Kochasz? Kochaj! Masz prawo do szczęścia, samotna mamo, masz prawo ułożyć sobie życie od nowa

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
20 listopada 2017
Fot. istock/YakobchukOlena
Fot. istock/YakobchukOlena
 

Stało się. Twoje małżeństwo legło w gruzach. Nieważne już, kto zawinił. Ta miłość jest już przeszłością. Jest ci ciężko, smutno, przez długi czas rozpamiętujesz nieudany związek. Jednak przychodzi moment, gdy w twoim życiu pojawia się INNY mężczyzna. Zakochujesz się lub, co pewnie zdarza się  częściej – poddajesz się jego urokowi. Jest ci dobrze, znowu czujesz się wyjątkowo.

Czas mija, sprawy stają się nieco bardziej poważne. Wiesz już, że kochasz. Ale twoja sytuacja nie jest „jasna”. Wszystko zdaje się skomplikowane. Radość miesza się z lękiem. W głowie pojawia się tylko jedno pytanie: czy masz prawo do szczęścia? Bo przecież dzieci… Bo przecież były mąż… Bo przecież rodzina…

I pewnie czasem chcesz uciec, rzucić to wszystko, przerwać znajomość, nawet jeśli masz przeczucie, że tym razem się uda. Rezygnujesz z miłości, bo nie wierzysz, że powinnaś spróbować. Wybierasz obowiązki, bo wydaje ci się, że nie da się pogodzić twojej trudnej codzienności z „jakimś romansem”. Samotna matka nie romansuje… Z samotną matką się nie romansuje – słyszałaś kiedyś, jak ktoś mówił, że takie są zasady. Samotna matka jest prawie świętą… Szkoda, że nikt nie bierze pod uwagę jej potrzeb.

Zrywasz więc, ale powrót do rzeczywistości okazuje się jednak trudniejszy niż myślałaś. Tęsknisz, bardzo. Wieczorem kładziesz dzieci spać i siadasz na kanapie przed telewizorem. Łzy płyną jedna za drugą, gdzieś w środku boli. Czy będziesz jeszcze szczęśliwa? Nie, jeśli sama sobie na to nie pozwolisz. Nie, jeśli zamkniesz się szczelnie w swojej skorupce i skoncentrujesz tylko na tym, by być jak najlepszą dla swoich dzieci.

Pomyśl teraz proszę, szczerze i powiedz, czego się boisz?

Martwisz się, co sobie pomyślą inni?

Od kiedy to jest dla ciebie ważne? Od kiedy podejmujesz decyzje bojąc się opinii osób, które nie żyją twoim życiem, nie mają twoich doświadczeń, nie wychowują twoich dzieci i nie tworzą do domu na nowo – od początku? Już słyszysz w myślach komentarze swoich rodziców, kuzynek. Ciotek. „Ty się lepiej dziećmi zajmij, a nie jakimiś miłostkami”. Wiesz, że to brak szacunku dla ciebie, prawda? Że nikt nie ma prawa komentować twoich pyrwatnych wyborów i osobistych decyzji? Zaufaj proszę sobie. Zaufaj swojemu rozsądkowi i sercu. Oni zawsze będą się bać. Zawsze znajdą się też „strażnicy moralności”.  Ale to nie jest ich życie, to nie o nich tu chodzi.

Obawiasz się reakcji swojego byłego męża?

Fakty są takie, że nie jesteście już razem. Owszem, wiele was łączy – wspólna historia, dzieci, wspomnienia. Pewnie nie raz jeszcze obejrzysz się za siebie i przypomnisz sobie to, co dobre, bo po co pamiętać to, co złe? Ale i on ułoży sobie życie z kimś innym. I on zacznie w końcu chodzić na randki, zakochiwać się, zapragnie być z kimś, może stworzyć dom, mieć jeszcze dzieci.  Uważasz, że przed dążeniem do szczęścia powstrzyma go myśl o tobie, o tym, że może być ci przykro? Nie, on sięgnie po swoje. Każdy chce być szczęśliwy. Każdy pragnie miłości.

