Życie po romansie? Może być najlepsze, wyjdźmy wszyscy poza te szufladki

Dziennik Niewiernej
Dziennik Niewiernej
25 kwietnia 2016
Życie po romansie? Może być najlepsze, przestańcie czytać poradniki
Fot. iStock / kieferpix
 

To było na jakimś spotkaniu. Ktoś powiedział: „Nie narzekaj, twój największy sukces to rodzina”. Chciałam się obruszyć. Rodzina przecież jest. Jaka praca?!! Ugryzłam się w język, bo pomyślałam, że rzeczywiście rodzina jest efektem mojej pracy. Mojej i Jego, mojego męża.

Słyszałam, że idealna miłość się zdarza. Znam ludzi, którzy mówią, że nie rozumieją debatowania nad małżeńskimi problemami, bo to jest proste. Jesteś to jesteś. Wybierasz, zostajesz z tym wyborem, nie analizujesz zanadto. Masz szczęście.

„Ach, moi rodzice byli takim dobrym związkiem, dziadkowie, ciotka z wujkiem”. Tak, miłość się zdarza. I jest. Tak szczególnie mówią ludzie młodzi, na pierwszych etapach życia, świeżo zakochani. Tak, wtedy miłość jest prosta. Zapominamy, że wtedy jest po prostu symbiozą, której szuka każdy. Jak miłość, która jest tylko zachwytem mogłaby być trudna? To wtedy karmi nas najbardziej, zaspokaja każdą potrzebę.

Później? Nie zawsze. No chyba, że jest się naprawdę tym idealnym związkiem. Ale ile ich? Znałam ludzi, którzy mówili, że im dobrze. Potem okazywało się, że wcale nie tak bardzo. Że pod tym „dobrze” tętniły problemy, niezaspokojone potrzeby, niewyjaśnione sprawy. Czy tak jest zawsze? Nie wiem, ale często.

Czasami to my nie potrafimy tworzyć związków, obwiniamy o to partnera. To w nas jest dziura. I nie zaspokoi jej nikt. Ani stały parter, a kochanek i kochanka tylko na chwilę. To kiepskie stanąć przed lustrem i powiedzieć: „psuję to”. Dlatego tak pięknie wychodzi nam zalewanie kogoś pretensjami.

Najtrudniejszy dla związku jest ten moment, gdy rozumiesz, że druga osoba wcale nie zaspokoi każdej twojej potrzeby…

Co więcej chce, żebyś ty zaspokajała potrzeby jej/ jego.  Brr. To gdzie moja walizeczka? Niekoniecznie ta do pakowania ciuchów i kosmetyków. Walizeczka mentalna, która pozwala ci miękko przesunąć się w inną stronę. Odpuścić. A gdy ktoś w związku odpuszcza to tej relacji już nie ma. Są tylko kredyty, uśmiechy, dzieci i wspólne sprawy. Może dla kogoś dużo, dla mnie za mało.

Kobiety się obwinia za romans, a ja jestem wdzięczna za mój. Jakże to piękna lekcja moich braków. I braków drugiej strony.

Moich braków, bo nie jestem, o cudzie, święta. Bo być może nie mam zasad. Nie miałam ich przez chwilę. Poszłam za instynktem. Fajnie jest to wiedzieć, bo nasze poczucie świętości często zabija chęć pracy nad sobą. „Ja????” Przecież jestem idealna. No to chociaż rozprawiłam się z własną idealnością.

I już w żadnej sferze życia nie chce mi się wierzyć, że jestem idealna. Nie jestem. Łatwiej jest, gdy to wiemy.

Braków mojego męża. Bo w ramionach faceta, w którym się zakochałam zobaczyłam jak dużo rzeczy wypieram i tłamszę w sobie. Ot choćby potrzebę czułości, uwagi. Dziecięce? Być może. Ale to moja potrzeba. Mam ją zabić, bo jest dziecięca? Zabijałam miesiącami. Urodziłam dziecko i przelałam swoją uwagę na nie. Mówiłam sobie, że to normalne i tak jest. Tylko jeśli nie konfrontujemy się ze sobą, jesteśmy jak tykająca bomba zegarowa. I tak wybuchniemy. Jaką cenę ponoszą ludzie za latami skrywane frustracje i żale? Zawsze kończy się tornadem.

