowionym z emocji związku. Chcę czuć, że jestem twoja, że jesteśmy razem, że się kochamy.

Dlaczego tracimy czas na bezsensowne dyskusje, na przekrzykiwanie się, jakby ten, kto głośniej mówi, miał mieć więcej racji? Dlaczego ze sobą rywalizujemy, walczymy? Dlaczego tak trudno nam zrobić dla siebie coś dobrego? Przecież mamy tak mało czasu, dzień mija nam za dniem, a my nie dostrzegamy już zupełnie tego, co między nami dobre. Kto wie, ile czasu nam pozostało? Ile jeszcze będziemy razem? Nikt nie jest w stanie nam powiedzieć, czy nasz czas nie skończy się za pięć lat, rok, a może i za miesiąc.

Nauczmy się w końcu ze sobą być w naszej niedoskonałości. Bądźmy razem niedoskonali. Ty popełnisz jeszcze niejeden błąd. Ja zepsuję jeszcze wiele rzeczy. Pewnie nie raz będziemy na siebie krzyczeć, chcieli uciec w przeciwnych kierunkach. Ale skorzystajmy z tej szansy, że się spotkaliśmy, że jesteśmy razem, że łączy nas jednak coś więcej niż wspólne kłótnie, pretensje i obojętność.

Może już czas najwyższy przyjąć do wiadomości, że nie zawsze jesteśmy i będziemy wobec siebie bezinteresowni, że nie będziemy się nawzajem uszczęśliwiać w stu procentach. Że czasem w złości mówimy to, o czym w ogóle nie myślimy. Że zapominamy o obietnicach, jakie złożyliśmy sobie nawzajem. Że czasami zachowujemy się tak cholernie niedojrzale.

Niech w końcu dotrze do nas, że nie poznamy drogi, którą warto iść, dopóki nie spróbujemy myśleć o sobie, kiedy odpuścimy choć trochę potrzebę kontrolowania tego, co się wokół dzieje. Moglibyśmy tu i teraz zginąć w wypadku samochodowym, a ja nie chciałabym myśleć tylko o tym, co by było, gdybyśmy złapali się za rękę i zrobili wspólnie krok do przodu. Krok do zrozumienia siebie nawzajem.

Chcę prawdziwie czuć, podążać za sercem, być z tobą.

Bądźmy razem niedoskonali. Zamknijmy tę kontrolną listę, na której odhaczamy w jakich punktach się mijamy, a ile mamy tych stycznych. Przestańmy słuchać ludzi wokół. Oni nie są w naszych butach. Nie siedzą w naszych sercach. Nie wiedzą, co my czujemy tak naprawdę, w głębi siebie.

Przestańmy szukać odpowiedzi, których nie znajdziemy. Przestańmy pozwalać naszym lękom kontrolować nasze umysły i serca.

Bądźmy razem niedoskonali. Krzyczmy na siebie, pozwólmy sobie nawzajem upadać. Walczmy o głupie rzeczy i kłóćmy się o nie z pasją. Zapomnijmy spuścić deskę w toalecie albo wyrzucić śmieci. Całujmy się mocno i często. Wydajmy pieniądze na jakiś szalony pomysł. Porozmawiajmy o przyszłości, jaką ją widzimy i uwierzmy, że dla nas może być ona dobra.

Zróbmy to i ogarnijmy wszystkie te piękne rzeczy, które dzieją się, kiedy oddajesz swoją duszę komuś tak samo niedoskonałemu jak ty. Kochajmy się, do cholery. Kochajmy jak szaleni.

Dzisiaj już tyle rzeczy o sobie wiemy. Wiemy, że potrafimy zachować się podle, że nieumyślnie skrzywdzić, a czasem nawet celowo, niedojrzale. Wiem, że nie zawsze będę tą kobietą, którą chcesz, żebym była. Ale to przecież w miłości wzrastasz, uczysz się, zmieniasz obok kogoś. I zdajesz sobie sprawę, że czasami nie będziemy się pragnąć, potrzebować. Ale masz pewność, że zawsze zawalczysz, aby zostać.

