O takiej miłości nie powinno się mówić, że jest na zawsze. Być może nie jest. Być może my nie jesteśmy dla siebie na zawsze

Z życia kobiety
Z życia kobiety
4 października 2016
Fot. iStock/ArtMarie
Fot. iStock/ArtMarie
 

Tak rzadko mówimy o miłości. Tak, wiem, ona jest, więc po co o niej rozprawiać, rozkładać na części pierwsze. Mówisz: „Nie wystarczy ci, że jest?”. Jakby miłości mogło wystarczyć, jakby mogło jej być akurat – ani za dużo, ani za mało. Wiadomo – przesyt budzi wymioty, a jej niedobór odkrywa deficyty różnych innych obszarów naszego życia, ale też i nas samych…

Naszej miłości nie umiem zmierzyć. Pamiętam, jak zastanawiałam się, czy jest jej wystarczająco, czy udźwignie na swoich barkach naszą codzienność, nudę, rutynę. Czy jej braki nie wzbudzą w nas ciekawości nowym, kimś innym? Przecież jeśli kochasz, to nikt inny nie powinien się liczyć. Gdyby to było takie proste… Gdyby miłość jasno określała nasze wybory i decyzje, gdyby dzięki niej wszystko było białe albo czarne. Kochasz – zostajesz, nie kochasz – odchodzisz. A tymczasem na jednej szali wieszamy naszą miłość, a na drugiej wszystko inne marząc o równowadze, o stałej wadze, o constans, który przyniesie nam spokój i szczęście.

Tymczasem nasze życie to niekończąca się sinusoida wzlotów i upadków, miliona wątpliwości i trafnych decyzji, których na początku rzadko do końca jesteśmy pewni.

My kobiety, nieustannie marzymy o tej miłości niezwykłej, o tej pewności, podczas gdy dla facetów do często oczywiste. „Miłość? No jest?” odpowiadają nie zastanawiając się nad jej miarą, nad jej wartością, nad jej obecnością. Nie rozstrzygają emocjami sporów, nieporozumień.

Siedzę z kubkiem kawy pod kocem. Udaję, że czytam, ale obserwuję ciebie krzątającego się po kuchni. Zrobiłeś dzieciom kolację, mi podałeś herbatę z miodem, bo gardło mnie trochę boli. Bawi mnie, że potrafię wyprzedzić myślami to, co za chwilę zrobisz. Znam każdy twój ruch, wiem, co po kolei zamierzasz ułożyć, schować, sprzątnąć… Fajne to. To są takie chwile, kiedy czuję tę miłość. Kiedy mam pewność, że kocham tak bardzo, jak nikogo innego. Nie umiem tego powiedzieć, bo w gardle tkwi gula wzruszenia, a w oczach mimo próby opanowania sytuacji pojawiają się łzy.

Dlatego napiszę. Napiszę o tej miłości, o której tak mało mówimy, a która jest tym, co najważniejsze, co każe nam do siebie wracać mimo burz, pretensji i kryzysów.

Bo ta miłość to dzisiaj dla mnie:

– pewność – to jak jakbyś miał wrócić do domu po wielu miesiącach nieobecności, z obawą, czy nic się nie zmieniło czy cię poznają, czy nadal kochają. Więc ja mam w sobie tę pewność, która nie każe mi myśleć o tym wszystkim, tę pewność, że obojętnie z jak długiej podróży nie wrócę – ty będziesz.

– spokój – który mi dajesz. Pomimo moich rozedrgań, wątpliwości. Śmieję się, że jesteś jak ten ciepły koc, który mnie otula, gdy sama nie potrafię się uspokoić, pomagasz mi złapać oddech, hamujesz emocje, pozwalasz spojrzeć na to wszystko, co dla mnie złe i nie tak, z dystansu. To niesamowite, jak potrafisz mnie zatrzymać.

– bezpieczeństwo – ale nie to, którego kiedyś pragnęłam, którego mi brakowało, to bezpieczeństwo, które pozwoliłam sobie zauważyć, nie roić w głowie tysiąca powodów, dla których nie czuję się przy tobie bezpiecznie, lecz dostrzec kilka, które stanowią podstawę mojego przy tobie bezpieczeństwa

– miłość do mnie samej – bo zrozumiałam, że aby kochać ciebie, aby dać się pokochać tobie, muszę najpierw spojrzeć na siebie z miłością. Muszę zrozumieć, ile jestem warta, jak wiele znaczę i jak ważna jestem. Dziękuję, że poczekałeś, że rozumiałeś.