U mnie się skończyło. Mów.

Braków naszej relacji. No cóż, jednak większość z nas chce czegoś więcej. Czegoś poza miłymi kolacjami i piciem piwa na kanapie. Jak kumple. Mówią, że małżeństwo powinno być przyjaźnią. Ale małżeństwo nie może być tylko przyjaźnią. Nie dla wszystkich w każdym razie. To za mało.

Mogłam, pewnie, stłamsić to wszystko jak dojrzała i świadoma kobieta. Ale jak miałam to zrobić, gdy wcale taka nie byłam? Nie byłam ani dojrzała ani świadoma.

Byłam dziewczynką, która wyszła za mąż za swojego chłopaka, urodziła dziecko i chciała mieć inne życie niż jej mama. To chyba za mało, by tworzyć dom.

Nie, nie wstawać rano, ogarniać rzeczywistość, załatwiać sprawy, bzykać się pośpiesznie i żyć pośpiesznie.

Gdy jesteś w romansie– choć przez chwilę, jedyne czego chcesz to być z tamtą osobą. Zalewa cię chemia. Zalewają cię słowa, które tamta osoba, często też samotna, mówi do ciebie. A słowa są, wiadomo, jak narkotyk. Im więcej masz w sobie braków, tym bardziej karmią cię słowa. Nie godzę się na to, że mężczyzn ustawia się w roli drani. Niedawno pewna psycholog powiedziała, że kobiety czasem potrafią krzywdzić bardziej. I ja byłam taką kobietą właśnie. Egoistyczną, myślącą o sobie. A może wszyscy tacy czasem bywamy? Bo ile można myśleć tylko o innych. Tylko o dzieciach. O tym co musimy. Może czasem dobrze by było, żebyśmy wszyscy odlecieli, bo wtedy można wrócić. Naprawdę. A nie po prostu żyć w jakiś swoich iluzjach.

Ja zakończyłam swój romans. I to była pierwsza dorosła decyzja, która podjęłam w życiu. Wtedy myślałam: robię to dla mojego dziecka. Robię to dla stabilizacji i obietnic. Robię, by nie żyć jak moi rodzice.

Wtedy, gdy siedziałam w samochodzie Tamtego myślałam, że to jest tylko nasza historia. Miałam niewiele po trzydziestce. Gryzłam palce i międliłam sukienkę. Mówiłam: kocham cię, ale nie mogę z tobą być, pragnę, ale to się nie uda. Mówiłam wciąż: mam dziecko, muszę być odpowiedzialna. Miałam koło siebie rozjuszonego i zmęczonego faceta, który chciał ze mną być. I wymagał dojrzałości, której nie mogłam mu dać. Bo nie byłam dojrzała.

To było takie smutne. Wydawało mi się, że żegnam się największą miłością. Ależ się zdziwiłam słuchając znajomych po latach i oglądając serial „the affair”. I to serio wszystko tak samo? Hmm…./

Potem wylądowałam na terapii z mężem i znosiłam zarzuty jaka jestem straszna.

Terapeutka spytała: – Czy nie uważa pan, że zdrada jest wynikiem samotności i cierpienia? Czy nie czuje się pan współodpowiedzialny?

On się zapienił, porwał kurtkę, wybiegł. Nienawidził terapeutki, choć do tej pory uważałam go za najbardziej dojrzałego faceta na świecie. Ale wszyscy mamy słabości, prawda? To było dla niego za trudne. Dźwigać odpowiedzialność za to, że ktoś go zranił.