Martwisz się o dzieci

Zaczekaj chwilę. Jesteś przecież odpowiedzialna. Nie stracisz głowy, prawda? Mężczyzna, z którym się spotykasz wie, że wychowujesz dzieci. Pamiętaj, to musi być jasne. Tego nie można ukrywać. I tylko w ten sposób przekonasz się, czy ta znajomość jest coś warta. Nie chodzi o to, by od razu przedstawić twojej córce nowego partnera. Chodzi o to, by (jeśli wasza relacja stanie się poważna i zaczniecie myśleć o wspólnej przyszłości) wspólnie postanowić co dalej, mając na uwadze również dobro i szczęście twoich dzieci. Wiesz przecież, że masz szansę pokazać im, że dobre, trwałe związki istnieją. Że czasem trzeba poszukać jeszcze raz. I że zasługujesz na miłość ukochanego mężczyzny.

Stało się, znowu kochasz. On też cię kocha. Pozwól sobie być szczęśliwą.


Bo to zła kobieta była… Jak robimy z mężczyzn niezdolne do podejmowania decyzji umysłowe kaleki, a z kobiet modliszki

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
27 listopada 2017
Fot. iStock / kieferpix
Fot. iStock / kieferpix
 

Odkąd pamiętam, wszelkie miłosne perypetie moich znajomych lub kogoś z dalszej rodziny przedstawiano mi w podobny sposób. „Wina” i odpowiedzialność za związek leżała po stronie kobiety. To ona zainicjowała relację, uwiodła niewinnego, zostawiła słabego, wykorzystała naiwnego. To ona chciała być szczęśliwa (jak śmiała, w głowie jej się przewróciło). Że on też chciał? Niemożliwe. On zawsze robił tylko to, czego ona od niego wymagała. To ona była „mózgiem”, a on był chyba „bezmózgiem”. Takie te baby są.

Omotany A.

Ta historia mnie rozczula. W. i A., spotykają się od kilku miesięcy. „Problem” w tym, że ona jest od niego (o całe) kilka lat starsza, rozwiedziona i ma dzieci. Rodzina A. jest przerażona. Co mu odbiło? Wiadomo co, W. go uwiodła. Oni już wiedzą jakich użyła argumentów, żeby się tak zupełnie zapomniał, że zaraz zachciało mu się zmieniać dla niej całe swoje życie. Seksu na pewno. Bo kto normalny zakochałby się w rozwódce? Z dziećmi? Ciotki A. trzymają rękę na pulsie. Rodzina W. „przemawia jej” delikatnie i bardzo dyskretnie do rozsądku. „A. jest jeszcze taki młody (trzy dychy na karku), życia jeszcze nie poznał, porozmawiaj z nim, zerwij, bądź rozsądna, starsza jesteś”. „Bo on nie wie, co robi”.

Na litość boską!  A. jest po trzydziestce, od dawna zarabia na swoje utrzymanie, jeździ po świecie i naprawdę miał już wcześniej dziewczynę. A nawet dwie.

Ale odpowiedzialnością „z góry” obarczono W. A ona zaczyna się zastanawiać. Bo może ONI mają rację, że dla niego byłoby lepiej bez niej…? Na szczęście A. to bardzo mądry facet. I bardzo zakochany. Śmieje się: „Daj spokój, co nas to wszystko obchodzi? Nikomu nie robimy nic złego. Żałuję tylko, że mówią to wszystko tobie, a nie mi. Bo ty jesteś dziewczyną. Tyle”. I całuje W. w piegowaty nos. I powtarza, że przy nim to ona wygląda jak dzieciak. I znowu jest im bosko.

P. bez serca

P. i K. byli razem kilka lat. Ślub wzięli, ku uciesze rodziny, wesele wyprawili, tradycyjne, „polskie”, z wódką i zakąskami. Dziecko się urodziło (nie na weselu rzecz jasna), czas mijał, a P. robiła się blada, coraz bledsza, szczupła, coraz szczuplejsza, smutna. Coraz bardziej smutna. Ale nikt tego nie zauważał. Bo to pewnie dziecko, obowiązki, „wiadomo, kobieta to w życiu ma…”. Zresztą, na wszelki wypadek, lepiej nie pytać. Niech tam każdy swoje brudy u siebie pierze. Jakoś daje radę, kolejne święta zorganizowała, to znaczy nie jest źle. I na zdjęciach uśmiechnięta.