– uśmiech, który wywołujesz. Chyba nikt nie potrafi tak mnie rozśmieszyć, by za chwilę wkurzyć do granic możliwości i odwrotnie – wkurzyć i chwilę później rozśmieszyć. Lubię na ciebie patrzeć, lubię, gdy wracasz, gdy już jesteś blisko, dobrze mi wtedy…

– pokora – bo nic nie jest proste, nic nie przychodzi nam łatwo i można się na to obrazić, można olać, powiedzieć: „a w dupie z tym” i się poddać. Ale można też walczyć, pracować, ciężko doświadczać, ulegać i… przyznawać się do błędu. Przy kim innym bym to zrozumiała, komu starczyłoby cierpliwości i siły, gdyby nie kochał?

– dystans –  do siebie, do ciebie, do świata. Bo już wiem, że nic nie jest nam dane na zawsze i niczego nie mogę być w 100% pewna. Bo znam dzięki tobie też swoje słabe strony, znam też i twoje i wiem, na co nas stać i że pewnych rzeczy w sobie nie zmienimy, możemy jedynie trochę nad nimi zapanować, co nie zawsze się udaje.

– wolność – o takiej miłości nie powinno się mówić, że jest na zawsze. Bo być być może nie jest. Być może my nie jesteśmy dla siebie na zawsze. Nie, żebym o tym teraz myślała, ale już nie truchleję na myśl, że może ciebie obok nie być. Jestem silna, wiem, ile warta, dlatego nie będę cię nigdy trzymać kurczowo za rękę. Jeśli będziesz chciał odejść, puszczę cię, żebyś mógł znaleźć zgubione szczęście. Bo ta miłość to też wolność, jaką sobie nawzajem dajemy, jaką mamy.

Podchodzisz poprawić mi koc… Nadal udaję, że czytam książkę. Uśmiechasz się widząc, jak szklą mi się oczy. „Głuptasie”, mówisz. Nic nie muszę mówić. Siadasz obok, przytulasz mnie, by za chwilę znowu pójść coś zrobić, sprawdzić. W twoim geście, śmiesznym słowie jest wszystko, czego teraz potrzebuję, jest miłość, która pozwala być nam razem. Dziękuję.


Zdradziłam. Dzisiaj pytam siebie, jak wyglądałoby moje życie, gdyby nie ten romans? Gdzie teraz bym była?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
18 października 2016
Fot. iStock
Fot. iStock
 

Dla tych wszystkich, którzy się zarzekają, że zdrady nie można wybaczyć, że nie można żyć razem po zdradzie – powiem wam – można. Ale nie jest to łatwe, zwłaszcza, gdy to ty zdradziłaś.

To była klasyka. Miałam 35 lat, poczułam się znowu jak kobieta, a nie jak matka, służąca i kucharka, bo dzieci już większe, bo czasu więcej dla siebie. Wyszłam z przyjaciółkami na babską imprezę, urodziny jednej z nich. A on był taki przystojny. Dzisiaj myślę, że uwiódł mnie już pierwszym spojrzeniem. Zatańczyliśmy, usiedliśmy chwilę przy barze, a później, gdy koleżanki zaczęły się rozchodzić, zaproponował, żebyśmy jeszcze się razem pobawili, a on mnie odstawi do domu bezpiecznie. To nie było tak, że nie czułam niepokoju. Czułam i ten paradoksalnie kazał mi zostać. Głos jakiś powtarzał: „No przestań, czego się boisz. Nic się nie wydarzy, jesteś na to za mądra”. I nic się nie wydarzyło. Poza długą rozmową, wymianą numerów telefonów, kiedy myślałam, że przecież on i tak się nie odezwie.

Rano, na drugo dzień, wstałam jak na skrzydłach. Naładowana energią. Nawet nos na kwintę mojego męża mi nie przeszkadzał. W końcu nie pierwszy raz wstaje zły na cały świat. Trudno. Usmażyłam naleśniki na śniadanie, zrobiłam kakao wiedząc, że ćwierkam jak nastolatka. Ale nie byłam w stanie nad tym zapanować, nikt też nie pytał o powód mojego dobrego humoru.