A ja wylewałam frustracje całego życia. Milion słów, których zawsze się bałam. Zawsze myślałam, że jak pewne rzeczy się powie to jest koniec świata. Druga osoba odejdzie. Zniknie.  Ale to nieprawda. Czasem gdy mówisz: „mam żal”, „jestem zła”, „brakowało mi tego i tamtego” otwierają się kolejne drzwi. Ta druga strona może odejść, ale możecie mieć też lepsze, fajniejsze życie. Razem. 

Ktoś mi powiedział, że miłość jest wtedy, gdy możecie zalać się frustracją i nikt nie odejdzie. Nie dlatego, że jest masochistą, ale dlatego, że wierzy, że TA druga strona jest miłością. Bo chce z nią być. I gdy to osiągniesz, masz najwięcej. Masz coś poza uniesieniami, poza chemią, poza dziecięcą potrzebą bycia i potrzebą symbiozy.

Dziś pewna osoba zapytała mnie: „Dlaczego skoro wszyscy chcemy tego samego, to dlaczego tak często się mijamy?”. Jasne, chcemy miłości, ale przecież na różnych etapach różnej, czasem wściekamy się z powodu naszych niezaspokojonych oczekiwań, a czasem się nie wściekamy tylko idziemy gdzieś dalej.

Za często porzucamy. Bliska mi osoba porzuciła żonę dla innej kobiety. Potem odeszła od innej kobiety, bo …. coś się wypaliło.

Jestem wdzięczna mojemu mężowi, że nie odszedł.

Mówił: „kocham cię”, gdy wątpiłam.

Mówił: „damy radę”, gdy chciałam się zgubić.

Mówiła: „nie bądź dzieckiem”, gdy nim byłam.

Że zawsze wyciągał do mnie rękę. To coś więcej. Coś poza seksem, coś poza chemią, uniesieniem, obłędem. To trwałość. Kiedyś jej nie doceniałam. Po latach staje się kotwicą w szalonym świecie, gdy wszyscy sobie coś obiecują, a potem nie dotrzymają, znikają i z miną niewinnego dziecka oznajmiają: „Ojej, obiecywałem/ obiecywałam? Przecież to było wtedy”. Magiczne „wtedy”. W tamtych emocjach, w tamtym życiu. To dar spotkać kogoś dla kogo przeszłość, teraźniejszość i przyszłość to jest jakiś ciąg przyczynowo– skutkowy. Życie nie składa się z urwanych historii, czy uniesień, ale z odpowiedzialnośći. 

Tego dziś prawie nie ma.

Kochani, miłości nie uczy nas ten, kto do nas mówi. Miłości uczy nas ten, kto przy nas jest. Bez względu na wiele rzeczy.

A faceci, no cóż, kochają czasem znacznie mądrzej niż my.


Kiedyś odejdę. List (bardzo) miłosny do męża. O tym dlaczego kobiety porzucają

Dziennik Niewiernej
Dziennik Niewiernej
7 maja 2016
Fot. iStock/Anna Rise
 

Nie będzie to głośne odejście. Bez kłamstw, bez tej spektakularnej plątaniny pełnej niedomówień. Bez płaczu dzieci, darcia szat. Wiesz, będzie rezygnacja. Brak nadziei. To prawda, że kobieta zrobi najwięcej, żeby być z kimś. No, przynajmniej ta kobieta, która ma dzieci, ma dom, ma stałość. Robię tak wiele. Tylko ja to widzę?

ZASKOCZENIE

Powiesz: „jak to możliwe?”, przecież wszystko było w porządku. Nie wiem który to raz można tłumaczyć, że nie jest w porządku mijanie się w kuchni. Nie jest w porządku (nie)dzwonienie, nie jest w porządku ten rozdrażniony głos, przewrócenie oczami, że ja znowu coś nie tak, gdy tymczasem Ty tyle. Ale jakie tyle?

Że jesteś fajnym ojcem? Wiem. Że pozmywasz naczynia po kolacji? Wiem. Że umyjesz samochód? Wiem. Czy to jest znak, że już musimy być razem zawsze, a ja nie mogę chcieć więcej? Mam już dość udawania, że wystarczy mi ten samochód.