Mamy tyle pięknych chwil. Możemy oglądać zachody i wschody słońca, spać w soboty do południa, jeść śniadanie w łóżku, a wieczorami pić wino na dachu jakiegoś budynku. Możemy się przytulić, gdy jedno z nas się spóźnia, możemy się kochać, gdy padną słowa „przepraszam”, możemy tańczyć, śmiać się i płakać razem. I odnajdywać te zbłąkane myśli między nami, których czasami nawet nie musimy wypowiadać. Kocham cię. Chcę być z tobą tu i teraz.

Bądźmy niedoskonali. Bądźmy dla siebie dobrzy. Nikt nie wie, ile czasu nam zostało.


Chciałabym poczuć, że jestem dla ciebie nadal kimś więcej niż życiową partnerką, mamą twoich dzieci, przyjaciółką. Czy naprawdę chcę za dużo?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
27 sierpnia 2018
Fot. iStock/AscentXmedia
 

Patrzę na was jak siedzicie na podłodze i gracie w Monopoly. Kłócicie się, śmiejcie, Olka próbuje oszukiwać (jak zawsze), a Franek wszystko analizuje. Ty dobrze się bawisz, od czasu do czasu zerkasz w moją stronę, bo krzątam się po kuchni przygotowując kolację.

Jesteśmy taką normalną rodziną. Jakich wiele. My, dwoje dzieci, mieszkanie w kredycie, praca, spotkania z przyjaciółmi. Każdy nasz dzień wygląda podobnie, ale to nie zarzut. Żyjemy pewnym rytmem, z którego trochę wypadamy w wakacje, kiedy dwoimy się i troimy, żeby spędzić ze sobą, a może raczej z dziećmi trochę więcej czasu, im zapewnić jak najwięcej wrażeń. A to morze, to góry, to wypad za granicę, weekend u znajomych, kolejny u rodziny. Zaraz wrócimy do dobrze znanego rytmu. Nastawiony rano budzik, z trzy razy przełączaną drzemką. Wstać, obudzić dzieci, wyskoczyć po bułki na śniadanie, ogarnąć poranek tak, żebyśmy nie spóźnili się do pracy, szkoły. Nie zdążę się obejrzeć, a wszyscy się rozpierzchniemy, każdy do swojego dnia, po drodze ustalając kto i kiedy i skąd obierze dzieci, gdzie zawiesie, co z obiadem i zakupami.

Spotkamy się wszyscy razem pewnie wieczorem. Sprawdzając lekcje, rozmawiając jak było w szkole. Skupiając się bardziej na dzieciach niż na sobie. Jasne, jak ty będziesz miał mi coś do opowiedzenia, to powiesz, podobnie ja. Ale pewnie zajmę się kuchnią, kolacją, sprawdzaniem, czego nam brakuje w lodówce. Ty wyskoczysz po zakupy, zagonisz dzieci do kąpieli, ściągniesz pranie i poukładasz walające się po poranku ubrania.

A wieczorem usiądziemy na kanapie, ja pewnie jeszcze coś sprawdzając w komputerze, ty bezmyślnie przełączając kanały w telewizorze, dopóki nie znajdziesz czegoś sensownego. Być może któreś z nas zaśnie niemal na siedząco, a drugie obudzi, gdy będzie szło spać. Kiedy będzie potrzeba, omówimy jakieś kwestie dotyczące dzieci, może rachunków, wymienimy się spostrzeżeniami o nowych sąsiadach, ustalimy, co kupić twojej mamie na urodziny,

Zobacz, tacy jesteśmy przewidywalni, tacy normalni. I choć czuję spokój i bezpieczeństwo patrząc na was grających w Monopoly, czuję smutek. Ten smutek czasami widzę też w twoich oczach. Ale nie mówimy o tym, udajemy, że go nie ma. Nie dajemy sobie prawa, do wyrażenia tego, o czym marzymy, czego pragniemy, czego nam brak. Tak, brak.

