„O właśnie, bo faceci chcą, żeby im było wygodnie, dlatego się żenią”. Kurczę, coś w tym jest…

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
7 sierpnia 2017
Fot. iStock/teksomolika
 

Świat oszalał, nie uważacie? Stoję dzisiaj w warzywniaku, kolejka jak po zbóju, więc z ciekawością przyglądam się ludziom. Spoglądam na bób z nieukrywaną i głośno przełykaną ślinką. I nagle słyszę. „Karol, no chodź, no zobacz, jaka kolejka, no gdzie ty jesteś”. Za mną staje blondynka ze słusznym biustem ledwo zamkniętym w obcisłej sukience. Za nią pojawia się Karol. W sumie jej wzrostu, ale jakiś taki drobniejszy i mniejszy od niej. Kiedy próbuje coś powiedzieć, ona już rozdaje mu zadania: „Weź, podejdź, zobacz te ziemniaki, jak one wyglądają? Aha i te pomidory, twarde są? Proszę pani czy mąż może posmakować winogrona, czy słodkie. Tak, dziękuję. Karol, posmakuj, proszę”.

Stoję lekko wryta w podłogę, bojąc się, że zaraz częścią biustu zostanę potrącona, jak się w kolejce nie przesunę. Karol ziemniaki sprawdził, pomidory pomacał i kiwnął głową, że winogrona okej, przynajmniej tak to wyglądało. Jako, że cenię warzywniak za szybką obsługę, bo zawsze co najmniej dwie panie uwijają się między pietruszkami, śliwkami a ziemniakami, wypadło, że byłam świadkiem dalszych zakupów Karola i jego małżonki (oczywiście, że zerknęłam, czy na palcu ma obrączkę).

„Trzy kilo ziemniaków. Karol weź proszę, wybierz. Kilogram pomidorów – Karol” i Karol już z siateczką jędrnych pomidorów wyciąga rękę do pani ekspedientki. „Winogrona, a śliwki bez robaków?”. Nikt nie zauważył, że ja – z „moją” panią, u której kupowałam – zamarłyśmy obserwując całe zdarzenie. Karol nie mówiąc ani słowa podawał wszystko, czego biuściasta blondynka sobie zażyczyła, a na końcu powiedziała „dziękuję” i wyszła… Karol zapłacił, wziął wszystkie zakupy, uśmiechnął się dziękując i życząc miłego dnia, i poleciał do samochodu, pod którym żona na niego czekała.

Długo nie mogłyśmy wyjść w szoku. „Świat oszalał” – powiedziałam na rozładowanie atmosfery, a wtedy usłyszałam, że one – panie ze sklepu, są częstymi świadkami takich zdarzeń.

To panowie nie mają nic do powiedzenia, panie wchodzą z gotową listą w głowie, oni biegają, podają, niosą za nimi zakupy. No i fajnie, że noszą, że są pomocni, ale w całej widzianej przeze mnie sytuacji nie było nic z męskiego rycerstwa. Było to raczej żenujące przedstawienie, którego stałam się mimowolnym świadkiem.

Opowiadam sytuację koleżance, która mówi: „A co się dziwisz. Faceci, jak już się żenią, oddają wszystko w ręce kobiety. Od czego tylko mogą umywają ręce, a ty się dziwisz, że później taka biuściasta blondynka traktuje go z góry, sam jest sobie winien”. Kurde, a mi to go trochę jednak żal było, ale patrząc trzeźwym okiem – fakt, a może jemu tak wygodnie.

