Podział ról w małżeństwie. Albo jesteśmy drużyną, albo jesteśmy skazani na porażkę

MamaM&M
MamaM&M
22 stycznia 2018
© MamaM&M
 

Czytałem twój ostatni tekst i się z nim nie zgadzam – powiedział mój przyszywany brat, kiedy się wczoraj spotkaliśmy. W życiu nie pomyślałabym, że Dominik czyta tak długie teksty, a tym bardziej, że ma jakieś zdanie o tym, co ja piszę na blogu – bądź co bądź babskim.

-Z czym Ty się znowu nie zgadzasz? – zapytałam wprost. – Nie napisałaś, jak to u was wygląda naprawdę i przez to kobiety będą czytać ten twój wpis i będą wymyślać nie wiadomo co – usłyszałam. W dalszej rozmowie padły konkretne argumenty. Mój rozmówca miał na myśli podział obowiązków w związku.

Jesteśmy z TatąM&M małżeństwem wyjątkowym i nie boję się używać tego słowa. Coraz częściej spotykam się z głosami, że ta nasza miłość trąci myszką i jednocześnie jest bardzo „postępowa”. Dlaczego?

Wchodzę do salonu sukien ślubnych, żeby odebrać sukienkę na galę, którą rokrocznie mam przyjemność prowadzić. – Ale piękna ta sukienka – mówi o mojej kreacji przyszła panna młoda przymierzająca białą kieckę. – No ja to już wybieram kolorowe. Biały kolor był dla mnie dobry 8 lat temu. Dziś już za późno – odpowiadam z uśmiechem. – Teraz są modne śluby rozwody i ponowne śluby, więc może jeszcze białą pani założy – mówi pracownica salonu. – Byłabym kompletną kretynką, gdybym rozwiodła się z moim mężem. Mam najlepszego męża na świecie i kocham go nad życie – odpowiadam. – Nigdy jeszcze nie słyszałam, żeby kobieta tak po prostu, z taką pewnością, bez zastanowienia i tak ładnie mówiła o swoim mężu – słyszę.

Rozmawiamy w pracy. Wymieniamy babskie doświadczenia, snujemy plany na najbliższą przyszłość, trochę narzekamy na ból egzystencjalny, który znają tylko matki 3-latków. – Lubię, jak mówisz o swoim mężu, zawsze tak ciepło – słyszę.

-Lubię na was patrzeć, obserwować, jak się do siebie zwracacie, jak dbacie o siebie w każdej sytuacji, jak kupujesz śliwki w czekoladzie specjalnie dla Grzegorza – mówi koleżanka, która zna nas w wersji oficjalnej i w wersji „w kapciach”.

I na to wszystko Dominik mówi praktycznie na jednym oddechu: – Nie napisałaś ani słowa, że twój mąż (jego, Dominika znaczy, kolega ze szkolnej ławki- żeby było śmieszniej) nie przykłada palca do rodzinnych wyjazdów, że, jak trzeba, bierzesz wałek i ściany malujesz, że naprawiasz różne rzeczy, że załatwiasz formalności i wiele spraw go (TatęM&M) nie interesuje, że gra godzinami, siedzi przy komputerze.

I to jest prawda. Mamy dwa niezależne pola w związku. To Pan Mąż naprawia komputery, aktualizuje aplikacje, myje monitory, dba o sprawność sprzętu, czyta opinie, wybiera, kupuje nowe telefony, komputery, myszki, klawiatury, odkurzacze, samochody.

To ja załatwiam, a najpierw planuję, wszystkie wyjazdy (Pan Mąż zarezerwował nam przez 8 lat dokładnie jeden nocleg na jedną noc), obmyślam plan zwiedzania, dobieram nam ewentualne towarzystwo, tankuję dzień wcześniej auto, sprzątam je, jadę na myjnię (zazwyczaj to ja jeżdżę na myjnię), organizuję opiekę psu na czas naszej nieobecności, płacę zaliczki, kontaktuje się z hotelami, ale to TataM&M planuje trasę, pakuje walizki do auta (geniusz w Tetrisa).