A jednak to nie była depresja poporodowa ani zmęczenie domem. To „trudny” charakter jej męża, który po ślubie pokazał swoją prawdziwą twarz. Twarz tyrana, pana i władcy. Twarz faceta, który uwielbia wykorzystywać fakt, że zarabia więcej, że jest silniejszy. Na zewnątrz kochający i opiekuńczy partner, w domu – okrutny i wymagający posłuszeństwa. Delikatnie mówiąc, „nieco zaburzony”.

Ale P. się starała, naprawdę mocno się starała „uratować” to małżeństwo, jak uratować jego. Ale jak ratować kogoś, kto nie widzi swoich błędów? Kto uważa, że jest bez winy? Kogoś kto wyciąga na ciebie pięść, gdy prosisz o rozmowę. Kogoś, kto ci ubliża, gdy mówisz o miłości i synu, który potrzebuje wzoru mężczyzny.

Kiedy P. złożyła pozew i zdecydowała się opowiedzieć wszystkim o latach swojego domowego piekła, niektórzy kiwali smutnie głowami, inni martwili się o dziecko. Bo przecież powinno się wychowywać w „pełnej rodzinie”. „Może powinnaś się jeszcze zastanowić?”. P. odeszła, on ma depresję. Jest szczupły, coraz bardziej. I smutny, coraz bardziej smutny. Wszyscy już zauważyli, są przejęci. Bo jak on sobie teraz poradzi? Samotny facet ze złamanym sercem to katastrofa. Połowa jego rodziny uważa, że został skrzywdzony, wykorzystany. Inni, że P. „mogła jeszcze poczekać”.

P. czeka na rozprawę rozwodową. Gdyby nie przyjaciółka i mama, byłoby jej jeszcze ciężej. Teściowa dzwoni, mówi: „On tak cierpi, zastanów się, jesteś bez serca”. P. już nie odbiera.

Epilog

Drodzy „obrońcy moralności”! To co myślicie o A. i o P., zachowajcie dla siebie. Pozwólcie innym żyć tak, jak chcą, jeżeli są szczęśliwi, nikogo nie krzywdzą, jeśli jest między nimi miłość. I to nie wam osądzać, czy to miłość, czy coś innego. Jakim prawem wtrącacie się między dwie, dorosłe osoby? Dlaczego wydaje wam się, że możecie kierować ich życiem?

Tak sobie myślę czasem, że kochamy, kiedy kobiety cierpią. Umęczone Matki Polki, sponiewierane żony, którym można współczuć okropnego męża… Ale kiedy tylko któraś z nas próbuje o siebie zawalczyć, kiedy tylko zaczynamy „podejrzanie dobrze” wyglądać, kiedy jesteśmy znowu szczęśliwe, wchodzimy w nowy związek – podnosi się raban. „Z kim? Dlaczego z nim? Czy ty pamiętasz, że masz dzieci? Czy ty wiesz co robisz? Bo on to raczej nie”.

Z nim. Bo się zakochałam. Nie sposób zapomnieć, dziękuję. Wiem. I on też.

Z resztą, guzik was to wszystko obchodzi.


Od przyzwolenia, zdziwienia, niepewności i lęku – tak zaczyna się piekło przemocy emocjonalnej

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
16 listopada 2017
Fot. istock/visualspace
Fot. istock/visualspace

Nigdy nie zapomnę jej twarzy. Patrzyła na mnie wielkimi, brązowymi, smutnymi oczami, szukając wsparcia i porozumienia. Właśnie obie urodziłyśmy córeczki, obie leżałyśmy w jednej sali, odpoczywając po tym ogromnym wysiłku. Dla obu z nas to był pierwszy raz, obie nie wiedziałyśmy, jak sobie poradzimy jako mamy. Mieszanina szczęścia i przerażenia. Tylko, że mnie otaczał spokój i miłość, ją – chaos i tłum ludzi, których nie obchodziły jej potrzeby, a jedynie ich własna chęć pouczenia jej, pokazania jej jak powinna karmić swoje dziecko, jak się nim opiekować, jaką matką powinna być.

