Nic tak nie rozwala związku, jak siedzenie sobie na łbie. W zdrowiu i chorobie. A już w chorobie, to jakaś masakra!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
28 lutego 2018
Fot. iStock/cookelma
Fot. iStock/cookelma
 

Tego nie da się przeżyć! Niby tak się kochamy, tak nam jest ze sobą cudownie, eh i ach, spijanie z dziubków. A tak naprawdę – zastanawialiście się kiedyś, ile razem spędzacie czasu. Tak naprawdę na maksa razem? Pewnie większość odpowie: „Zdecydowanie za mało”. A ja wam powiem: „I bardzo dobrze!”. Bo coraz częściej dochodzę do wniosku, że nic tak nie szkodzi związkowi jak zbyt długie siedzenie sobie na łbie.

Masakra. Siedzę w domu z rozwaloną nogą. Uziemiona na maksa, frustracja wylewa mi się uszami, bo nienawidzę takiego uwięzienia, a wartością jaką w życiu cenię najbardziej jest wolność. Tymczasem zamknięto mnie w klatce gipsów, wyciągów i czterech ścian. Dobrze, że jeszcze popracować zdalnie mogę. Jakaś rozrywka. Ale w domu jest też ze mną mój mąż. Miesiąc na zwolnieniu, z wizją kolejnego miesiąca. Ogólnie to naprawdę fajny chłopak. Zawsze można na niego liczyć, ale on z kontuzją mega i do tego przeziębiony. Wczoraj co pół godziny podchodził (ja pracuję!) pytać, czy nie ma czasem głowy gorącej. Kręci się w kółko, bo wiadomo – na dworze -15, więc w chacie siedzi. I tak łazi bez konkretnego celu, chyba tylko jedne ma – żeby mnie wku*wić jeszcze bardziej. To kawa, herbata dziesiąta kanapka, telefon. Zaprosił sobie nawet panów od kanalizacji na kawę, bo coś koło nas robili, a tak zmarzli. Dla towarzystwa, żeby sobie pogadać. Myślałam, że go zabiję. Ba, nadal tak myślę, mówię, żeby chował wszystkie ostre rzeczy z zasięgu mojego wzroku, bo w końcu w niego czymś rzucę.

Dwójka sfrustrowanych dorosłych osób w chacie kolejny i kolejny dzień, to taka kurwa mieszanka, która potrafi wszystko rozwalić. On przeziębiony, więc umierający. Chusteczka chusteczkę w domu pogania. Kręci nosem, czepia się, próbuje przejąć kontrolę nad moim życiem nieustannie chcąc mnie z czegoś wyręczyć, jakby nagle z chorą nogą ubyło mi szarych komórek! Warczę, szczerzę zęby wcale nie w uśmiechu, bo jakbym dorwała się do jego tętnicy… To krew by tryskała na prawo i lewo, a na mnie pewnie nie zrobiłoby to najmniejszego wrażenia.

I tak sobie siedzę i myślę, że nic tak nie może zaszkodzić związkowi, jak długie przebywanie ze sobą. Wiadomo, urlop, ok. To zupełnie inna bajka. Jest miło, odprężająco, wszyscy zadowoleni, bo w końcu czas mogą spędzić wspólnie. Jest cudownie, nawet mimo małych starć. Choć ja z tych, co na wiele rzeczy mają wywalone i wiele odpuszczają nie przejmując się specjalnie pierdołami.

Ale codzienność krok w krok, kiedy włazicie sobie na łeb, pakując się w swoją wyrobioną od dawna przestrzeń. „Wzięłaś dowód”, „Zadzwoniłaś”, „Spytałaś”, „Masz coś do prania”, „Co na obiad” – ku*wa, jakaś faza natręctw. Jakbym wcześniej nie umiała funkcjonować społecznie i teraz trzeba mnie za rączkę prowadzić, o wszystko pytać, o wszystkim przypominać. HALOOO.