Może komuś wystarczy, świat pełen jest nieszczęść. „Doceń” mówi matka.

Słaniam się od poczucia winy, że mogę chcieć więcej. Grzecznym dziewczynkom nie wypada. Bo skoro już znalazły męża, który myje rano zęby, wstawia wodę na jajka i mówi „kotku”  to już znalazły wszystko. Mają siedzieć cicho, nie garbić się, mówić grzecznie „dzień dobry” i „ do widzenia”. Dygać też powinny.

– Cóż to znaczy więcej?– mruczysz.

Przecież wcale nie chcesz odpowiedzi. Chodzi o to, że Ty wiesz lepiej jak żyć. A lepiej to znaczy z Tobą, w niemieckim porządku, bez mojej depresji, bo całą przestrzeń zajmuje Twoja idealność. Prychasz, gdy chcę rozmawiać o uczuciach, ale to podobno nie jest lekceważenie to tylko męskość.

No więc, gdy mówię, że odejdę, Ty przewracasz oczami i mówisz, że jak zwykle przesadzam. „Oesu, nudzisz”.  Nie widzisz, że to tylko kolejny krok mojego odsunięcia. Pewnie, że gdy mówię, że odchodzę liczę, że w końcu mnie zauważysz. No nic, nie zauważasz.

Piję wino, idę spać.

ODPOWIEDZIALNOŚĆ

Ona jest Twoim trofeum. Świat pełen jest fiutów, Ty nim jesteś. Fiuty są przemocowe, Ty nie jesteś. Co tam, że wykładasz rzeczy, które włożyłam do lodówki, co tam, że przewracasz oczami, bo zmięte ubrania leżą na krześle, a Ty przecież lubisz porządek. Co tam, że po domu unosi się Twoje napięcie. Twoje, nie moje. To nie ja walę sztućcami, naczyniami, nie ja w co drugim słowie używam słowa: „kurde” i „pierd….lę.”

Nasze dzieci słuchają. Nie, Ty przecież nie klniesz, oni są dojrzali, rozumieją.

Tak. Rozumieją. Sześciolatek i siedmiolatka. Rozumieją wszystko, wiadomo.

Są odpowiedzialni, zupełnie jak Ty.

Mam dość tego słowa, nienawidzę go.

A może odpowiedzialność to być prawdziwym. Zawsze. Wobec każdego. Sam widzisz, że ludzie mają swoje definicje.

Piję wino, idę spać.

CZUŁOŚĆ

Gram, wiesz, w taką grę. No wiem, że przesadzam, ale posłuchaj. Liczę, kiedy mnie przytulisz. Dni liczę. Okropnie jest męczące to dziecięce proszenie. Pewnie nie pamiętasz, ale miesiącami się czaję. Tak, rozumiem, miesiące brzmi tragicznie. Nie chciałam popsuć Ci humoru, ale tak jest. Nie licząc ojcowskiego pogłaskania po głowie czy przytulenia jakbyś przytulał kumpelę z którą jeździsz konno. „Hej mała, no mała hej”.

No hej.

Głupia jestem. Chciałabym poczuć znów czyjeś ręce w swoich włosach, chciałabym, żeby ktoś pogładził mnie po twarzy, chciałabym poczuć dotyk czyjejś dłoni dłużej niż pięć minut. Nie, nikomu o tym nie mówię. Daj spokój, skończyłam trzydziestkę.

Twoim zdaniem kobiety po trzydziestce powinny powinny być dorosłe, dojrzałe i odpowiedzialne. Mizianie to wykluczenie tego.

Mizianie…. fuj.

Nie mówimy o tym, że to jest dotyk. Że samoświadomość, że prawdziwa bliskość. A kysz. Jesteś dziecinna, jestem dziecinna.

Piję wino, idę spać.

SEKS

Też jest Twoim trofeum. Mamy zajebisty seks. No przynajmniej, gdy już się spotykamy w tym niebycie zwanym codziennością, gdy nie zaśniesz na kanapie, gdy nie będziesz miał pracy, gdy….