Czasami zastanawiam się, czy to grzech tak myśleć. Czy mam prawo chcieć czegoś więcej? Czy jestem aż tak niewdzięczna, że do końca nie potrafię docenić tego, co mam? Ale przecież doceniam. Jestem wdzięczna za zdrowie i uśmiech moi dzieci, za to, że na ciebie mogę liczyć, za pewność, że zawsze staniesz po mojej stronie. Za spokój, który w sobie noszę. Tylko ten ścisk żołądka przed snem…

A przecież ja wcale nie chcę dużo. Naprawdę. Już dawno przestałam wierzyć w księcia na białym koniu, co to namiętnością i pożądaniem mógłby obdarować całe królestwo. Wyżej cenię nasze partnerstwo niż jakąkolwiek iluzję, w której miałabym się na chwilę zatrzymać, w romansie, jednorazowej zdradzie. Nie chcę tego, bo nie potrafiłabym ciebie skrzywdzić. Ale chciałabym, żebyś musnął moją szyję przechodząc obok mnie w kuchni.

Żebyś znacząco dotknął ramienia, kiedy pochylam się nad zeszytami dzieci.

Żebyś zamknął mi komputer, mówiąc, że teraz czas dla nas.

Żebyś napisał w ciągu dnia, jak bardzo za mną tęsknisz.

Żebyś zadbał o weekend bez dzieci.

Zabrał mnie do kina na film, który chciałam zobaczyć.

Kupił bilety na koncert, o którym marzyłam.

Chciałabym, żebyśmy przestali skupiać się tak bardzo na sobie osobno. Na swoim zmęczeniu, stresie, obowiązkach. Chciałabym, żebyśmy spojrzeli na siebie ponad tym wszystkim, wyciągając głowy nad dzieci, nad domowe obowiązki, nad prace. Byśmy poczuli, że to my stanowimy fundament tego, co wokół nas najważniejsze. Żebyśmy dostrzegli, że my to zbudowaliśmy, postawiliśmy, choć czasami cegły były dziurawe i trzeba je było wymieniać.

Chciałabym, żebyśmy poczuli się wyjątkowo ze świadomością, że mamy siebie nawzajem. Że pomimo różnic, pomimo dwóch różnych osobowości, jesteśmy jednak jednością. Że to nam wyszło. Że gdyby nie my, gdyby nie nasza miłość, zawziętość i ciężka praca, nie byłoby nas teraz tutaj razem.

Chciałabym, żebyśmy byli dumni z tego, że ty jesteś ze mną, a ja z tobą.

Chciałabym poczuć, że jestem dla ciebie nadal kimś więcej niż życiową partnerką, mamą twoich dzieci, przyjaciółką. Chciałabym poczuć się kobietą, bez której nie wyobrażasz sobie swojego życia, wokół której kręci się twoje szczęście, która jest dla ciebie ważna, najważniejsza. I chciałabym, żebyś też tak się poczuł. Żebyśmy oboje wiedzieli, że mamy siebie nawzajem ponadto, co już razem zdobyliśmy. Że dzieci odejdą, pracę zmienimy, jedne problemy znikną, przyjdą pewnie następne, ale my cały czas będziemy mieć siebie, czasami ze słabnącą namiętnością, czasami z brakiem pożądania. Ale w końcu przypomnimy sobie wszystko, co nas łączy, co ponownie rozpali tę iskrę niewypowiedzianego między nami szczęścia, która zgasi ten smutek codziennej rutyny w naszych oczach.

Kocham cię. Chciałabym, żebyś musnął mój kark i powiedział zaczepnie: „Co ty na to, żebyśmy dzisiaj poszli szybciej do łóżka?’.


Zdradzał mnie, ale wmawiał, że to moja chorobliwa zazdrość projektuje problemy i rzuca fałszywe oskarżenia. Gaslighting – byłam jego ofiarą

Z życia kobiety
Z życia kobiety
6 lipca 2018
Fot. iStock / Trevor Hunt

„Tylko tak ci się wydaje”, „To nieprawda”, „Jesteś histeryczką”, „Wyolbrzymiasz, nie masz racji”, „Nie znam nikogo, kto by na twoim miejscu tak pomyślał” – to najczęściej słyszałam od mojego męża. Byłam głupia, roztrzęsiona emocjonalnie, zniewolona hormonami. Przez lata naszego związku wmówił mi, że wszystko, co czuję i co myślę, jest błędne, że postrzegana przeze mnie rzeczywistość, wcale nie wygląda tak, jak mi się wydaje.