Prawdą jest, że to ja planuję, nadzoruję, a czasami przeprowadzam remonty. Drobne malowanie to dla mnie czas na relaks i robię je często, gdy nikogo nie ma w domu. Jak domownicy wracają, jest już po „imprezie”. Podczas generalnego remontu Pan Mąż nie wstawał od komputera, nie interesował się, jaki jest postęp prac, ile będzie to wszystko kosztowało. Pytał tylko, czy nam pieniędzy wystarczy, a później, skąd weźmiemy brakującą kwotę.

Z kolei to Pan Mąż spędza więcej czasu z dziećmi. Chętnie się z nimi bawi, wspólnie grają na gitarze, układają klocki, oglądają przeróżne filmiki na youtube, siedzą na podłodze i wygłupiają się. To TataM&M częściej zajmuje się kąpielą i innymi wieczornymi sprawunkami przy dzieciach, to on wstaje godzinę wcześniej niż my, robi śniadanie, budzi, ubiera chłopców, przewija Mariusza, podaje Markowi śniadanie, po sto razy mówi do mnie: – Wstawaj, bo się spóźnimy.

Ja chodzę na zebrania wspólnoty, mieszkańców osiedla, zlecam przelewy za mieszkanie, media. Razem robimy zakupy, razem sprzątamy (tzn. sprząta ten, komu szybciej przeszkadza bałagan lub szybciej wróci do domu), nie kłócimy się, kto tym razem ma wyciągnąć naczynia ze zmywarki, powiesić pranie. Ja koszę trawę, zajmuję się ogrodem, zapraszam gości, organizuję imprezy, ale to on często po tych imprezach sprząta, wynosi śmieci, wyprowadza trzy razy dziennie psa. Ja składam pranie swoje i dzieci, Pan Mąż swoje (od 5 lat moją wersją oficjalną jest ta, że jego półki są dla mnie za wysoko).

Warto dodać, że ja mam od 8 lat pracę w tak zwanym nienormowanym systemie. Pracuję w różnych godzinach, w różnych miejscach, często poruszam się po naszym miasteczku, a TataM&M ma etat z 8 godzinami przy biurku i może się wyrwać do urzędu, może pojechać z chłopcami do lekarza, do fryzjera w czasie pracy, ale potem musi te godziny odpracować, a ja załatwiam wiele rzeczy przy okazji, będąc w konkretnym miejscu. Szybkie zakupy, koszenie trawy między spotkaniami, wolne dwie godziny wykorzystane na zrobienie obiadu, luźny dzień z pracą z domu poświęcony na odmalowanie ścian, pisanie artykułów z przerwą na przejrzenie promocji w hotelach, wypad na myjnię i szybkie odkurzanie po rozładowaniu samochodu z materiałów potrzebnych na organizację jednej, drugiej, piątej imprezy sportowej.

Dla nas budowanie związku i „ustalenie” zasad od samego początku było intuicyjnym pójściem na kompromis, ale na taki kompromis, żeby każdy był zadowolony, a nie, żeby każdy czuł niedosyt. Cały czas się ścieramy, granice naszych indywidualnych poletek nieustannie się przesuwają. Jak teraz myślę, jak udało nam się przetrwać te 8 lat i się nie pozabijać, dochodzę do wniosku, że jesteśmy silni tym, że niemal natychmiast sygnalizujemy, gdy nasza strefa komfortu robi się zbyt klaustrofobiczna, gdy coś nam zaczyna uwierać, gdy jakaś niepisana zasada jest przez drugą stronę łamana.

Powtarzam to z uporem maniaka. Mamy wspólny cel, mamy różne spojrzenia na wiele spraw, drogę do celu pokonujemy różną długością kroków, ale zawsze mamy to samo tempo i zawsze ten wolniejszy goni szybszego, bo trzeba równać w górę, a nie się uwsteczniać. No i się kochamy. Jak wariaty się kochamy…

 


RWF – dlaczego tak się na niego uparłam?