Wysłał SMS-a po weekendzie. Poniedziałek, po 14-tej. „Dziękuję za przemiły wieczór. Fajnie by było to jeszcze kiedyś powtórzyć”. Myślisz sobie: „What’s the fuck”. Eee no było miło, ale że co? No ja męża przecież mam. I myślisz, jak odpisać, żeby nie urazić, żeby nie przerwać tego miłego flirtu, ale też nie pójść za daleko. Dłonie mi się spociły. Odliczałam – 17 minut, po  takim czasie mogłam mu odpisać nie wychodząc na jakąś wariatkę, która rzuca się na telefon po jego SMS-ie. „Też dziękuję. Może kiedyś”. Nie, a może lepiej: „Też dziękuję. Czemu nie?”. Ostatecznie poszło: „Też dziękuję. Może kiedyś będzie okazja”. No i okazja się trafiła, okazała się słowem kluczem. Bo po kliku dniowej wymianie SMS-ów, w stylu „co robisz”, „co słychać”, „jak mija ci dzień”, „wyspana?”, okazało się, że dostał awans i zaprasza na kolację.

To nie jest tak, że rzucasz wszystko i lecisz. Ale przychodzi ten jeden moment, taka bardzo maleńka chwila, kiedy myślisz: „Uciekaj, daj sobie spokój, masz męża, dzieci”, ale udajesz, że nie słyszysz. Wolisz sobie wmówić, że to tylko kolacja, że do niczego przecież nie dojdzie jednocześnie marząc o tym, żeby jednak doszło. Jesteś sztywna, spięta, ale on tak prowadzi rozmowę, że rozluźniasz się. Przestajesz myśleć o dzieciach, wyrzuty sumienia gdzieś uciekają, choć trzy razy wsiadałaś z powrotem do auta, nim weszłaś do restauracji. „Służbowa kolacja, mamy nowego klienta” – powiedziałam w domu.

A później miałam wyjazdy służbowe, potrzebowałam weekendu, żeby odpocząć od dzieci, nagle miałam się spotkać gdzieś w Polsce z dawno nie widzianą przyjaciółką, jeszcze ze szkoły średniej. W końcu ktoś we mnie zobaczył kobietę, nieobarczoną dwoma ciążami, porodami, niewycierającą nosa dzieciom i nieklepiącą kotletów na niedzielny obiad. Czułam się seksownie, kobieco, wiem, że byłam pożądana. To, jak na mnie patrzył, nie musiał nic mówić. Lubiłam się dla niego ubierać, kupować bieliznę, staranniej niż zazwyczaj układać włosy, robić makijaż.

Czy miałam wyrzuty? Nie chciałam wtedy o nich myśleć. Myślałam, że wszyscy są winni tylko nie ja, że tak się stało. Najbardziej winny był mój mąż, który przestał mnie adorować, przestał już dawno patrzeć na mnie w TAKI sposób. Stał się taki codzienny, powszedni, jak nabyta rzecz, stała każdego dnia. Dzieci? Tłumaczyłam sobie, że dzięki temu romansowi jestem lepsza dla dzieci. Mam więcej cierpliwości, jestem szczęśliwsza, częściej się uśmiecham, mam ochotę pobawić się z nimi, poczytać książkę wieczorem, wyjść z nimi na basen. Jakby ten jeden świat podłączał mi akumulator do funkcjonowania w drugim.

Moja mama spytała, co się dzieje. „O co ci chodzi?”, spytałam lekko, choć ścisnęło mnie w żołądku. „Jesteś jakaś inna”. Zaatakowałam ją, że jak chodzę smutna to źle, jak szczęśliwa też źle. Że nikomu nie można dogodzić, a ja po prostu w końcu zadbałam o siebie. „Rozejrzyj się, ile tracisz” – powiedziała i wyszła niosąc na tacy ciasto i kawę – wpadliśmy do niej na niedzielny obiad i podwieczorek.

To wtedy moja wieża z kości słoniowej zaczęła trochę się kruszyć. „Dzisiaj nie mogę” – napisałam do niego. Nie wyszłam. Zostałam w domu. „Miałaś iść do kina” – powiedział mąż. „Chcę z wami posiedzieć”. Rozglądałam się. Mam dwójkę dzieci – fajnych, mądrych, coraz bardziej samodzielnych. Mąż grał z nimi w planszówkę, pomyślałam, jak dawno wspólnie nie graliśmy i nagle ogarnął mnie ogromny żal. To jego spytali, co będzie na kolację, jakby mnie nie było… „Co się stało”, spytała córka, a łzy nie chciały przestać mi płynąć. Mogłam tylko wydukać, że ich kocham. To była trudna noc. Noc sam na sam ze sobą robiącą rachunek sumienia. Nad ranem obudziłam męża. Choć on chyba nie spał. „Kochasz mnie jeszcze?”, spytałam. Teraz on płakał. Nie zasłużyłam na te łzy i na jego miłość. Przez pół roku byłam daleko, bardzo daleko. Teraz dopiero to zobaczyłam.