To nie dla mnie. Potrzebuję oddechu. Wolności. Samotności. Pamiętam, jak kiedyś, dawno temu, Kora powiedziała, że mają z mężem osobne sypialnie. Wszyscy się oburzali, że jak to, że gdzie bliskość, intymność, co spaja związek? Jakby wspólna sypialnia mogła spajać. Błagam. Znam wiele par, które dzielą swoją sypialnię i co z tego? Koncepcja Kory mi się podoba. Bardzo. Im bliżej i więcej czasu jestem zmuszona spędzać w towarzystwie mojego męża (bo zmusza mnie do tego zastana sytuacja), tym bardziej doceniam, kiedy możemy mieć tylko swój czas. Kiedy każde zajmuje się tym, co aktualnie lubi, chce, musi, robi.

Nie umiem żyć w zależności, w ubezwłasnowolnieniu, które dla mnie zamyka się w:

„Czego szukasz?” – on.

„Swojego portfela” – ja.

„Już ci wziąłem”.

Wku*w. Wiem, przerysowany, przesadzony moja frustracją uwięzienia w ciele, które nie może mi pomóc się z tego wyrwać. Ale jak ON mógł wziąć MÓJ portfel, ja naprawdę umiem to zrobić sama. Umiem o siebie zadbać na co dzień. Nie potrzebuję niańczenia, wytykania, że o czymś zapomniałam, bo zawsze prędzej czy później bym sobie przypominała.

Dzisiaj to ja nawet nie marzę o dwóch osobnych sypialniach, ale o dwóch różnych mieszkaniach. Gdzie moglibyśmy być osobno, każde w swoim wkurzeniu, złości, ale też gdzie można by było od siebie odpocząć. Zdystansować się, spojrzeć na siebie trochę z boku i znowu się wspólnie pośmiać z żartów. Tymczasem jestem jak najeżona igłami. Nienawidzę.

Nie mogę zostać sama, wyciszyć się, poszukać w głowie pytań i odpowiedzi. Kiedyś przeczytałam, że miłość to spotkania. Zgadzam się, ale dziś dokładam do tego jeszcze jedno. Że miłość, ta na stałe, na co dzień, to też spotkania. Spotkania po pracy w domu, przy porannej kawie, przy wspólnym filmie wieczorem, w kinie… Te spotkania budują nasze szczęście, fakt, że możemy je z kimś dzielić. Jasne, że normalnie tego nie dostrzegamy. Kawa to kawa, wieczór fajnie, wspólne wyjście ekstra.

Ale teraz wyobraźcie sobie, że jesteście razem cały czas. Minuta po minucie. Ty siedzisz, czytasz książkę, on przechodzi – raz drugi, kręci się, coś mu nie pasuje. Tobie nie pasuje jego kręcenie się. Pytasz, o co chodzi, ale słyszysz tylko burknięcie pod nosem. Myślisz: „Ch*j, olewam”. Ale ile razy można? Sama jesteś nie lepsza. Bo ja wiem, że ze mną obecnie cholernie trudno wytrzymać

Chcę uciec. Przysięgam. Uciekłabym już dzisiaj, wyrwała się. Ale jak w końcu miałam okazję, to się auto popsuło, mrozu nie wytrzymało i znowu zostałam zamknięta w czterech ścianach. Nie mogę iść pobiegać w samotności, nie mogę wypić kawy w samotności. Pies zerka tęsknym okiem za długim spacerem, a mi pozostaje mieć nadzieję, że jakoś to będzie, jakoś to przetrwam. Ale gdyby miało to trwać non stop, my byśmy nie przetrwali. Nie tylko miłość, także związek to spotkania. I niech tak zostanie, niech tak będzie. Między tymi spotkaniami, niech każdy ma swój czas, swoje miejsca, swoje pragnienia i marzenia. I nie przestaje się realizować w oderwaniu od innych, nawet najbliższych.

Marzę o spacerze. Długim, najdłuższym na świecie. Przeglądam trasy w Tatrach, żeby wyjść na kilka dni i nie musieć schodzić. Bez ludzi. Sama. Ogarnąć swój wkurw. Poczuć siebie, dać przestrzeń swoim myślom. I wrócić. Z miłością i wdzięcznością za spotkania z moim mężem. A teraz modlę się, żeby nie dostał kolejnego L4. 😉


„Wyszedł rano na siłownię i już nie wrócił” – pisze do mnie znajoma. Jak to wyszedł i jak to nie wrócił? Faceci to ch*je. Naprawdę

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
5 marca 2018
Fot. iStock/Kikovic
Fot. iStock/Kikovic
 