– To Ty nie chcesz

– Nie, to Ty nie chcesz

– Nie mogę się skupić, wciąż mówisz o pracy

– Nie mogę się skupić, wciąż myślę o pracy

  Oesu, i atmosfera padła. Musisz tyle mówić?

– Musisz tyle milczeć?

Pije wino, idę spać.

Tak, doceniam weekendy. Jest świetnie, jest bosko, jest krótko.

ZROZUMIENIE

Lubisz tonem poważnym mówić że jestem dziwna (?), że taka emocjonalna. Szukam Ciebie z kiedyś. Szukam tych słów: jesteś śliczna, genialna, taka delikatna. Szukam Twojego dawnego  zachwytu, staram się. Myślę: może w tym jak podajesz mi kawę. No tak, jest w tym pewne uczucie, nie zaprzeczam.

Może w tym jak składasz moje ubrania– tak, nie zaprzeczam, miłość to podobno gesty.

Albo jak nakładasz mi makaron– nie zaprzeczam.

Ale dziś zdałam sobie sprawę, że mijają miesiące odkąd nie powiedziałeś, że jestem śliczna, chociaż tylu mężczyzn tak kiedyś uważało. I wciąż są tacy, którzy mi to mówią.

Że mijają miesiące od kiedy nie jestem „delikatna” tylko jestem „histeryczna”.

Że mijają miesiące od każdego Twojego komplementu, a lata od Twojego zachwytu.

Dlaczego ja tego nie widzę? Nie widzę na co dzień. Wiem dlaczego. Bo chcę mieć dom, rodzinę, chcę. Chcę pasować do układanki zwanej życiem.

Piję wino, idę spać.

DOCENIENIE

Szkoda, że tylko Twoja rodzina wie, że tyle Cię nauczyłam. Śmieją się: „on był taki dziki”, „Tak ciągle odrzucał te dziewczyny”, „Nie potrafił się przytulać”, „Nie potrafił mówić”. Kochana, kochana….Otworzyłaś go, wprowadziłaś w świat, tyle dałaś.

Ale wiesz co, nie chcę już być nauczycielką. Jestem zmęczona.

A może Ty zanim wyrzucisz mi emocjonalność zobaczysz, ile moja emocjonalność Ci dała.

Dzięki mnie dogadujesz się z kumplami, bo wciąż Ci tłumaczę co ktoś miał na myśli.

Dlaczego Ty się o to nie starasz?

Popycham Cię w pracy, wciąż wspieram. Mówię: „dasz radę”, „możesz”, „możesz wszystko”. Możesz. Kilku facetów powiedziało mi ostatnio, że naprawdę nie każda kobieta mówi: „możesz, wierzę”.

Miałam rację. Wciąż mi to pokazujesz.

Dlaczego Ty mi nie mówisz: możesz. Mówisz: zatrzymaj się, zrezygnuj, przestań, dość, zmądrzej. Męczy mnie ten świat na który patrzymy Twoimi oczami. Nie jest tak piękny jak był na początku, nie jest kolorowy, nie jest już nawet pewny.

Kiedyś odejdę, obiecuję.

Kiedyś się zakocham.

– Dlaczego? – spytasz.

– Ależ nic takiego– uśmiechnę się. – Wszystko jest w porządku.

„Dlaczego, cholera nie zrobisz tego teraz?!!!!!” – już słyszę Twoje pytanie.

No wiesz, lubię naszą niewyremontowaną wciąż łazienkę, lubię kolor palet i nasz telewizor. Jesteś moją kiedyś wielką miłością, tatą moich dzieci, pamięcią mojej młodości.

No i wciąż Cię kocham.

Szkoda, że tak to marnujesz każdego dnia,

Żona.


„Zostań, zmienię się”. Kiedy mąż walczy o miłość. Z dziennika niewiernej

Dziennik Niewiernej
Dziennik Niewiernej
17 lutego 2016
Fot. Unsplash / Patrick Pilz /

Powiedz, co mogę zrobić – pyta on.

