Odchodzenie jest najtrudniejsze, kiedy nie masz swojego potwora… Gdy musisz zmierzyć się z własną decyzją

Femme fatale
Femme fatale
5 czerwca 2017
Fot. iStock / fcscafeine
 

Spakować w pośpiechu walizkę, napisać kilka słów na kartce albo nie, zniknąć, uciec… trzasnąć drzwiami i koić swój ból złością na Niego. Winnego mniej lub bardziej, ale jednak winnego.

Tego, który do tego doprowadził, czasem zmarnował ci kilka miesięcy albo pół życia. Cóż to za potwór. Bo kto inny mógłby okraść cię tak bezpardonowo z tych wszystkich chwil, które miały być szczęśliwe?

Miał być album ze zdjęciami i pogaduchy przy winie. Nie ma.

Nawet nie wiesz, kiedy ktoś wślizgnął się do twojego życia i zabrał te wszystkie marzenia… Jakie to byłoby proste. Po głowie pogłaskałaby cię przyjaciółka cedząc przez zęby, że to pajac (a ona od początku to mówiła) i że nie zasługuje nawet na połowę tego, co od ciebie dostał.

Ale odchodzenie jest najtrudniejsze, kiedy nie możesz sobie wykreować potwora, przed którym trzeba uciec. Gdy widzisz swoją świeżą i jeszcze nieśmiałą dojrzałość. Wtedy, gdy nie ma w tobie „nigdy” i „zawsze”, i gdy stoisz przed lustrem mierząc się ze zdaniem: „bez względu na wszystko, co wydarzyło się po drodze, teraz to moja decyzja”.

Przebudzenie – świt rozczarowań

Zaczyna się całkiem niewinnie. Wychodzisz na balkon, zapalasz papierosa, dzieci już śpią. Jesteś sama ze sobą przez te parę minut. Żar tli się powoli, a twoje myśli wirują z prędkością światła. Wracasz do tych wszystkich chwil, z których już wiele razy składałaś swoją opowieść. Ale tym razem film jest o czymś innym. Nie jest już tanim dramatem o rozczarowanej kobiecie, ani o tyrającej na dwie zmiany samotnej z rodziną. Jest o tym, jak wiele razy nie widziałaś, gdzie zmierza twoje życie.

Klatka po klatce przyglądasz się uważnie sobie, czasem widzisz, że wiele się nie zmieniło, tylko ty jesteś już w zupełnie innym miejscu. Że on nigdy nie był księciem, supermanem ani romantykiem, za to ty byłaś doskonałą aktorką. Grałaś przed sobą cierpliwość, poświęcenie, wyrozumiałość.

Bo miłość wtedy była warta wszystkiego, prawda? Taką chciałaś siebie widzieć?

Nie, nie żałujesz. Nawet gdybyś miała wehikuł czasu i odnalazła siebie, nie zmieniłoby się nic. Bo w tym twoim bezpiecznym „kiedyś” przepełnionym miłością nie było miejsca na pieniądze, racjonalność, wątpliwości. Nie było miejsca na zwykłe, nudne i trudne życie. Była tylko wielka miłość.

Dopalasz papierosa, wypijasz łyk herbaty, wreszcie pytasz siebie: „jeśli nic się nie zmieni, czy ja chcę tam wrócić?”. I tego jednego jesteś pewna – nie chcesz. Byłaś tam bardzo długo. Pomimo, bo wszyscy zawsze mówili ci, że kocha się pomimo. I ty kochałaś.

Pewnego dnia tylko obudziłaś się w świecie, w którym siebie już kochać nie umiałaś. Skurczyłaś się potwornie, tak bardzo, że twojego głosu nie dało się już usłyszeć. On został tam, ty szłaś do przodu.

Teraz dopiero widzisz, jak wiele chciałaś zamieść pod dywan. Ale dzisiaj rozumiesz, że to nie jest już ważne, bo jakiej historii nie pisalibyście do tej pory, dopiero teraz wiesz, że „bez względu na wszystko, co wydarzyło się po drodze, teraz to moja decyzja”.