„O właśnie, bo faceci chcą, żeby im było wygodnie, dlatego się żenią” – podłapała znajoma. Rozłożyłyśmy temat na części pierwsze:

Żenią się i nie muszą prać, sprzątać

Fakt, dopóki żyją w kawalerskim stanie, trochę się muszą nagimnastykować, żeby czyste gacie i skarpetki mieć i kubek do kawy umyty. A my, kobiety, zwłaszcza w pierwszej fazie związku, chcemy takiemu facetowi nieba przychylić, chcemy by poczuł, że w jego życiu nasza obecność jest niezbędna, że życie z nami jest lepsze, czystsze, bardziej poukładane. Więc jak te durne – robimy pranie, sprzątamy, na początku nawet nie przeszkadza nam nieopuszczona deska w kiblu. Oczywiście, że wszystko zmienia się z czasem, gdy dostajemy wku*wu od ciągłego usługiwania, a on, zdziwiony nagle, nie wie, o co nam chodzi. Wyjścia są dwa – albo związek wejdzie na wyższy poziom i w końcu zacznie być partnerskim, kiedy ona porzuci plany bycia służącą i sprzątaczką i zrozumie, że miłość nie na tym polega, podobnie jak on. Wyjście drugie – on się obrazi i poszuka takiej, co to dalej sprzątać mu będzie. A jak ta strzeli focha, zmieni na kolejną.

Żenią się i zawsze ciepłą zupę pod nosem mają

Pamiętacie swój pierwszy obiad dla niego ugotowany? Z dwóch dań, z deserem i pewnie jeszcze seksem na dokładkę. A on, jeśli dojrzał do tego, by od mamy się wyprowadzić wygłodzony na hamburgerach, jajecznicach i parówkach na zimno. Jak mu się taki kulinarny skarb trafia… W końcu przez żołądek do serca – nie bez powodu już babcie nam do głowy wpajają. Więc jemu jest wygodnie – pyszne jedzenie pod nos, lodówka pełna, kanapki do pracy zrobione, czasami nawet jakaś sałateczka. Może wykazać się po czasie refleksem i zorientować się, że on też przyjemność żonie zrobić może gotowaniem. O jeny i wtedy to nam robi dobrze… Ale znam też takich, którzy na hasło: „Słuchaj, tu jest chleb, tam lodówka, jak będziesz głodny, to zrób coś sobie” mówią: „Ale ja nie umiem”, bo zawsze im żona wszystko robi… Ot i wygoda.

Żeni się i zrzuca odpowiedzialność finansową

Nie, żeby zarabiał mniej albo wcale. Chodzi o to, że nie interesują go za bardzo rachunki, kredyty i inne tego typu codzienne plugastwa. On ma od tego żonę, która stanie na głowie, a rachunki popłaci, o ubezpieczeniu auta pamięta, wie, gdzie zadzwonić, jak sąsiad z góry was zaleje. Słowem, ona wie wszystko, a on daje jej tyle pieniędzy, ile potrzeba do spokojnego funkcjonowania i braku potrzeby wysłuchiwania, że mógłby zarabiać więcej. A że on coś tam sobie na koncie zostawia, to cicho-sza. Dopóki ona nic nie wie, awantury nie będzie. W końcu jak często żony dowiadują się, ile kasy na koncie tak naprawdę ma ich mąż?

Żeni się i ma kogoś, kto wszystko załatwi

Zrobi zakupy, a jak nie, to chociaż listę przygotuje tego, co w domu potrzebne. Dzieci pozapisuje na zajęcia, plan lekcji ma wykuty na pamięć, daty urodzin i imienin wszystkich, o których powinno się pamiętać też zna i wyrecytuje obudzona w środku nocy. To taki mobilny dysk, którego nawet nie trzeba nosić w kieszeni i ustawiać przypominajki, bo ona sam przypomni, co dzisiaj trzeba zrobić, kogo skąd odebrać i gdzie zadzwonić z życzeniami. Nawet do fryzjera umówi i koszulę bez przymierzania dobrą kupi.

I wiecie, to wszystko my robimy – my durne baby, które nieba chcą przychylić swojemu misiowi-pysiowi. A ten później patrzy na nas wilkiem, kiedy niczym czołg wjeżdżamy na jego pole wygody niszcząc wszystko, do czego my same go przyzwyczaiłyśmy! Że pieska wyprowadzimy, zupkę ugotujemy, dziećmi się zajmiemy i wakacje zorganizujemy. I jak to? Nagle z tym koniec, nagle szlaban na wygodne życie, w końcu on o to nie prosił, samo przyszło. Więc czemu jest nagle wszystkiemu winien…

Eh. Życie to jednak przewrotne jest.