Podobno do zdrady nigdy nie powinniśmy się przyznawać. Powiedziałam mu wszystko od początku. „Kocham cię, przepraszam, zrozumiem, jeśli teraz spakujesz się i wyjdziesz”. Nie wyszedł. Przeniósł się na kanapę. To było upokorzenie, które musiałam przełknąć. Nie odzywał się. Ale też nie wyprowadził się. Nie naciskałam. „Spotykasz się z nim jeszcze?” – spytał w końcu. „Nie. Skończyłam to, zmieniłam numer telefonu” – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. „Możesz sprawdzać mi telefon” – dodałam. To on wyznaczał zasady, wiedziałam, że jeśli nie chcę go stracić, muszę sprawić, by znowu mi uwierzył. To nie było łatwe. Wstyd, strach, obrzydzenie – wszystko się w tobie miesza. Bo nagle rozumiesz, że to, co było dla ciebie najważniejsze możesz stracić. Głupia? Że teraz dopiero to zobaczyłam… Nie mam nic na swoją obronę… Absolutnie nic.

Zaproponował terapię. To wtedy usłyszałam, że przez kilka lat byłam skupiona tylko na dzieciach, jego właściwie nie było. Każdą propozycję spędzenia wspólnie czasu zbywałam wymówkami – dziećmi, zmęczeniem, jego fanaberią. Miałam wrażenie, że stoję przed sądem, gdzie jestem oceniana za wszystkie krzywdy, gdzie nagle ktoś po latach rozlicza mnie z tego, jaka byłam… A później – później byłam tylko ja. Ja wracam do pracy. Ja staram się o awans. Ja muszę zadbać o siebie. Ja musze iść na siłownię, wyjechać z przyjaciółkami. Znowu nie było jego w moim życiu. Słuchałam tego, co mówił i chciałam uciec. Uciec i nie wracać, nie mierzyć się z tymi zarzutami. Dlaczego? Bo miał ku*wa rację. Naprawdę. Tu już nie było miejsca na korygowanie się na przerzucanie winą. Tak, ja też mówiłam, że za mało się starał, że tak szybko ze mnie zrezygnował, że nie złapał mocniej za rękę, gdy widział, że się oddalam. „Pozwoliłabyś mi się zatrzymać?” – spytał… Nie pozwoliłabym.

Rok wspólnej terapii. Nie padliśmy sobie w ramiona. „Spróbujmy. Ale tylko ten jeden raz” – powiedział mi wtedy. Znowu zaczęłam w nim dostrzegać faceta, w którym się zakochałam, który mnie rozśmieszał, zabrał do kina i sam załatwił opiekę nad dziećmi, kupił bilety na mój wymarzony na koncert. A ja? Zmieniłam pracę. Mniej stresu, ta sama kasa, i więcej czasu dla rodziny, dla nas.

Oboje stanęliśmy na głowie. Zmierzyliśmy się z naszymi słabościami, z naszymi ułomnościami i nagromadzonymi przez lata pretensjami. I wiecie? Wyszliśmy z tej bitwy zwycięsko. Mam przy sobie kochającego mnie faceta, ojca moich dzieci, który dba o siebie, wygląda świetnie. Który zabiera mnie na romantyczny weekend. Jestem najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. Kocham i jestem kochana. Czasami wracam do tego, co było… Już tak nie boli. Patrzę na to jak na lekcję. Kiedyś, pod koniec terapii spytałam, gdzie byśmy byli, gdyby to się nie zdarzyło… Na pewno nie w tym miejscu, w którym jesteśmy dzisiaj. Nie zawalczylibyśmy o siebie.