Dochodzi druga, chcę się tylko położyć, zawinąć kołdrą, przespać.  „Nic nie możesz” – myślę.

– Nie wiem– mówię.

Siedzimy na stołkach w kuchni już czwartą godzinę. Boli mnie tyłek i serce, pęka głowa. „Szkoda, że powiedziałam mu dzisiaj, nie dam rady jutro na prezentacji po tej zarwanej nocy”.

Tak dużo książek i tekstów o cierpieniu zostawionego, a tak mało o kimś kto zostawia. Jakby rozstanie było winą tylko jednej strony, a nie wynikiem kryzysu, naturalną konsekwencją oddalenia.

– Pamiętasz, mówiłam, że jest źle, że powinniśmy iść na terapię, prosiłam…. W połowie zdania gryzę się w język. Po co tak gadać. Nie chce zalać go żalami, nie chce być tak jak wszyscy. Wytłumaczyć. Wybielić się. To twoja, nie moja wina. Czy to zresztą ważne dzisiaj, ja już jedną nogą tam, tu tylko dzieckiem i pamięcią.

Mój wzrok wędruje po jego twarzy, szyi, ramionach, tak pamiętam, gdy został pierwszy raz na noc, a ja rano jechałam na pogrzeb. Nie wiedziałam do wtedy, że pogrzeby mogą być szczęśliwe. Tak bliskie mi ciało, a tak obce dzisiaj.

– Nie kochasz mnie? – pyta on.

– Jakoś kocham. Chcę, żebyś był szczęśliwy.

Niemal czuję jego drżenie, robi mi się zimno. 10 lat wcześniej, gdy odchodził ode mnie P. też to czułam. Drżenie zostawianego, te chwile, gdy jeszcze coś jest fizycznie, bo jest rozmowa, ale już tego nie ma. Zamknięcie. I to: „chcę, żebyś była szczęśliwa”. Frazes to jednak cholerny. Nie wiem czy można bardziej skrzywdzić kochającą osobę niż tym: bądź szczęśliwa/ szczęśliwy. W podtekście: uwolnij mnie od tego cholernego poczucia winy.

– Muszę spać – tłumaczę – Jutro dokończymy. Idę na kanapę, pies wtula się w nogi, zawsze wolała mnie, co teraz z nią będzie. Czy zgodzi się, żebym ją wzięła?

Dzień później siedzę z Anką w kawiarni. Jestem zmulona, rozkojarzona, smutna.

– Powinien cię wyje*ać z domu – rzuca Anka.

Znów jest zła. Strażniczka moralności.

– Pewnie tak.

– Mięczak

Najeżam się.

– Siłą jest kopnięcie kogoś w dupę czy walczenie jeśli się nawaliło? – pytam.

Zawsze zadziwiała mnie ta zdolność człowieka do ocen cudzego życia. Powinno się to, tamto. To jest godność, a tamto to klasa. To jest kobiecość, a to męskość. Nie mam siły na kłótnie, jestem pusta.

Przypominam sobie seks dwa dni temu z Nim. Seks ukradziony, zdobyty dzięki kłamstwu, że wyjeżdżam. Seks już kolejny, ale przełomowy, bo zrozumiałam po nim dwie rzeczy: jestem zakochana/ jestem zakłamana. To jest smutne w romansie. Że radości zawsze towarzyszy poczucie winy, ekstazie smutek, każdy początek jest zapowiedzią końca i takie tam.

– Kocham cię – mruczał on. – Jesteś nieznośnie piękna. Każdy kawałek twojego ciała i każdy duszy jest tak, ku*wa, idealny, że nie wiem co mam ze sobą zrobić. I weź się, ku*wa, nie śmiej.