„Te baby to wstydu nie mają. Takie grube i się zdjęciami jeszcze z wakacji chwalą. Chyba lustra im w domu brak”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
17 sierpnia 2017
Fot. iStock/Eloi_Omella
 

„Patrz, jaka gruba”, „Te baby to wstydu nie mają”, „Jakbym tak wyglądała, to bym z domu nie wychodziła”, „I jeszcze wpie*dala te gofry z bitą śmietaną, fuj”.

Wakacje to idealny czas na obserwację naszego cudownego społeczeństwa, gdzie większość sobie nawzajem wilkiem, a gdyby tak jeszcze mogło dodatkową szpilkę wkłuć, byłoby wręcz fantastycznie. I od razu uprzedzam – generalizuję, ale szczerze mówiąc ręce i cycki mi opadają, jak słyszę tego rodzaju komentarze. Leżą dwie takie na plaży, z du*ami najczęściej gołymi, bo nie wiedzieć czemu sobie majtki wkładają do tyłka – jakby sobie stroju ze stringami kupić nie mogły. I komentują – a ta gruba, a ta ma cellulit, a ta blada jak świnia, po co na plażę w ogóle chodzi. Tamta strój ma jakiś dziwny, a jeszcze inna mogłaby się zakryć, bo cielskiem tylko straszy.

Trudno własnym uszom uwierzyć! Bo ja się pytam: w czym kobiety innym kobietom przeszkadzają? Że otyłością? Rozmiarem 44 czy 46, a pal sześć jak nawet 50 noszą? A może żal im te odkryte tyłki ściska, że one wiecznie na diecie, na gofry tylko patrzą przełykając głośno ślinkę i tłumaczą sobie, że to niedobre, fuj i w cycki na pewno nie idzie.

A jak już któraś w rozmiarze XL bądź XXL na horyzoncie się pokaże to hejtuj dusza, piekła nie ma. No nijak tego nie jestem w stanie zrozumieć. Moja mama zawsze powtarzała, że chude to wredne, a grube zawsze wesołe. I pewnie dużo w tym prawdy (znam mnóstwo wyjątków wśród tych chudych!), choć można to uznać za stereotyp, jednak coś w tym jest. W końcu czy znacie taką sytuację, kiedy to szczupła dziewczyna wrzuca swoje zdjęcie w stroju kąpielowym, a kobiety w rozmiarze XXL zaczynają ją hejtować? Pisać, że jak ona może tak się pokazywać, jak wygląda, że wstydu nie ma taka roznegliżowana. Pomijając wpadkę Magdy Gessler z Anja Rubik nie przypominam sobie takich akcji.

Ale niech tylko ta wychodząca poza wagową średnią odważy się pokazać na plaży? O kochane, przyznajmy same – docinkom, wrednym komentarzom i dołującym opiniom nie ma końca! A co najgorsze, jeszcze nikt tego w twarz nie powie, tylko gada za plecami: „Ty widziałaś, jak ta się roztyła? No przecież zdjęcie na Fejsie ma”, „Ta Anka to lustra w domu chyba nie ma, może ktoś jej powie, żeby publicznie się nie pokazywała”. Kto odważniejszy to anonimowo skomentuje to, co widzi, a co nie wiedzieć czemu tak bardzo go drażni.

Bo mnie osobiście to wku*wia. Komentowanie tego, kto jak wygląda. I to w dwie strony. Mam koleżankę, która do szczupłych nie należy, a która zawsze musi rzucić po imprezie: „Widziałaś, a ta znowu na diecie, nic nie je, sztywniara, jak można być całe życie na diecie”. Nożesz to jej sprawa przecież. Skoro żal ci, że ona na diecie i szczuplejsza, sama też idź, nikt cię palcem wytykać nie będzie.

I odwrotnie. Jak jakaś utyta przyjdzie, to już komentarze za plecami idą: że „jak mogła do tego dopuścić”, „a widziałaś, ile ona zjadła?”.