A on? Dobijał się jakiś czas, przyjechał do mojej pracy. Ale to był mądry facet. Wycofał się, zrozumiał. Za to mu dziękuję dzisiaj. Za to, że wtedy pokazał mi, że warto walczyć o siebie, a w efekcie o to co dla mnie w życiu najważniejsze. Paradoks? Tak. Ale takie rzeczy się dzieją. Siedzę pod kocem. Pali się lampka nocna. Cały dom już śpi. A ja myślę, jakie mam szczęście… I łzy mi płynął z wdzięczności…


„Kochany, chciałabym ci powiedzieć, że kiedyś odejdę…”

Z życia kobiety
Z życia kobiety
10 sierpnia 2016
Fot. iStock/AntonioGuillem
Fot. iStock/AntonioGuillem

Kochany,

chciałabym ci powiedzieć, że kiedyś odejdę. Dzisiaj to wiem. Właściwie jestem tego pewna. Tak daleko jesteśmy od siebie. Czytam o tych wszystkich burzliwych rozwodach, o zdradach, o kłótniach, o walkach o dzieci, o majątek i o samotności w związku, i myślę o naszym osamotnieniu.

Nasz rozwód będzie spokojny. Moje odejście bez trzaskania drzwiami, ze spakowaną od dawna walizką. Odejście do naszego życia, do tego, w którym będę żyć tak, jak chcę. Nim przestanę cię lubić, nim zacznę cię nienawidzić.

Wiem, że będziesz cierpiał, bo na swój sposób mnie kochasz. Bo jestem stałą, choć niepewną w twoim życiu. Czujesz to gdzieś podskórnie. Gdy mówię: „nie słuchasz mnie”, „rozmawialiśmy już o tym”, atakujesz, bo ja też nie jestem uważna. A może nie chcesz czuć się winny tego, co między nami się dzieje.

Dobrze mi było przy tobie. Jesteś cudownym ojcem dla naszej córki, fajnym kumplem na wakacjach, świetnym gościem na imprezach. Ale kiedy zamykamy się w czterech ścianach naszej codzienności nie ma nas. Spotykamy się przy porannej kawie. W weekend przy śniadaniach i obiedzie. Wieczorami, siedząc na kanapie, ja czytając książkę, ty szukając czegoś w Internecie nie jesteśmy w ogóle razem.

Nasz związek to taka prosta, bez fajerwerków. Tak, wiem – nie o fajerwerki tu chodzi. Tyle razy pytałeś: „Co mam zrobić?”, a ja tyle razy ci powtarzałam: „Zadbaj o siebie, zaskocz mnie, zainspiruj”. A dzisiaj? Nawet nie mogę stawać się lepsza przy tobie, dla ciebie, bo już bardziej się nie da. Bo wtedy zostawię cię daleko za sobą. Ty już nie nadążysz. A ja nie chcę na to patrzeć…

Tak, zmieniamy się. Mamy różne priorytety, różnie widzimy naszą przyszłość. Ktoś powiedział: „Daj spokój, o co ci chodzi, czego jeszcze chcesz?”. A ja chcę od życia więcej i bardziej, a tobie jest wygodnie tu i teraz i nigdzie nie chcesz się iść. Jeszcze jakiś czas temu buntowałam się przeciwko twojej stagnacji, przeciwko twojemu zamknięciu, przeciwko twojej potrzebie rutyny, zwykłej codzienności. Wychodzenia do pracy, ubierania tych samych dresów po, oglądania stale tych samych seriali i ulubionych filmów do znudzenia.

Nie chcę, żeby było zwykle. Nie zależy mi na nowym samochodzie, mam w nosie nowy stół do kuchni. To, co mamy, wystarczy. Ja jestem głodna wrażeń, jestem pełna ciekawości świata i ludzi, dziecięcej naiwności, że jeszcze tyle przede mną, choć tyle za nami…

Kochany, tak bardzo chciałam, żebyś zrozumiał, że szczęścia nie daje mi spokój, przewidywalność, że nie umiem zakotwiczyć i zadowolić się tym, co jest. Tak bardzo chciałam, żebyś poszedł ze mną, żebyś złapał mnie za rękę rozumiejąc i akceptując, żebyś nie trzymał mnie kurczowo za koszulkę nie pozwalając sięgać po to, o czym marzę.

Wiesz, to takie etapy. Mówiłam ci kiedyś o nich. Kiedy wydaje ci się, że jesteś panem świata i tak wiele przed tobą. A to wiele z czasem sprowadza się do tej miłości i do miłości dziecka, które w twoim życiu się pojawia. To wtedy zamykasz się na siebie, to, co w tobie – zagrzebujesz głęboko, bo stajesz się odpowiedzialna za kogoś innego, bo tej bezradnej istoty potrzeby są najważniejsze. Jej bezpieczeństwo, wyznaczone granice, rutyna. Zapominasz o sobie na jakiś czas. To normalne, ja zapomniałam.