No śmieję się. Tak nienawidzę przymiotników, z wyznaniami mi nie po drodze. A może nie jestem do nich przyzwyczajona, bo nikt mnie nie wielbił i nie podziwiał, a dla niego oczywiste jest, że podziwia mnie każdy. I jak, ku*wa, nie pławić się w tym zachwycie? Jestem jak wygłodzony szczeniak, pęka mi skorupa, którą zbudowałam zaraz po tym jak pierwszy raz odrzucił mnie ojciec, a potem odrzucał mnie milion razy. Więc może dlatego wybrałam Męża, żeby nigdy z nim do końca nie być. Bo tylko z dystansowanym mężczyzną, skrytym taka kobieta jak ja jest w stanie wytrzymać na dłużej. Z tym jego: „ale o co ci znowu chodzi”, „co się czepiasz”, „odczep się”.

Więc jednak dużo mam w sobie złości do niego, bólu niespełnionej miłości, choć ona niby taka spełniona, bo kot jest, pies jest, dziecko, kawa rano i wspólna łazienka. Mam do niego złość o niezauważanie jakbym już nagle miała na imię tylko matka, a na drugie szczotka i obiad. Mam żal o brak pracy nad sobą, bo po ch*j mi jego praca teraz, gdy całą sobą jestem gdzie indziej. Gdy na inny telefon czekam, inny SMS mnie cieszy i z innym sobie kawę i łazienkę wyobrażam.

Wk**wiające w facetach jest nieziemsko to, że nagle zawsze znajdują w sobie słowa, których miesiącami wydobyć nie mogą. Że kochają i że tęsknią. Że żałują.  Nagle ten tani sentymentalizm wypływa z nich tak naturalnie, wydaje się oczywisty i jasny. I to nie jest obciach, czułostkowość. Gdy walczą stać ich na tę pasję, którą mieli tylko na początku. Esemes jeden, drugi, trzeci. Kiedy on pisał do mnie co chwila w ciągu dnia coś innego niż tylko: „spóźnię się”, „odbierz pranie”. „Kocham. Daj nam szansę”. „ Żałuję, przepraszam. Możesz zawsze na mnie liczyć. Chodźmy na terapię. A rodzina?”. „Nie mogę się skupić”. Ja też się nie mogę skupić, bo do cholery wciąż piszesz. Od kiedy nie przeszkadzam ci w pracy?

Odpisuję.

Oczywiście. Rodzina jest przecież tym o czym marzy większość kobiet. Ale możesz sobie potem w pewnych sytuacjach zadać pytanie: ważniejszy jest obrazek, stabilizacja czy próba bycia niesamotną? Bycie żoną i matką czy walka o siebie? Nie chce żyć smutno, nie chce żyć w oczekiwaniu. Mówiłam o tym nieraz. Jestem kobietą dobrą, kochającą, ale nie taką, która pójdzie na każdy kompromis.  A dlaczego ty właściwie pytasz o to dziś? Dlaczego dopiero dziś, a nie wcześniej, gdy chciałam o tym rozmawiać?

W. mój przyjaciel, zapala papierosa, krąży jak wokół stołu gdzie stoi nasz obiad jak wariat.

– Słuchaj, boję się, że Beata mnie zdradza.

Patrzę tępo w ten stół, wokół którego on tak krąży.  Hmm. Od kiedy to stałam się specjalistką od kobiecej zdrady?

– A dlaczego tak myślisz? – pytam.

Ale mam ochotę się zaśmiać. Przecież to on ją zdradza. Od lat. Różnica polega na tym, że Beata o niczym nie wie, a on każdej mówi, że to tylko przelotne. Czego on się nagle boi?

– Bo ona jest jakaś dziwna, nieobecna.

A dziwna jest. No doprawdy.

– Najważniejsze, żeby nie była samotna. Ona jest z tobą samotna – pytam?

– Nie wiem.

Nie wiem? To o czym my, do diabła, mówimy. Związki XXI wiek. Czysta miłość, czułość i troska. Dajcie więcej.

CDN.


читайте здесь diploms-home.com

прием дапоксетина

еще по теме velomarket.org.ua