Świetnie wyglądasz, masz kogoś? Nie, właśnie się rozwodzę

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
22 lipca 2016
Świetnie wyglądasz, masz kogoś? Nie, właśnie się rozwodzę
Fot. iStock / Martin Dimitrov
 

–  Ty to chyba kogoś masz – powiedziała moja znajoma do naszej wspólnej koleżanki Tosi. Tosia pół roku temu odeszła od męża i czasu wolnego, który mogłaby poświęcić na poszukiwania nowego partnera aktualnie nie posiada. Ochoty raczej też nie. – Hę? – rzuciła więc niezbyt mądrze, bardzo zdziwionym tonem. – No, bo świetnie wyglądasz. Wręcz podejrzanie dobrze. Jakbyś się zakochała – usłyszałyśmy w odpowiedzi. No jasne, samotna kobieta z dwójką dzieci nie ma prawa wyglądać dobrze bez tak ważnego powodu jakim jest nowy mężczyzna w jej życiu. Generalnie odnoszę wrażenie, że podświadomie, dobry wygląd to my zawdzięczamy jedynie facetom. I wcale nie mam tu na myśli różnych wybitnych specjalistów od medycyny estetycznej.

A przecież w przypadku Tosi było zupełnie odwrotnie. Jeszcze kilka miesięcy temu, zanim wyprowadziła się z domu i kiedy nie wiedziałyśmy o jej problemach z mężem, podejrzewałyśmy u niej ciężką anemię, lub inną poważną chorobę. Tosia chudła, bladła w oczach. Do pracy przychodziła z podkrążonymi, zapuchniętymi od płaczu powiekami, aż któregoś dnia powiedziała, że zabiera dzieci i odchodzi od męża, który znalazł sobie bliższą znajomą. A znalazł ją oczywiście z winy Tosi, która „nie zauważyła, że jego potrzeby się zmieniają i że ona – żona mogłaby o siebie zadbać, tu i tam podnieść, bo po karmieniu opadło, byle nie za jego pieniądze”.

Tosia zagrała w otwarte karty stawiając sprawę jasno: ona i rodzina albo kochanka. Żadne „potrzebuję czasu” nie wchodziło w grę. Kiedy jasne stało się, że mąż z kochanki nie zrezygnuje, spakowała siebie i dwuletnie bliźniaczki w trzy walizki i wyprowadziła się do mieszkania po babci. Mieszkania, które delikatnie mówiąc wymagało choćby odświeżenia.

Ważyła wtedy dokładnie 47 kg, a jej skóra miała odcień papieru w kserokopiarce. Gdzieniegdzie przebijały tylko cienkie, niebieskie żyłki. Wszystkie przeżycia odcisnęły piętno na jej delikatnej urodzie. Nawet zmarszczki, te od śmiechu, wokół ust ustąpiły miejsca tym od robienia „podkówki”. Nawet włosy, wcześniej lekko zawinięte na końcach, teraz zwisały smętnie dopełniając tego smutnego obrazu. Żal ściskał od patrzenia na Tosię.

I wydawało się, że dopiero teraz zrobi się naprawdę ciężko. Sama, z dwójką dzieci i olbrzymim mieszkaniem, które trzeba było dostosować do potrzeb energicznych bliźniaczek, mogąca jedynie liczyć na sporadyczną pomoc swojej, ciągle pracującej mamy. Jak tu znaleźć czas, żeby o siebie zadbać? Okazało się jednak, że (w miarę) pusta od smutków głowa i spokój (od awantur i wyrzutów) w domu, to już jakaś gwarancja lepszej organizacji. Z czasem i z pomocą mamy, udało się wygospodarować dwie godziny w tygodniu na fitness, który dodał Tosi energii życiowej i przywrócił jej dawną, spontaniczną radość. Smutek i żal zaczęła wypacać tam, na siłowni, ćwicząc i plotkując w gronie fajnych, roześmianych dziewczyn, z których niejedna miała podobne problemy.

Potem była wizyta u fryzjera i Tosia pożegnała swoje długie, czarne włosy na rzecz rudej, młodzieżowej i zadziornej fryzurki z głęboką grzywką. To był strzał w dziesiątkę. „Odkryłem w pani nowe piękno – powiedział zadowolony pan Grześ, z dumą wręczając Tosi lusterko. To był ten moment. Tosine oczy rozbłysły. Zobaczyły młodą, bardzo ładną kobietę, której nie potrafił już dostrzec w niej jej mąż. A przecież tak naprawdę zawsze taka była: pełna ciepła, łagodności, delikatna, dziewczęca. Piękna.

Tylko, że kiedy myśli zaprząta złość i smutek, kiedy głowa zajęta cierpieniem i krzywdą, kiedy mężczyzna, którego kochasz odchodzi do innej, młodszej i „bardziej atrakcyjnej”, jakoś tak nie wiadomo dlaczego widzisz się brzydszą niż jesteś. I nawet sama obecność tego, który tak zawiódł i zranił, nie motywują do zrobienia czegoś dla siebie.