MamaM&M
MamaM&M
28 stycznia 2018
W doborze fotelika najważniejsze jest bezpieczeństwo dziecka
 

Przyszedł czas na wybór kolejnego fotelika dla młodszego M. Do tej pory przewożony był w markowym (po Marku) foteliku RECARO Privia. Niemal półtora roku spędził więc w samochodzie na leżąco. Postanowiliśmy, że czas najwyższy  na kolejny zakup. Czytałam, sprawdzałam, pytałam, oglądałam. Zdecydowana byłam na rozwiązanie RWF. Gdybym miała taką samą wiedzę kilkanaście miesięcy temu, starszy M też jeździłby RWF-em. Niestety moja świadomość była wtedy żadna…

 

RWF (Rear Way Facing) czyli tyłem do kierunku jazdy. Przeciwieństwo FWF (przodem do kierunku jazdy). Wymyślili je Skandynawowie i tam – w Skandynawii – są bardzo popularne. U nas nadal słyszy się, że dziecku jest niewygodnie i nic nie widzi, jeżdżąc tyłem do kierunku jazdy. Nie mówi się jednak nic o tym, że są to najbezpieczniejsze rozwiązania do przewożenia dzieci. Niewiele (choć na szczęście coraz więcej – skoro i do mnie te informacje dotarły) jest informacji o tym, że w całym tym „niewygodnie”, „mało widać”, „brudne oparcia”, „niepraktyczne”, „trzeba ściągać buty” patrzymy ze swojego „dorosłego” punktu widzenia, nie próbujemy postawić się na miejscu dziecka, które do tej pory – od urodzenia – tyłem było przewożone (mam nadzieję), mamy zakodowane pewne ograniczenia, pewne schematy, poza które nie chcemy, a nawet często nie próbujemy się wyłamać.

 

Jesteśmy wierni Świebodzinowi, polskiemu morzu, Peugeotowi i do tej pory byliśmy także fotelikom RECARO. Pierwszy, czyli Privię wraz z bazą iso fix dostaliśmy od pracodawcy TatyM&M, czyli właśnie od firmy RECARO (ależ przypadek), drugi kupiliśmy, kiedy starszy M miał niemal dwa lata i jest to RECARO Young Sport Hero. Kiedy dowiedziałam się o RWF-ach i o tym, że to najbezpieczniejsze foteliki dla dzieci do 25 kilogramów, szukaliśmy oczywiście modelu produkowanego przez RECARO. No ale na Zero.1 i-Size nie zdecydowaliśmy się szarpnąć. Koszt ponad 2100 zł nas przerósł, a może po prostu stwierdziliśmy, że nie ma sensu wydawać tyle, jeśli za ładnych parę stówek mniej możemy kupić równie bezpieczny fotelik szwedzkiej firmy Axkid. A kiedy zaczęliśmy czytać więcej, okazało się, że to będzie najlepsza inwestycja w bezpieczeństwo i życie młodszego M.

 

© MamaM&M Pomoc w montażu fotelika RECARO

© MamaM&M  Pomoc w montażu fotelika RECARO

 

Poznaliśmy przez ostatnie miesiące sklep osiemgwiazdek.pl (polecam bardzo) i właśnie tam (do poznańskiego sklepu) zamierzaliśmy się wybrać na początku lutego, aby (co bardzo ważne) przymierzyć młodszego M do fotelika i (co najważniejsze) fotelik do naszego samochodu, czyli Peugeota 308.  Wcześniej kupowaliśmy przez Internet. Żadnych przymiarek, żadnego sprawdzenia, nikogo nie pytaliśmy o fachową poradę, całkowite zdanie się na intuicję i zasobność portfela. Koleżanka, z którą wcześniej o fotelikach rozmawiałam, napisała mi kilka dni temu, że Axkid organizuje akcję informacyjną w sklepie Tobi w Zielonej Górze i będzie można uzyskać rabat 10% na foteliki tej firmy oraz firmy Takata (jeszcze wyższa półka cenowa niż RECARO). Ze Świebodzina do Zielonej Góry jest rzut beretem, a na pewno bliżej niż do Poznania, więc postanowiliśmy pojechać i przynajmniej zobaczyć, czy  Axkid będzie dla nas, a zwłaszcza dla Mariusza odpowiedni.