„Wyszedł rano na siłownię i już nie wrócił” – pisze do mnie znajoma. Jak to wyszedł i jak to nie wrócił? Przecież tydzień temu byli na przedłużonym weekendzie w ekstra hotelu. SPA, pyszne jedzenie, piękne okoliczności przyrody. Dziecko zostało u babci, żeby oni mieli w końcu czas tylko dla siebie. Małżeństwo po kryzysie. Takich wiele. I super, kiedy wszystko zaczyna układać się na nowo, kiedy, kurde, oboje dochodzą do wniosku, że co ich nie zabije, to wzmocni. Świadomi swoich błędów, chętni do zmian. Bo w końcu doszli do wniosku, że się kochają i że bez siebie żyć nie mogą i nie chcą.

I tylko przyklasnąć. Jest dziecko, kilkanaście lat wspólnie spędzonych. Jak ludzie chcą o to zawalczyć, to trzeba im kibicować ze wszystkich sił. I kibicowałam. Ona mówiła, że jest coraz lepiej, że przegadali wszystko, że wiedzą, czego od siebie nawzajem oczekują. On zapewniał, że kocha, że byłby głupi, gdyby z niej zrezygnował. No wiecie – taka sielanka, z której jednak wybrzmiewała pewna dojrzałość zdobyta z doświadczeniem kryzysu.

I nagle ŁUP. Cudowny weekend, zdjęcia na fejsie, aż się trochę rzygać chciało od tego szczęścia. Ale dobra, niech się sobą cieszą, w końcu takie ich prawo i nikomu nic do tego. A po weekendzie – czarna rozpacz. Wyobraźcie sobie – macie obok siebie faceta, który zapewnia o swojej miłości, przekonuje, że życia sobie bez was nie wyobraża. Ba, co więcej snuje plany na przyszłość, pojawia się nawet nieśmiało propozycja o drugim dziecku – i to ON o tym mówi, nie ona. Po czym ch*j wychodzi w sobotę rano i nie wraca do domu. Jedyne na co go stać, to na telefon i wyrzucenie z siebie: „Nic nas nie łączy. To koniec”. Ja pie*dole. Aż mi się wierzyć nie chciało, bo nie myślałam, że takie typy po świecie jeszcze chodzą. Znam przypadki ojców moich koleżanek, którzy wychodzili po zapałki i nie wracali, ale to było kilka dekad temu. I że teraz? Teraz też tak można potraktować drugiego człowieka?

Ch*j mnie obchodzi, jak tam między nimi było, gdzie leży większa lub mniejsza wina albo kto swojej nie widział. Nie to jest istotne. Jestem załamana faktem, że facet wychodzi sobie z domu, w którym jest jego żona i dziecko, i postanawia nie wracać, choć dzień wcześniej zapewniał, że ją kocha i że ona jest dla niego całym światem. I nie mówcie mi, że sobie tego nie zaplanował!

Bo jak? Coś mu się przez noc w mózgu przestawiło? Jakieś klepki zabrakło? Może poduszka czymś nasączona była, że odebrała mu zdolność zdroworozsądkowego myślenia? Bo jak do jasnej cholery wytłumaczyć to, co zrobił? Jak zrozumieć? Jak powiedzieć: „Spoko, stary, znudziło ci się małżeństwo, masz dosyć swojej żony, masz prawo odejść”. No ku*wa, każdy ma, ale to w jaki sposób odchodzi ma znaczenie!

Wydawałoby się – dwoje dorosłych ludzi, którzy spędzili ze sobą spory kawałek swojego życia. Dużo razem przeszli – fazę zakochania, ślub, wspólny poród, śmierć jednego z rodziców, kiedy byli dla siebie ogromnym wsparciem, nieprzespane nocy, jego zabieg w szpitalu, kiedy ona się denerwowała. Wspólne wakacje, wyjazdy, ważne życiowe decyzje, plany. Zaufanie, poczucie bezpieczeństwa.

Jakim trzeba być ch*jem, żeby wyjść i po tym wszystkim nie mieć nawet odwagi spojrzeć tej kobiecie w oczy i powiedzieć: „Przepraszam, nie kocham cię. Odchodzę”. Ona nie zasłużyła na to? Na taką szczerość? Na cywilną odwagę zmierzenia się z jej emocjami, furią, łzami? Jakim tchórzem trzeba być, żeby tak się zachować? Jakim gnojem, żeby tak upokorzyć kobietę, która go kocha, którą on kiedyś też kochał?