Tresowany potwór – pilnie kupię

Nigdy tak sobie nie wyobrażałaś rozstania, prawda?

Powinny być jakieś zdrady, choć jeden roztrzaskany wazon i wojna Państwa Rose w miniaturze. Przecież coś musi się zadziać, żeby dwoje kochających się ludzi nagle przestało się kochać.

Ale często nie dzieje się nic. To nic bywa gorsze niż cokolwiek na świecie. Wibrująca pustka i coraz więcej myśli.

Czasem jesteś kobietą, która budzi się cudzym życiu. Patrzy na siebie i widzi tylko dodatek, piękną klasyczną ozdobę, jak jego ładne spinki do mankietów. Innym razem rozstanie nie ma swojego początku, toczy się powoli, jak śniegowa kula zbierając po drodze wszystko, czego dotknie. Jego lub jej obojętność, rzucone w kłótni wyzwiska, lekceważenie i późne powroty do domu. Ten moment, gdy czasem on wypije o  jednego drinka za dużo  i ten, gdy któreś z was przekracza granicę, po której nie da się już wrócić do poprzedniego punktu.

Nie dzieje się nic, a jednak tak wiele. Nawet nie wiesz kiedy.

„Jak to się stało?” – słyszysz z tyłu głowy. „Głupia baba, jakby ludzie nie mieli większych problemów”. I nikt nie chce zrozumieć, że życie to coś więcej, niż wieczny rozejm dwóch walczących ze sobą istot. Umowa, że będziecie się znosić.

Kiedy nie możesz sobie stworzyć potwora, cholernie trudno jest odejść. Byłoby inaczej, gdybyś mogła usiąść z butelką wina w kuchni, upić się swoją nienawiścią i złością. Ale gdy dojrzewasz do odchodzenia, wiesz, że każde z was wiele razy zamieniało się w potwora. Karmiliście go obojętnością, frustracją, satysfakcją. Pożerał niewyobrażalne ilości „miałam rację” i was, kawałek po kawałeczku.

Twoim potworem już zawsze będzie świadomość, że nie potrafiliście zrobić tego jednego, jedynego kroku w tym samym kierunku. Kiedyś go wypuścisz na wolność, a sama pójdziesz nową drogą. Bardziej dojrzała, pogodzona ze sobą. I mądrzejsza o wiedzę, że decyzje zawsze leżą w naszych rękach. Że nie każdym potworem można się zasłonić lub z nim walczyć. Są takie, które można albo oswoić albo puścić wolno… i zacząć żyć na nowo.


Czasem myślę, że życie tylko czeka, by zamienić nas w klauny. Nigdy nie gódź się na bycie kimś, kogo nie cierpisz. Nawet w imię miłości

Femme fatale
Femme fatale
9 czerwca 2017
Fot. Pexels / Adrianna Calvo /
 

Spotkałam ją niedawno. Pamiętam, jak w liceum czarowała swoimi żartami, uśmiechem – nie była z niej żadna flirciara, ale nigdy nie bała się ludzi. Na studiach niewiele się zmieniło. A teraz? Inny człowiek, smutek. Zmęczona, przeźroczysta, nijaka, bo taka, jaką nigdy nie chciałaby być. Skąd to wiem? Bo do cholery (niestety) piszę o sobie… choć zapewne o wielu z nas.

Czasem myślę, że życie tylko czeka, by zamienić nas w klauny. Nigdy nie gódź się na bycie kimś, kogo nie cierpisz. Nawet w imię miłości. Kiedyś przyjdzie taki dzień, gdy popatrzysz lustro i pomyślisz sobie „cholera, jak ja siebie takiej nie lubię! Gdzie ta dziewczyna, z którą można było konie kraść? Kim jest u licha ten obmierzły babon naprzeciwko??? Bo, sorry, ale to nie mogę być JA!”. I co wtedy? Jak żyć, jak żyć z takim „malowanym pajacem”, przed którym nie możesz uciec?

Dlatego, gdy choć przez chwilę pomyślisz, że to nie ty, że to musi być okrutna pomyłka… STOP! Pozwól wrócić starej „TY” albo zostaw choć odrobinę przestrzeni, żeby nowa TY mogła się wreszcie narodzić. A skąd się bierze ta okropna baba, którą pewnego dnia spotykamy przed lustrem?