 

Wybieraliśmy jeden z trzech modeli marki Axkid

Wybieraliśmy jeden z trzech modeli marki Axkid

 

Bardzo mile byliśmy zaskoczeni. Mimo sporej kolejki klientów zainteresowanych fotelikami Axkid, załoga sklepu Tobi (oraz pracownicy osiemgwiazdek.pl z Łodzi) zadbała o to, aby czas mijał nam szybko i w miłej atmosferze. Dzieciaki dostały słodycze, zabawki, gadżety, balony. Co chwilę coś innego, więc nie było szans na nudę. Kiedy już przyszła nasza kolej, otrzymaliśmy masę informacji – część wcześniej znaleźliśmy w internecie, część to były nowe rzeczy, które dotyczyły między innymi montażu w samochodzie. Wybieraliśmy między modelami: Wolmax, Minikid oraz Kidzone (ceny od 1200 do około 1800 zł).  Ostatecznie wybraliśmy Minikida. Zajmuje stosunkowo niedużo miejsca, ma ciekawe i bardzo ułatwiające użytkowanie rozwiązania, jest bezpieczny, ma wytrzymałą tapicerkę, można w nim przewozić dzieci do około 125 cm wzrostu.

 

fotelik_axkid_minikid_mamamandm0003

 

Po zamontowaniu wybranego ostatecznie Minikida, pracownik Axkida (edit: dowiedziałam się, że był to Piotr Kaj –  naprawdę rzetelny doradca fotelików), przełożył starszemu M fotelik za siedzenie kierowcy, pomógł obrócić przekręcony pas bezpieczeństwa (ale wstyd), na co poświęcił masę czasu, pokazał, jak „instalować” dzieci, pytał i odpowiadał na nasze pytania i, co naprawdę istotne, nie był sfiksowany tylko na Axkida. Nie krytykował produktów innych marek, ale rzeczowo mówił, jakie mają wady i zalety. Czuliśmy, że mamy do czynienia z profesjonalistą, który nas nie naciąga, który doradza, a nie wciska. Axkid – gratulujemy personelu, a panu Piotrowi należy się dodatkowa premia 😉 Nasz doradca obiecał odwiedzić w drodze powrotnej Świebodzin i zrobić sobie selfie z najbrzydszym pomnikiem w tej części kraju…

 

fotelik_axkid_minikid_mamamandm0007

 

Ze strony producenta dowiadujemy się: „Axkid zawsze stawia dzieci na pierwszym miejscu i pragnie aby były możliwie najbezpieczniejsze podczas jazdy samochodem. Zalecamy aby twoje dziecko podróżowało tyłem do kierunku jazdy możliwie jak najdłużej, nawet do wagi 25 kg lub wieku 6 lat. Fotelik montowany tyłem redukuje ryzyko urazu nawet o 90%”. Nas przekonały w RWF-ach właśnie te procenty, filmiki, które pokazują, co dzieje się z dzieckiem przewożonym przodem i tyłem do kierunku jazdy podczas kolizji i wypadków. Młodszy M, jest ciężki, ale jest malutki. Sporo podróżujemy, chcemy, aby był bezpieczny. Starszemu M półtora roku temu wybieraliśmy najbezpieczniejszy fotelik, jaki wówczas wydawało nam się, że jest na rynku. Teraz tak naprawdę mam trochę moralnego kaca, że wówczas nie próbowałam nawet szukać informacji na  temat transportu dzieci tyłem do kierunku jazdy. Na szczęście do tej pory nie mieliśmy żadnych kolizji i wypadków. Mam też nadzieję, że RECARO Young Sport Hero zapewniłby starszemu M bezpieczeństwo.

 

fotelik_axkid_minikid_mamamandm0011

 

Axkidy mają zaliczony Test Plus. Cóż to takiego? To testy wprowadzone przez szwedzkie instytucje motoryzacyjne VTI i NFT (Krajowe Towarzystwo Bezpieczeństwa Drogowego), które badają obciążenia głowy i szyi dziecka podczas zdarzeń drogowych. Aby zaliczyć Test Plus nie można przekroczyć nacisku na szyję u 3-latka 122 kg, natomiast u 6-latka 164 kg, ponieważ większe siły powodują złamania w obrębie szyi. Właśnie dlatego foteliki RWF są bezpieczniejsze. Dziecko jest w nich doskonale chronione przed uszkodzeniami. Jest podczas wypadku niejako wbijane w fotelik, a nie z niego wyrywane. Chroni go cały tył fotelika, a nie tylko pasy.