Kiedy byłam roztrzęsiona, on ze stoickim spokojem tłumaczył, żebym się uspokoiła, nie robiła afery. Przecież to niemożliwe, żeby on się całował z jakąś kobietą, której nie znał. To moje urojenia. A moje przyjaciółki, które widywały go przypadkiem na ulicy z koleżanką z pracy, chciały doprowadzić do rozpadu naszego małżeństwa. Potrafił tak zamotać mi w głowie, że naprawdę chwilami nie wiedziałam, co jest prawdą. Ta manipulacja była tak silna, że gdyby chciał mi wmówić, że moje oczy są zielone, to po jakimś czasie zaczęłabym się zastanawiać, że może faktycznie ma rację, że wcale nie są niebieskie, a ja mam jakiś problem z rozróżnianiem kolorów. Wszystko w białych rękawiczkach. Bez przemocy, bez agresji takiej wprost. To ja szalałam, krzyczałam, płakałam, a on pokazywał mi swoją wyższość panując nad emocjami.

Dlaczego o tym piszę? Bo kiedy trafiłam na terapię z depresją, załamaniem nerwowym, okazało się, że wiele jest kobiet do mnie podobnych, które żyją w bliźniaczych związkach, z partnerami, którzy ich kosztem podnoszą swoją wartość, budują pewność, są zaburzeni psychicznie, choć to tobie próbują wmówić, że jesteś wariatką. A ty naprawdę zaczynasz w to wierzyć… Poznałam historię dziewczyny, której mąż przestawiał auto na parkingu, a ona panikowała będąc przekonaną, że coś złego się z nią dzieje, skoro nie pamięta, gdzie zostawiła auto. Później mówił, że to był żart. Inna opowiadała, że mąż zdradzał ją z przyjaciółką i nawet, gdy nakryła ich we własnej sypialni, potrafił jej powiedzieć, że się pomyliła, że tak histerycznie boi się bliskości, więc swoimi oskarżeniami próbuje zniszczyć relacje z dwoma najbliższymi jej osobami. Jest dużo kobiet, które powiększają sobie usta, piersi, zaczynają ubierać się tak, jak jemu się podoba, choć jest to dla nich nienaturalne. Wszystko dlatego, że on wmawia im, że tak są piękniejsze, bardziej atrakcyjne dla niego, że tylko, gdy tak będą wyglądać – on nadal będzie je kochać.

One, podobnie jak ja, zatracają swoją tożsamość, zaczynają w siebie wątpić. Urodziłam bliźniaki, dość szybko po ślubie zaszłam w ciążę. Mąż był jedynakiem, kochanym, przekonanym o swojej wyjątkowości – jak się okazało. Zaczął urządzać mi piekło, gdy chciałam wrócić do pracy. Odkładał ten moment, mówiąc, że jeszcze pół roku w domu mi nie zaszkodzi, a potem kolejne pół. Zaczął czepiać się tego, jaką jestem matką. Pytał, czy wiem, czym karmię dzieci, czy kupuję im bezpieczne zabawki, czy spędzam z nimi czas tak, by wzmacniać ich rozwój. To było jak rollercoaster, bo żadna mama nie ma pewności, czy wszystko dla swojego dziecka robi dobrze. Targało mną ogromne poczucie winy wobec dzieci, jak w takim stanie miałam wrócić do pracy? Byłam wykończona, zmęczona, rozdrażniona. Dwa lata z dwójką dzieci w domu potrafią dać w kość tak, że wyczerpana fizycznie i psychicznie dawałam przewagę mojemu mężowi. Najpierw byłam złą matką, później słyszałam: „Kto cię zatrudni, naprawdę wierzysz w swoje kwalifikacje?”. To nie było napastliwe, to jak stwierdzanie faktów. Jak ktoś mówi ci patrząc prosto w oczy: „jesteś debilką” tonem nie wnoszącym sprzeciwu. Skołował mnie. Nic już nie wiedziałam, a później było coraz gorzej. Gdy chciałam odejść – a chciałam nie raz, zmieniał się w anioła. To było kilka tygodni, a nawet miesięcy spokoju, uwielbienia, powtarzania mi, jak jestem cudowna, by za chwilę znowu zrzucić mnie na samo dno własnych wątpliwości.