Hmm, wszystkie okropne baby lezą do nas powoli, cichutko, niezauważalnie… tylko po to, by pewnego dnia okazało się, że całkiem wygodnie siedzą sobie swoim wrednym dupskiem w naszym ulubionym fotelu. – Jak, kiedy, gdzie? – pytam przyjaciółkę, w nadziei, że usłyszę coś krzepiącego. – Psychologiem jesteś, na miłość boską, powiedz coś mądrego, cytatem rzuć, przypowiastką, cokolwiek! Niech ten babon już zniknie, ja przestaję siebie lubić, dramat…!

I kiedy tak sobie rozprawiamy nad najlepszą metoda pozbycia się „baby”, okazuje się, że żeby dać jej porządnego kopa w D… trzeba wiedzieć skąd przylazła! A każda z nich jest inna, sprytna okrutnie… Przychodzą i każą ci robić rzeczy, których robić nie chcesz.

Niektóre z nich mnie odwiedzały, inne mijały mnie na ulicy włócząc się za kobietami, które znam. Baby…

Pierwsza baba

Pierwsza baba przyłazi, gdy nie jesteś w stanie jej dostrzec. Gdy jesteś przekonana, że królowa jest tylko jedna i to ty nią jesteś. Idealny plan na życie, na rodzinę, na imprezę, na wszystko. Pani Perfekcja… Nie udało się? Niemożliwe, eh tam, wszystko się udaje, gdy człowiek jest młody i elastyczny. Nie analizuje, bo i po co. Gorzej, gdy zapomni też pomyśleć, popatrzeć ciut dalej niż dzisiaj… Gdy ściągnie te wszystkie sznurki, na których wiszą jego plany i wyobrażenia, tak ciasno, że sam się w nie zaplątuje.

I wtedy przyłazi baba i szepcze ci do ucha, a ty, oj głupia ty, naiwna jeszcze, niewinna, słuchasz… i myślisz sobie, że pewne rzeczy w życiu zmieniają się, bo tak wypada, bo taka już jest kolej rzeczy. Wierzysz w tym idealnym planie, że nasze życia to prosty plan rozpisany w punktach, które musisz odhaczyć. Na czas najlepiej. A reszta? Reszta nie istnieje – jeszcze nie, zobaczysz ją za jakiś czas.

Więc odhaczasz często na liście:

  • pracę/karierę
  • wielką miłość
  • marzenia o gnieździe
  • ten cholerny kredyt
  • ślub
  • dzieci
  • wakacje…

… pach, pach, pach – zrobione, idealnie. Zbiórka, kolejno odlicz, wszystko się zgadza. Wtedy pierwsza baba nieśmiało z przedpokoju twojego życia wchodzi jedną noga do salonu. Bo zaczęłaś poświęcać wiele dotychczas ważnych rzeczy, nawet tego nie widząc.

Druga baba

Druga baba nie jest już tak nieśmiała, od razu wskakuje ci do łóżka. Hop. Coś  podrzuca cię wysoko w górę i masz wrażenie, że spadasz, ale ty wolisz udawać, że to ziemia, z tej miłości wielkiej, zatrzęsła się w posadach. I wiesz, na co tej babie pozwalasz? Żeby w głowie przybiła ci olbrzymi stempel z napisem „w imię miłości”.

Tak wiele razy przychodziła do kobiet i kazała im myśleć, że ta „miłość” kosztuje wszystko. Jest warta każdej ceny, czasem każdego siniaka albo słowa. Że płaci się za nią zgodą na życie wbrew sobie, znikaniem, milczeniem, udawaniem, że tak wiele rzeczy „wcale nie jest ważnych”. Innym razem bardziej dyskretnie kazała im sobie powtarzać: „przecież nie jestem pępkiem świata, przecież to tylko na chwilę, przecież to wszystko przez…”.

I tak kęs po kęsie karmiła się ich poczuciem własnej wartości, pewnością siebie, kobiecością i seksapilem. Aż ogryzła je do „szarej myszki”, która boi się wyjrzeć z norki.