A weźmy się raz na zawsze opierdzielmy od innych i dla odmiany przyjrzyjmy się sobie. Która ma odwagę stanąć nago przed lustrem i spojrzeć na siebie bezkrytycznie? Wiecie, ja zawsze podziwiam te dziewczyny w krótkich szortach, w obcisłych spodniach i bluzkach, które bez kompleksów pokazują swoje fałdki, czasami też fałdy. Podziwiam je za odwagę, za akceptację własnego ciała. Uważam to za ogromną dojrzałość – takie branie siebie jaką jestem. I nie przejmowanie się tym, co inni gadać będą. Bo co to zmieni? Kompletnie nic – nam ulży, że nabruździliśmy jakieś nieznajomej kobiecie za plecami sami poprawiając sobie humor, a ona? Ma to w dupie i nie od naszego gadania ten tyłek ma większy od tego, do którego przyzwyczajają nas media. A raczej ten tyłek, to jej budowa, może problem z hormonami, może chora. A może po prostu lubi jeść. I dopóki jest zdrowa – smacznego!

To nie moja sprawa. Ani twoja, ani nikogo innego, jaki rozmiar kto nosi i w jakiej majtki się wciska. Chyba, że tak jak paniom z rzeczonej plaży tyłek ściska, że one nad swoją sylwetką pracują cały rok, żeby latem na plaży się pokazać i nadal leżą same, a ta z cyckami, tyłkiem i cellulitem na udach fajnego ma męża, co to z dziećmi buduje zamek z piasku.


Tak, to ja, silna i nieustraszona! Jasne, co jeszcze będę próbowała sobie wmówić?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
3 sierpnia 2017
Fot. iStock/domoyega

Jedna zapisała się na maraton, druga ma zamiar schudną z 20 kilogramów, trzecia zastanawia się, jak nauczyć się chińskiego w pół roku, bo marzą się jej wakacje w Chinach, tym samym ma zamiar przyjąć wszystkie możliwe fuchy, które jej wpadną, kosztem czasu dla dzieci, rodziny i siebie. Jest jeszcze czwarta, która wstaje o piątej rano, żeby przed pracą zrobić śniadanie mężowi i trójce dzieci, przygotować obiad i ogarnąć dom, a potem lecieć do pracy i być w 120% wydają i efektywną. Wymieniać dalej? Jest taka, co nie usiądzie na tyłku, nie poleni się na kanapie, tylko lata na ścierce, myje okna co tydzień, podłogę dwa razy dziennie, a brudnego kubka w zlewie u niej nie uraczysz. I ta, co cały dzień poświęca dzieciom, rysuje, maluje, czyta, idzie na rower, na spacer, a wieczorem spędza trzy godziny na praniu, prasowaniu i składaniu tego wszystkiego do kupy.

Nie wyliczam dalej, bo już sama się zmęczyłam. Patrzę na te silne i nieustraszone kobiety i zastanawiam się, kiedy wszystko pierdolnie, bo prędzej czy później tak się stanie. Bo to zawsze się tak kończy – załamaniem nerwowym, chorobą, bo ciało daje już wyraźny sygnał, że nie nadąża, depresją.

Mam ochotę czasami zawyć na cały głos: KOBIETY, OPANUJCIE SIĘ! Przecież nikt od was nie wymaga, żebyście wiecznie były na stand by’u, nikt nie ocenia was przez pryzmat brudnych okien, ilości wyprasowanych gaci, czy czasu spędzonego z dziećmi. Uciekam ostatnio od takich kobiet, bo zwyczajnie nie znajduję komfortu funkcjonowania wśród nich. Tego wiecznego pędu, bardzo często nieuświadomionego prześcigania się – która jest lepszą matką, żoną, koleżanką i kochanką.

Drogie moje, wy nic nie musicie! Naprawdę! Nie musicie być jakieś, nie musicie być lepsze niż wam się wydaje, bo nikt, kompletnie nikt poza wami, tego od was nie oczekuje! Poważnie!

Powiedzcie tak szczerze, kiedy ostatnio którakolwiek z was, tych zaganianych, siadła sama ze sobą na godzinę, samiuteńka, w ciszy zupełnej i zmierzyła się ze swoimi myślami. Tymi czarnymi myślami na swój temat:

„O matko, znowu siedzę zamiast coś robić, czas ucieka mi przez palce”.