 

fotelik_axkid_minikid_mamamandm0009

 

Naprawdę polecam poczytać o RWF-ach, jeśli stoicie przed wyborem fotelika. Naprawdę polecam przewozić dzieci tyłem do kierunku jazy tak długo, jak się da, a przynajmniej do osiągnięcia przez wasze pociechy wagi 25 kg. Dajcie swoim dzieciom to, co jest najważniejsze, bezpieczeństwo.

 

Wiem, że dzieci nie powinny być przewożone w kurtkach.  Przymierzaliśmy się, na dworze było zimno, a młodszy M jeszcze się nie ogarnął po ostatnim zapaleniu oskrzeli, więc nie chcieliśmy ryzykować…

 

Tekst nie jest sponsorowany. Firmy , , firma nie sponsorowały tego wpisu, a na comiesięczny przelew z RECARO TataM&M rzetelnie pracuje każdego dnia przez 8 godzin 🙂 Wszystkie opinie są subiektywne. Piszę zawsze, co myślę…

 


Nie bądź służącą swojego męża

MamaM&M
MamaM&M
18 stycznia 2018
Fot. iStock/DGLimages

Mój idealny Pan Mąż pewnie nie byłby idealny, gdym mu na to pozwoliła. Facet pozwala sobie na tyle, na ile pozwala mu tak naprawdę kobieta. Tak sądzę i zdania nie zmienię. 

Coraz więcej obserwuję i coraz częściej pozwalam sobie na mówienie innym kobietom wprost, co myślę. Coraz częściej muszę więc robić unik, żeby nie dostać z półobrotu. Nie przestanę jednak, ponieważ tylko głośne piętnowanie patriarchatu może spowodować, że kobiety wokół mnie będą po prostu szczęśliwe i będą lubiły swoje życie. A często niestety żyją tak, jak nie chcą, ale inaczej nie umieją.

– To wstyd, że w naszym kraju potrzebne są takie instytucje jak BABA (stowarzyszenie pomagające kobietom-ofiarom przemocy domowej) – mówiła Anita Kucharska-Dziedzic, odbierając nagrodę Polskiej Rady Biznesu im. Jana Wejcherta za swoją działalność w Babie właśnie. Pomyślałam wtedy, że to najlepszy komentarz, jaki mogła w tym momencie puścić w obieg. I wszyscy jej bili brawo. A ilu na tej wielkiej sali było mężczyzn, których żony i partnerki do Baby chciałyby pójść, ale się boją, wstydzą lub nie zdają sobie sprawy, że pomoc jest im potrzebna?

Chyba najbardziej na świecie oprócz głupoty, denerwuje mnie, wręcz działa uczulająco, wykorzystywanie słabszego od siebie. To zapewne doświadczenia z domu rodzinnego sprawiły, że dziś jestem naprawdę silną, wiedzącą czego chcę, spełnioną i szczęśliwą, lubiącą swoje życie kobietą. Kocham mojego męża, powtarzam mu to często, szanuję jego, jego oczekiwania, cele, pragnienia, ale też od początku sygnalizowałam, że dla mnie związek to dwie idące ramię w ramię osoby. Partnerstwo jak w biznesie. Bez ściśle wyznaczonych ról, ale z wzajemnym uzupełnianiem się i wsparciem, zwłaszcza w gorszych momentach.

Kobiety, z którymi na co dzień się spotykam w pracy, w rodzinie, w gronie znajomych, patrzą na mnie jak na kosmitkę. Kiedy mówię im, że od swoich mężczyzn muszą wymagać przede wszystkim szacunku, słyszę: on nie zrozumie. Kiedy powtarzam, że trzeba mówić o swoich oczekiwaniach jasno, wyraźnie, a najlepiej z podaniem przykładu, słyszę: ale on pyta, o co mi chodzi. Kiedy mówię, że trzeba w życiu równać w górę, a nie pozwalać, żeby ktoś nas ściągał na dno, od którego sam się odbić nie może, słyszę, że łatwo mi mówić, bo mój mąż już się przyzwyczaił, że mnie wszędzie pełno i że ciągle się rozwijam.