Miał odwagę wrócić, kłamać jej przez ostatnie tygodnie, a może miesiące bez zająknięcia zapewniając o swojej miłości, a nie potrafił przyznać, że tego nie dźwiga, że się wypaliło, skończyło, że on już nie chce się starać, bo dla niego nie ma to sensu?

Ona naprawdę na to nie zasłużyła? Po tylu latach dostaje jeden, ku*wa, telefon. TELEFON. I on mówi, że nic ich nie łączy? Chce tak myśleć? Ona jeszcze kocha, jeszcze czeka, jeszcze chciałaby porozmawiać, żeby zrozumieć co się stało. Bo, do cholery, na to zasługuje. Na to, by usłyszeć całą prawdą, nawet jeśli dla niej miałaby być najbardziej bolesna. Ona teraz pyta siebie, co się stało, dlaczego, kim dla niego była, skoro potraktował ją gorzej niż psa. Porzucił. Bez słowa. Bo nic nie jest jej winien, bo on już nie nie musi.

Stary, ale ona musi dalej żyć z bólem, który jej zadałeś. Musi żyć, bo macie wspólne dziecko. Ty się zwinąłeś, a to ona musi znaleźć w sobie siły, żeby zebrać się w garść, podnieść z łóżka. Jakbyś ją pokopał – tak się czuje. Boli ją całe ciało. Jak posiniaczone. Jest zdruzgotana.

I wiesz, takim ch*jom wyzutym z ludzkich odruchów, życzę jednego – żeby karma do was wróciła. Żebyście kiedyś poczuli się tak poniżonymi, jak szmata. Żeby ktoś wyrzucił was na śmietnik, bo będzie miał już dość. Bez słowa wyjaśnienia.

Ona zasłużyła na przepraszam, na kilka zdań rozmowy. Ale ty tego nigdy nie zrozumiesz. Dobrze, że ona ma ludzi wokół, którzy otoczą ją opieką i pomogą wstać. Ale jej rana nigdy się nie zabliźni. Chcę żebyś to wiedział, żeby wiedział to każdy facet, który tak ucieka, jak tchórz. Tak, jesteś zwykłym tchórzem. Nie zasługujesz na jej łzy, ona to pewnego dnia zrozumie. Ty, nigdy się przed sobą nie przyznasz,że jesteś zwykłym dupkiem. Zawsze nim będziesz. A ona – ona się dźwignie, zmieni, nabierze sił. I wierzę, że kiedyś powie: „Jak dobrze, że tego fiuta nie ma w moim życiu”.


Piotr Żyła ma kochankę. To już narodowe dobro?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
26 lutego 2018
Piotr Żyła ma kochankę
Fot. Facebook /Piotr Żyła - official

Co się porobiło z tym światem? Od wczoraj, gdzie tylko nie wejdę, widzę jedno:

„Piotr Żyłą ma kochankę”.

„Justyna Żyła w emocjonalnym wpisie o swoim małżeństwie”.

„Piotr i Justyna Żyła nie mieszkają ze sobą od czerwca”.

„Żona nie wyjechała po niego na lotnisko po igrzyskach”.

Ja pie*dolę, serio? I nawet jakbym nie chciała tego wiedzieć, jak bardzo by mnie to nie obchodziło, to zostaję wciągnięta w „żyłagate” w przepychanki – czy to ona winna, czy on. Czy ona powinna publicznie, czy cudowna, że dopiero po Pjongczangu tę samonapędzającą się sensację opublikowała?

I tak, jak jeszcze chwilę temu wszyscy byli specjalistami od himalaizmu, tak teraz mamy samych speców od związków, zdrad, kochanek i informacji, co kto widział, a co kto powiedział. Że on nie powinien, że teraz wiadomo, dlaczego tak słabo skakał, pewnie kochanka wszystkie siły mu odebrała. A może jednak zmowa sztabu? W końcu Justyna to kuzynka Adama Małysza i może kuzyn ukarał Żyłę za nieuczciwość małżeńską? I dlatego ten nie skakał? Ale uwaga, Justyna podobno też święta nie była, niebieski passat pod jej dom podjeżdżał, gdy mąż na zgrupowaniach siedział. Inteligencją nie grzeszyła, jak mąż, ale teraz na jego plecach wybić się chce. Wszystko można znaleźć. Wszystko!