Nasza córka za chwilę skończy 12 lat. Razem z jej dorastaniem we mnie budzi się na nowo to, o czym przez jakiś czas nie pamiętałam, co odłożyłam wysoko na półkę, żeby móc kiedyś do tego sięgnąć. Uwierz – nie wiedziałam, że tak się stanie. Nie wiedziałam, kim będę, ale kiedy siadam pochylona nad kartką papieru próbując zebrać myśli, wszystko układa mi się w jedną całość.

Oszukaliśmy siebie nawzajem. Ja ciebie, że wystarczy mi stabilność i poczucie kontroli tego, co dzieje się w naszym życiu. Ty mnie okłamałeś, że kochasz zmiany, wyzwania, ryzyko, że też chcesz iść do przodu. „Będę zdobywać szczyty” – pamiętasz, jak powiedziałeś to mojemu tacie, kiedy spytał, zapewne martwiąc się o córkę, co chcesz robić w życiu?

Gdzie dzisiaj jest twój szczyt? Zdobyłeś już wszystkie? Masz pracę, dom, dziecko, fajny samochód, kilku kolegów, od czasu do czasu wyjedziesz gdzieś, choć specjalnie tego nie planujesz, bo przecież masz mnie. Ty tylko mówisz: „A może…”. I to „może” dziś jest twoim szczytem, a moim rozczarowaniem.

A ja swoich wszystkich szczytów jeszcze nie zdobyłam. Za każdym kolejnym pojawia się następny, jeszcze atrakcyjniejszy, jeszcze lepszy, jeszcze piękniejszy. I chcę tam iść, nie chcę podziwiać go tutaj z doliny, przez szybę – nie chcę tak patrzeć na swoje życie. Na okazje niewykorzystane, na stracone szanse. Stracone, bo ty nie chciałeś, bo tobie nie starczyło sił, bo tego nie rozumiałeś. A ja chciałam, żebyśmy zawsze szli razem, ramię w ramię, jak kiedyś, jak dawno temu… Nie chcesz podróżować, nie podejmujesz wyzwań, nie chcesz ryzykować, nie korzystasz z szansy, która jest na wyciągnięcie ręki. Chcesz, by było wygodnie. Bez wysiłku. A ja coraz bardziej się w tym duszę…

Tak, wiem, że usłyszę, że to egoizm, że jak mogę myśleć o sobie, jak mogę skupiać się tylko na własnych potrzebach… Ale ja cały czas, kochany, byłam dla ciebie, starałam się podążać drogą przez ciebie wytyczoną. Aż zobaczyłam, że mnie nie ma…, że jeśli ja o sobie nie pomyślę, to ty na pewno tego nie zrobisz.

Dawniej krzyczałam. Prosiłam. Płakałam. „Zróbmy coś. Hej, pamiętasz, jak marzyliśmy, jak planowaliśmy, co robiliśmy?”. Pamiętałeś. Zanotowałeś to skrzętnie i te wspomnienia tobie wystarczają, nie potrzebujesz nowych.

Kochany, ale ja ich potrzebuję. Nadal. Patrzę na ciebie i wiem, że za mną nie pójdziesz, że nie podasz mi ręki… A ja już nie chcę czekać. Odejdę.

Jeszcze chwilę, może odetchniesz z ulgą, że już nikt nic nie będzie wymagał od ciebie, że usiądziesz sobie spokojnie jednego wieczoru, i drugiego i setnego. Bo tak ci jest dobrze, bo tak rozumiesz szczęście. W końcu to zrozumiałam, zaakceptowałam. Ale nie chcę by stało się to w moim udziałem. Dziś to wiem.

Dlatego odejdę. Zrobię te wszystkie rzeczy, o których kiedyś rozmawialiśmy, a których dziś nie chcesz spróbować. Wykąpie się w oceanie, wdrapię się na jeden z ukochanych szczytów, zamieszkam tam, gdzie będę czuć się szczęśliwa, gdzie zapuszczę w końcu korzenie. I będę jedno po drugim realizować swoje marzenia. I tak mi źle, że nie chcesz tego zrobić ze mną… Ale już dłużej nie mogę czekać, nie mogę liczyć na to, że coś się zmieni. Tyle razy próbowaliśmy… Nie udało się.


https://pharmacy24.com.ua

также читайте danabol-in.com

защита двигателя шкода