Trzecia baba…

… przyłazi z dzieckiem pod pachą i podpowiada ci, że ty już nigdy ważna nie będziesz. Że teraz musisz tak myśleć.

Jak szalona tańczysz w tym tańcu, śpiewając pod nosem, że możesz poczekać, że tak trzeba, że warto. Wierzysz w to z całego serca. Tak bardzo chciałabyś, żeby to wystarczyło. To, że ty dajesz z siebie milion procent, cały czas, całą siebie – to ma mieć moc naprawienia całego świata, każdego człowieka, każdego błędu (twojego i cudzego).

Trzecia baba uczy cię, że wszystko zależy od ciebie – że wszystko, co się wydarzy jest twoją odpowiedzialnością. Bez względu na to, czy masz na to wpływ, czy nie. Karze cię poczuciem winy, za każdą myśl o wolności. Programuje cię na jedno polecenie: „musisz dać radę, musisz móc”.

I tak pewnego dnia stajesz przed lustrem i myślisz: „Serio, ja to powiedziałam/pomyślałam/zrobiłam??? Ja?”.

Nieważne jak twoja baba będzie wyglądała i co ze sobą przytaszczy, ważne jest tylko jedno:

Jeśli kiedykolwiek nie spodoba ci się to, co zobaczysz w lustrze, nie czekaj, nie zwlekaj, nie pozwalaj byś straciła siebie. Jaką? Siebie prawdziwą. Fajną, mądrą kobietę, która częściej się uśmiecha niż płacze, którą śmieszą żarty i która chce siebie zwyczajnie lubić. Tę nieidealną, jedyną w swoim rodzaju wariatkę. Nigdy nie gódź się na bycie kimś, kogo nie cierpisz. Nawet w imię miłości.

Prędzej , czy później obudzisz się zmęczona, sfrustrowana, bez marzeń.

A babę… a babę kopnij w dupę i poślij do diabła!


Zaproś mnie na kawę, pogłaszcz po głowie i pozwól mi na mój smutek

Femme fatale
Femme fatale
9 kwietnia 2017
Co sprawia, że źle o sobie myślimy?
Fot. iStock / Vizerskaya

Zaproś mnie na kawę, pogłaszcz po głowie i pozwól mi na mój smutek.  Czasem wystarczy tylko być i powstrzymać się od chęci ratowania świata.

Wiedziałeś?

Cześć. Jestem smutna. Nie będę udawać, że jest inaczej. Posiedzisz chwilę ze mną? Tylko proszę, nie myśl, jak by tu mnie pocieszyć…

Jestem smutna. Pewnie to minie. Pewnie wiele się jeszcze zmieni w moim życiu. Pewnie będę się śmiała za chwilę z żartów moich dzieci. Nie będę udawała. Ja nadal potrafię się śmiać. Nawet teraz, gdy jestem jedną nogą w mojej poczekalni. Czekam na coś.

Może na lepsze życie (tak, wiem, samo do mnie nie przyjdzie), a może tylko potrzebuje jeszcze chwili by zebrać siły. Nie, nie chcę być sama, bardziej niż kiedykolwiek, ale przecież wiesz, że nikt nie lubi smutku. A ja bardzo go teraz potrzebuję.

Nie chcę wyrzutów sumienia za to, że dziś płakałam. Takie jest życie, czasem to pomaga.

Dlaczego tak bardzo uciekamy przed smutkiem? Boimy się go, panicznie. Nic dziwnego, wiemy skąd ten smutek się bierze.

Uciekamy, jakbyśmy się mogli zarazić. Uciekamy nawet od własnego smutku.

A przecież ON też potrafi wiele z siebie dać.

Zaczynasz dostrzegać rzeczy, które wcześniej gdzieś ulatywały. Zwalniasz. Może po raz pierwszy w życiu bierzesz bardzo głęboki oddech,  wciągasz powoli powietrze, nakładasz magiczny filtr na swoje życie. Tak wiele się wyostrza. I pewnie dopiero wtedy zaczynasz dostrzegać ludzi prawdziwych, takimi jakimi są, a nie jakimi chciałbyś ich widzieć. Smutek odbiera ci siłę, tę energię, która dotychczas pozwalała idealizować świat. I ludzi.