Ku*wa, tylko skąd ludzie to wiedzą? Jak pamiętają, że ona jeszcze w czerwcu domem w Wiśle się chwaliła? A z drugiej strony Piotr Żyła, to nasze dobro narodowe, w końcu to jego w tyłek kopała maskotka igrzysk, i wtedy wszyscy zalewali się łzami ze śmiechu i wzruszali, gdy ten na gitarze wygrywał hymn Polski po sukcesie Stocha.

Post udostępniony przez (@piotr_zyla_official)

STOP. Nie da się tak żyć. Nie macie poczucia, że wpie*dalamy się w jakiś ogromny syf? Gdzie żadna prywatność nie jest święta? Kiedy każdy może wszystko? Żona napisać na forum, że mąż ma kochankę i zablokował jej telefon? Serio? Nie mamy przyjaciół, których zaprosimy na obiad, zamiast wrzucać zdjęcia garów na Facebooka? Nie mamy potrzeby intymności związku, tylko nieustanne wirtualne udowadnianie kolejnymi wpisami pod tytułem „Dziubku, z tobą jestem najszczęśliwsza?”? Nasze dzieci muszą być wystawiane na publiczne oglądanie? Jak sikają, gotują, bawią się i zaczynają chodzić? Nie mam przyjaciółki, do której zadzwonię i powiem: „Stara, z*ebało mi się małżeństwo”. Tylko trzeba o wszystkim i wszędzie i zawsze?

I to opluwanie się, zabieranie głosu w sprawach, w których nigdy głosu zabierać nie powinniśmy, no ale, skoro poszło w eter, to każdy może. Jasne, że może. Tylko dlaczego się dwa razy nie zastanowi, nim coś napisze. Zwłaszcza, gdy zaczyna od słów: „Ch*j mnie to obchodzi, ale…”. I wylewa wiadro pomyj swojego nadżartego ego, żeby sobie ulżyć, poczuć się lepiej. Bo komuś do*ebał. A co. Sami się prosili, to można. Wszystko można. Oczywiście. Ale sprzedajemy się jak dziwki. Mam takie poczucie. Od pani Kowalskiej, która wrzuca listę swoich zakupów, przez dziesięciorzędną gwiazdeczkę, która pyta swoich folołersów na Instagramie, jaki kolor majtek dzisiaj wybrać, przez celebrytów, którzy pokażą swoją gołą dupę, byle tylko ktoś o nich napisał. Okazuje się, że „mąż ma kochankę” jest wytrychem do sławy. Może wątpliwej jakości, ale jednak.

Bo my się tym karmimy, bo uwielbiamy takie sensacje, bo możemy o tym rozmawiać w domu, bo na honorze uwielbianego przez część kibiców sportowca, pojawiła się plama. Bo ktoś może powiedzieć: „A nie mówiłem, że burak”, a ktoś inny: „Brawo Piotr, taką rozhisteryzowaną żoneczkę też bym zostawił. Korzystaj z życia chłopie- jełopie, by się chciało dodać przy różnego rodzaju użytkownikach, którzy mają użycie. Bo znowu coś się zadziało, bo jest sensacja. W życiu innych, nie jego. Jego ogranicza się do spędzania czasu w sieci i życia życiem innym, bo na jego marne próby zwrócenia na siebie uwagi kolejnymi wpisami czy zdjęciami, nikt nie reaguje.

Co się porobiło? O czym my czytamy. O czym, do cholery, ja piszę. Piszę, bo mam wku*wa na te sytuację, bo siła rażenia tematu pokazuje, co nas tak naprawdę interesuje. Cudze życie, do którego włazimy w butami, tylko dlatego, że ktoś publicznie nas zaprosił. Bez krzty refleksji. Fuck.


www.pillsbank.net

Уникальный текст

Этот популярный веб сайт со статьями про verumoption http://www.profvest.com/2015/11/verum-option-obzor-otzivi.html