Nie każę nikomu spędzać poza domem całych dni, pracować na 1,5 etatu, działać w stowarzyszeniu, a w „wolnej chwili” biegać na fitness, uczyć się angielskiego, a po powrocie do domu gotować słoików dla dziecka do żłobka i pisać tekstów na blog, bo i ja sama czasami nie mam siły się zatrzymać, jak rozpędzę swoją maszynę na maksimum mocy. Ja tak chce żyć, bo to mnie nakręca. Nakręca mnie też mój mąż mówiący po angielsku, robiący prawo jazdy na motocykl, grający w gry komputerowe. Lubię to, że jest w czymś ode mnie lepszy, że umie więcej ode mnie, że mogę się od niego czegoś nauczyć, ale też mam satysfakcję, kiedy mogę mu zaimponować choćby sposobem zarządzania ludźmi podczas organizacji jednej, drugiej, piątej imprezy, pozyskiwaniem kolejnych sponsorów, zdolnością do kompromisu podczas podejmowania decyzji ważnych dla stowarzyszenia.

Mój mąż poważnie zachorował. Miał operację. Siedziałam pod salą operacyjną, ponieważ i on dwukrotnie czekał na mnie na korytarzu podczas cesarskiego cięcia i wiem, jak miło jest zobaczyć tę najbliższą osobę zaraz po zabiegu. Po powrocie ze szpitala zajmował się mną i dziećmi jak rasowa położna, miałam czas, żeby leżeć i karmić piersią, na oddziale pilnował kroplówek, przywoził jedzenie, zajmował się synami. Kiedy więc on potrzebował mojej pomocy, a przynajmniej potrzebował wiedzieć, że może na mnie liczyć, ja chciałam stanąć na wysokości zadania.

Tymczasem mężczyźni często gęsto nie pomagają matkom swoich dzieci po powrocie ze szpitala. Nawet jeśli są na dwutygodniowym urlopie, niewiele ten czas ma wspólnego z opieką nad noworodkiem. Kobiety po porodach naturalnych, cięciach cesarskich, czasami różnych komplikacjach wracają do swoich obowiązków domowych na pełen etat w gratisie dostają dziecko. Kiedy jednak ich życiowy partner zachoruje, niańczą go, chuchają, dmuchają, a jak przytrafi się poważniejsza sytuacja, matkują i robią z domu szpital, zapominając, że same nie były traktowane „wyjątkowo”, nawet gdy chodziły po ścianach.

pixabay.com/3dman_eu

pixabay.com/3dman_eu

 

Podobnie rzecz się ma z wychodzeniem z domu. Nie za bardzo rozumiem stwierdzenia: „mąż mi nie pozwolił” i „mąż mnie nie puścił”, ale wiem, że są powszechnie używane. Mężczyźni spotykają się ze znajomymi przy piwie często. Kobiety częściej „nie mogą”, bo muszą coś zrobić w domu, dzieci do szkoły wyprawić, posprzątać, poprasować, nagotować na kolejne dni, bo będą w pracy dłużej i domownicy z głodu popadają. Łapię się na tym,że dostaję telefon i po prostu informuję, że wychodzę, choćbym była w połowie robienia sałatki. TataM&m podobnie, choć jemu częściej się nie che ruszać z domu (co ja wykorzystuję chętnie).

Kobiety same zrobiły z siebie niewolnice, a jak widzą jedną wolną, krytykują ją i próbują przeciągnąć na swoją stronę, żeby tylko nie miała lepiej od nich. Trzeba równać w górę i brać przykład z tych, które właśnie mają lepiej od nas… Idź  wieczorem sama na zakupy, idź na siłownie, na fitness, spotkaj się z koleżanką z liceum, z sąsiadką, odwiedź kuzynkę i zostaw męża z dziećmi, zostaw niepozmywane gary, zostaw pranie w pralce. Twój mąż jest często w delegacjach, całe dni spędza w pracy i oczekuje, że ty, mimo swoich służbowych obowiązków, utrzymasz dom na najwyższym poziomie, a dzieci będą jak z obrazka? Spakuj walizkę, nie gotuj obiadu, nie zmywaj, nie sprzątaj, miń się z mężem w drzwiach i powiedz, że wrócisz pojutrze. Spędź te dwie noce choćby w hotelu w tym samym mieście. Ty odpoczniesz, on doceni, kogo ma w domu i jaką prace wykonujesz na co dzień… Telefon zostaw na stole… przypadkiem…