Miał potrzebę panowania nade mną – tak powiedziała terapeutka, i to mu się świetnie udało. Brałam tabletki na sen, byłam u psychiatry po antydepresanty, ale dopiero trafiając na terapię zrozumiałam mechanizmy zachowań mojego męża, zobaczyłam siebie jako ofiarę jego manipulacji, spekulacji. Matko, a przez chwilę to ja byłam pewna, że jestem wariatką.

Dzisiaj piszę o tym, by ostrzec inne kobiety, które u boku swoich zdawałoby się doskonałych mężów, wątpią w to, co czują i co myślą, bo on próbuje wam to wmówić. Zastrasza, przekręca fakty, przegaduje problemy tak dobierając argumenty, że w końcu sama nie wiesz, o co właściwie ci chodzi? Uciekaj. Ratuj się. Nawet, jeśli on powie, że jesteś wariatką, bo chcesz iść do psychoterapeuty, zrób to dla siebie, dla swoich dzieci, nie pozwól się zniszczyć.

Mój mąż notorycznie mnie zdradzał, pewnie jeszcze przed ślubem. Wszystkie moje podejrzenia, zmieniał w chore insynuacje. Wmówił mi, że jestem chorobliwie zazdrosna, że to moja zazdrość i potrzeba kontroli niszczy nasz związek, że nie potrafię nikomu zaufać, bo mój ojciec odszedł, gdy byłam dzieckiem i zerwał kontakt ze mną i moją matką. To nie były zwykłe kłamstwa, krycie się przed oszustwem. Był w tym wyrachowany, potrafił użyć takich argumentów, że wątpiłam w zdolność własnej percepcji. Czytałam książki o tym, jak uwolnić się od potrzeby kontroli, jak zapanować nad zazdrością, część z nich on sam mi podrzucał. To ja miałam problem! Kiedy widziałam, że trzyma rękę na udzie koleżanki z pracy na imprezie służbowej – szczerze – nie byłam pewna, czy to moja projekcja, czy dzieje się naprawdę.

Ktoś taki jak mój mąż, z zaburzeniami psychicznymi, zapanuje nad twoim umysłem, zmysłami i emocjami do tego stopnia, że niczego nie jesteś pewna, dopóki on tego nie potwierdzi. A jak wiadomo, nigdy nie przyzna się do błędu, oszustwa, kłamstwa. Zrobi wszystko, by się wybielić, zrobi z ciebie paranoiczkę. I będzie chciał cię zmienić. Kto wie, może nawet zaproponuje trójkąt? Albo związek otwarty? Podsunie link do tekstu o swingersach? I ty uwierzysz, że to uratuje ciebie w tym związku, że zrobisz w końcu coś dla niego, udowodnisz swoją miłość i to, że nie jesteś wariatką, która trzyma go na smyczy i mu nie ufa?

Nie idź tą drogą. Ja tam byłam. Były inne kobiety mające mężów hazardzistów, alkoholików, narcyzów. Były w tym piekle, w którym godziły się na takie rzeczy, które do dziś wywołują w ich oczach łzy. Jeśli intuicja, choć zagłuszona, a jednak krzyczy: „uciekaj” – posłuchaj jej uważnie, zrób pierwszy krok. Być może nie poradzisz sobie sama, być może nie masz już wokół bliskich osób, bo on je wyeliminował, ale jesteś ty. Ważna. Zdrowa psychicznie, choć w to wątpiąca. Pomóż sobie. Pamiętaj – on nie ma racji. Wszystkie argumenty są po twojej stronie, choć dziś trudno ci w to uwierzyć. Skoro mi się udało, ty też dasz radę.