Pierwsze wizyty zaczęły się tego samego popołudnia. Najpierw zjawił się jej mąż. Przywitał ją szybkim całusem w czoło. „Umaluj się trochę, bo blada jesteś. Masz tu pomadkę i krem, o który prosiłaś”. Wysoki, zdecydowany, wyjął kamerę i bez pytania zaczął filmować dziecko i mamę – zmęczoną, smutną, śpiącą. Choć w jej oczach pojawiły się łzy, nie zaprotestowała. „Weź małą na ręce, pokaż, jak karmisz” – instruował ją i odpinał guziki piżamy, by odsłonić pierś karmiącej. Zrezygnowana nie próbowała się nawet buntować. Nie, raz powiedziała cicho: „Piotrek, ale ja bym chciała odpocząć, naprawdę, ciężko było, zobacz malutka śpi, nie budź jej”. „Przecież leżysz, nic nie musisz robić” – padło tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Dziewczyna spuściła w milczeniu głowę. Nie postawiła na swoim, poddała się, choć widziałam rodzącą się w niej iskierkę buntu. Buntu w obronie jej dziecka i jego spokoju.

Godzinę później zjawiła się cała rodzina, około 8 osób. Osiem osób w małej, poporodowej salce, w której dwie kobiety i ich dzieci odzyskiwały siły po wyczerpującym emocjonalnie i fizycznie wydarzeniu: narodzinach. Teściowa, teść, jakieś ciotki, rodzeństwo męża z osobami towarzyszącymi. Głośni, nie zważając na to, że w pomieszczeniu znajdują się dwa noworodki wykrzykiwali pierwsze komentarze. „Jaka podobna do Piotrka!”, „Mogłaby otworzyć oczy”. Potem było jeszcze gorzej. Matka męża pouczała ją jak ma karmić, strofowała, że na pewno robi to źle i dziecko się nie najada („wychowałam czwórkę dzieci, to wiem”). Reszta rodziny usiadła na jej łóżku i bezlitośnie pstrykała zdjęcia, śmiejąc się i opowiadając sobie rodzinne historie porodów (zazwyczaj zakończonych komplikacjami). Pouczali ją, komentowali jej wygląd i strój, bladość jej twarzy. Nikt nie zapytał, jak się czuje, czy czegoś jej trzeba. Nikt nie wpadł na pomysł, że ona potrzebuje spokoju.

Spojrzałam na moją współtowarzyszkę. Coraz bardziej blada, coraz bardziej nieszczęśliwa nie umiała nawet powiedzieć: „Proszę, wystarczy już, chciałabym odpocząć, dziecko również”. W oczach migotały jej łzy, ton był coraz bardziej błagalny i płaczliwy.

Gdyby nie interwencja pielęgniarek („proszę już wyjść, matki nie wolno denerwować”), mąż i rodzina zadręczaliby ją jeszcze dłużej.

Tej nocy długo rozmawiałyśmy ze sobą. Okazało się, że moja nowa znajoma pochodzi z zupełnie innego miasta, że jej rodzina przyjeżdża do Warszawy rzadko. Że tutaj ma tylko męża i teściów. I że odkąd wyszła za mąż i z nimi zamieszkała, jej związek zaczął przypominać więzienie. Sterowano nią, wykorzystano jej uległy charakter. Planowano jej każdy dzień, a kiedy wracała z pracy angażowano natychmiast we wszytskie możliwe prace domowe.

Ciąży – oczekiwanej, „wymodlonej” przez teściową – nie mogła przeżywać po swojemu, zabroniono jej spacerów, wyjścia do kina. Teściowa przygotowywała jej swoje zdrowej jedzenie, mąż pilnował, by za dużo nie przytyła.

„Dlaczego się na to godzisz?” – spytałam. Nie odpowiedziała wprost, nie umiała. Rozumiała, że jej sytuacja mogłaby być inna, gdyby umiała zaprotestować, postawić na swoim, zadbać o swoje potrzeby – od samego początku. Ale nie potrafiła zrobić tego mieszkając w domu swojego męża, będąc z dala od rodziców, przyjaciół.

Od przyzwolenia, zdziwienia, niepewności i lęku. Strachu, że to ze mną jest „coś nie tak”. Że może to ja się mylę, że może rzeczywiście jestem taka beznadziejna, że trzeba mną „sterować”, mówić mi co mam robić, jak się zachowywać. Tak zaczyna się przemoc w rodzinie.


farm-pump-ua.com/gotovye-kursy.html

www.best-cooler.reviews/corona-coolers-and-ice-chests-to-make-your-summer-unforgettable/

Mesterolone for sale