Bo jak długo nie ratowałbyś świata, nie udowadniał wszystkim, że zawsze dasz radę, to właśnie teraz jest ta chwila. Konfrontacja z prawdziwym życiem. Coś pęka. Gdy przestaniesz udawać, że twój smutek nie istnieje, widzisz też ilu ludzi zostało przy tobie. Bo teraz ty nie możesz im nic dać. Co masz teraz do zaoferowania, któż chciałby dostać smutek?

A jednak niektórzy zostają. Ci milczący, trwający pomimo i tylko dla ciebie.

A ty, a ty w tym nowym, bardziej szarym świecie potrafisz już ocenić to, co wcześniej wydawało się zagadką. To dobre. Nikt przecież wiecznie się nie smuci.

Co by się nie stało, każdy smutek może zmaleć, odpłynąć powoli, zniknąć. Każdy w swoim czasie, gdy poczujesz, że pora już wrócić do innego świata. Tego gdzie nadal w ogrodzie kwitną różowe i żółte kwiaty, gdzie liście na jesień zmieniają kolory, a jednak nowego. Zupełnie innego, odkrytego na nowo.

Smutek może być naszym spotkaniem z nieznajomym. Pojawia się nagle, bez zaproszenia – i jakby nam to nie pasowało, jest. Możemy udać, że nigdy się to nie zdarzyło i schować w tym, co dobrze nam znane. Albo skoro już się zjawił, poświęcić mu chwilę, wsłuchać się w jego historię. Po to, by jutro, za tydzień, za miesiąc zadecydować, gdzie pójdziemy. A może z kim.

W tym całym smutku tak dobrze udaje się nam dopasować buty na dalszą drogę, bez pośpiechu. Nie zwracając kompletnie uwagi na to, czy będą piękne, czy modne. Jeszcze za te buty kiedyś sobie podziękujemy. Przecież każdy z nas w końcu ruszy z miejsca.

Tak wiele powodów do niego, a jednak trudno go poznać dobrze. Za każdym razem, to najtrudniejsze uczucie świata nas zaskakuje. Jakby nie istniał żaden próg uodpornienia. A jednak buduje w nas odwagę. Dodaje sił do zadania sobie i innym pytań, których wcześniej nie odważylibyśmy się postawić. Nie da się na smutek uodpornić. Nie można z nim żyć. Nie można się przed nim skutecznie obronić.

Trzeba mu pozwolić przyjść, tylko po to, by mógł w spokoju odejść.

Rozstanie, żałoba, wreszcie życie. Różnie się smucimy, tak samo, jak na wiele sposobów okazujemy radość. Ale w tym smutku jest pewien wspólny mianownik. To często taki moment, gdy najlepiej swoją samotność przeżywać w towarzystwie. Milczącym. Takim, które nie próbuje siłą wyrwać cię z myśli, które i tak w końcu cię dogonią. Takim, które jest cierpliwe. Które jest ciepłym ramieniem i zapewnieniem „zaczekam tu chwilę na ciebie, nie spiesz się”.

Bo przecież w życiu tak bardzo brakuje nam czasu, to jego najmocniej żałujemy, chcemy go zyskać, cofnąć, zawrócić… Czy można dać komuś coś cenniejszego niż swój czas?

Może myślisz, że nie mam ochoty na towarzystwo. To nieprawda, ale nie chcę udawać, że wszystko jest porządku.

Pytasz jak możesz pomóc?

Zaproś mnie na kawę, pogłaszcz po głowie i pozwól mi na mój smutek.  Czasem wystarczy tylko być i powstrzymać się od chęci ratowania świata.

Sama nie przyjdę, nikt nie lubi smutku. A ja nie chcę być twoim poczuciem winy, że nie potrafisz mnie rozweselić.

Dziękuję.

 


виагра отзывы покупателей

Вы можете proffitness.com.ua недорого с доставкой.
продажа виагры