„Ja siedzę, a jeszcze muszę pranie, sprzątanie i lodówkę wyczyścić”.

„Siedzę sama, a dzieci? Dzieci na pewno zapamiętają, że się nimi przez godzinę nie zajęłam! Jestem złą matką”.

„Wykorzystaj ten czas efektywnie, a nie siedzisz i myślisz, po co ci to, jesteś leniwa, matka miała rację!”.

Czego się boisz? Że ktoś zobaczy ciebie twoimi oczami, że zobaczy to wszystko, co ty sama o sobie myślisz? Że jesteś nie dość dobra, że bywasz złą matką, bo miewasz dość swoich dzieci? Że twój związek wcale nie jest taki szczęśliwy, jakim próbujesz go przedstawić? Że otaczają cię ludzie, którzy są toksyczni i tylko karmią się twoją energią, wykorzystują cię, a ty masz tego serdecznie dosyć? Czego się boisz? Od czego uciekasz? Co próbujesz przykryć pod warstwą wszystkich narzucanych sobie zadań i obowiązków?

Jeszcze jedno ciasto, jeszcze jedna impreza dla znajomych, jeszcze jeden telefon do matki, jeszcze jeden uśmiech do męża. Naprawdę tego właśnie chcesz? Chcesz zakładać maskę silnej i nieustraszonej? Dlaczego boisz się pokazać, ile jest w tobie lęku, niepokoju, ile wątpliwości i kompleksów?

Dlaczego tak bardzo trudno jest ci zaakceptować siebie taką, jaką jesteś? Rodzice ci całe życie mówili, że musisz być najlepsza, a ty nie chciałaś ich zawieźć? A może całe życie słyszałaś, że inni są od ciebie zdolniejsi, ładniejsi, że ty jesteś okej, ale ktoś inny jest bardziej? A może nie chcesz być jak twoja matka, a ze zgrozą odkrywasz, że właśnie taka jesteś? Bo nie chciałaś nigdy stworzyć takiego związku, jak ten twoich rodziców, a tymczasem wpakowałaś się w miłość, która nie sprawia, że jesteś szczęśliwa?

Kiedy spytałaś siebie, co jest dla ciebie dzisiaj najważniejsze? Czego potrzebujesz? Wolności, spokoju, bezpieczeństwa? Co sprawia, że jest ci dobrze samej ze sobą, bez udziału innych ludzi. Spójrz w lustro? Znasz tę kobietę, która na ciebie patrzy? Polubiłabyś ją znając jej wszystkie wady, słabe strony, złe myśli, które tłoczą się jej w głowie? Ale też wiedząc, jak dobrym jest człowiekiem, jak wiele ciepła, miłości i radości w sobie nosi, choć o tym zapomina?

Ja ciebie lubię! Lubię cię ze wszystkim, co w sobie nosisz, tę prawdziwą, tę, która potrafi przyznać się do błędu, powiedzieć, że nie jest idealna i nigdy nie będzie, bo kto by z ideałem wytrzymał. Tę, która nie chce nikomu nic udowadniać, a wszystko, co robi, robi z myślą i szacunkiem dla siebie samej. Tę, która mówi, że nie kocha i że ma dość. I tę, która wie, że kocha i zawsze staje w obronie swojej miłości. Tę, która pewnego dnia ma wszystko w dupie i nie boi się być sobą i swojego zdania wyrażać. Tę, która nie zakłada maski, nikogo nie udaje, jakby to powiedziała moja przyjaciółka, a to ostatnio nasze ulubione słowo – jest autentyczna. Taką cię kupuję i taką cię lubię. Bez ściemy. Bez wciskania mi kitu, że jesteś silna i nieustraszona, bo obie wiemy, że nie zawsze tak się czujesz i nie tylko z tego się składasz.


https://cialis-viagra.com.ua

http://diploms-home.com/

www.danabol-in.com/tabletki/clenbuterol/klenbuterol_kuput_v_ukraine_cena