Mąż Tosi również docenił „nowy wygląd”. Pokalkulował, policzył, wyszło mu, że ze starą, ale dobrze wyglądającą żoną, bez rozwodu i alimentów łatwiej mu będzie niż z wymagającą ciągle pewnych zabiegów finansowych (ma się ten gest) kochanką i wysokimi alimentami. Teraz chce wrócić. A Tosia się zastanawia. I nie dlatego, że kalkuluje, ale dlatego, że ciągle kocha. Nie do końca wierzy jednak w trwałość tego nowego strumienia gorących uczuć.

Wieczorem rozmawiam z Tosią przez telefon.  – Wiesz – mówi ona– dobrze mi ze sobą, taki spokój mam w duszy. I nawet, lubię siebie w lustrze. A przy nim, nie lubiłam. To chyba znaczy, że powinnam zostać tu, gdzie jestem.


Samotność długodystansowca… Matka, Polka, opiekunka swojego mężczyny

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 sierpnia 2016
Samotność długodystansowca... Matka, Polka, opiekunka swojego mężczyny
Fot. iStock/PeopleImages
 

W polskich kobietach, niezależnie od ich wykształcenia, czy sytuacji materialnej ciągle jeszcze tkwi przeświadczenie, że są za zachowanie swoich partnerów odpowiedzialne, a nawet, że powinny ich w wielu sytuacjach wyręczać. A polscy mężczyźni to ciągle jeszcze dużo bardziej bezkarni i wolni chłopcy niż mężowie i ojcowie. Wychowywani  i  żyjący w poczuciu, że wolno im więcej i że ONA (matka, partnerka, żona) i tak się wszystkim zajmie, wszystko „ogarnie”, czasem nie dorastają nigdy, ale rzadko kiedy zostają sami. Jakimś cudem zawsze znajdzie się dla nich jakaś „opiekunka”.

Siedzą przy wąskim drewnianym stoliku, w ciemnym kącie knajpki w górskim kurorcie. Są na wakacjach, może nawet pierwszych wspólnych, z dzieckiem. On z miną obojętną, i pustym wyrazem niebieskich oczu w spuchniętej, zaróżowionej twarzy. Niespiesznie sączy piwo z wysokiej szklanki. Ona, drobna, chuda wręcz blondynka, tuli do siebie roczną dziewczynkę. Najlepsze, złote kolczyki i świeżo farbowane włosy zdradzają jak ważny dla niej ten wspólny czas.  – Weź na chwilę małą, ciężko już mi – mówi do niego prosząco. – Nie, bo się będzie darła – odparowuje on. – Lepiej już sama ją trzymaj. Z resztą, ja jestem na urlopie.

Więc chwilę potem ona z pomocą innej, obcej kobiety układa małą w spacerówce, a on gapi się w ekran telefonu.

Może i nawet chciałby pomóc, chciałby coś zrobić. Przez chwilę z wyrazem podobnym do zakłopotania patrzy na żonę i dziecko. Ale nie umie. Przecież nigdy tego nie robił. Nigdy nie został sam na sam ze swoją córką. Tak samo jak nigdy nie był specjalnie czuły, ani wylewny dla swojej żony. Spotkali się, a może znali od zawsze, pobrali, urodziło im się dziecko. Ale emocje i troskę widać dziś tylko na jej twarzy.

Kiedy kelnerka przynosi obiad, on niezdarnie wytrąca jej z tacy półmisek. Blondynka zrywa się natychmiast i zbiera resztki sałatki warzywnej z podłogi i koszuli męża.

– Daj spokój, nie rób cyrku – krzyczy on – oni po to są, płacę za obsługę.

Prosi o kolejne piwo, a chuda blondynka cichnie i blednie. Długo szepce coś mężowi do ucha. – Dopiero jedno wypiłem – odpowiada jej on głośno i bez skrępowania. W oczach blondynki szklą się łzy. Mimo woli posyłam jej współczujące spojrzenie. To błąd – dla niej nie ma chyba nic bardziej upokarzającego niż ludzkie współczucie. Przecież wszystko jest jak trzeba. Jest mąż, są dzieci i wakacje w górskim kurorcie. Jest plastikowa ciupaga przy wózku i opalenizna.

Tylko to poczucie gdzieś w środku, że to wszystko nie tak miało być. I wstyd i zmieszanie, gdy po trzecim piwie mąż zaczyna w końcu interesować się śpiącą córeczką, a po czwartym rozprawia na głos o  rodzinnych problemach.

Kilka godzin później, inna ona i inny on na popularnym deptaku w centrum miasta. Modne, sportowe ubrania, uroda jak z reklamy. Piękni trzydziestoletni, stoją w kolejce na wystawę figur woskowych. Nagle on podnosi głos na innego kolejkowicza, który spokojnie tłumaczy, że „zajął” sobie miejsce, bo nie może  tak długo stać. Trzydziestoletni wydyma usta, jest poirytowany. Nie lubi czekać i nie jest przyzwyczajony do czekania. Obrażony wytrąca z ręki oniemiałemu starszemu panu pamiątkowa kulę ze szkła i odchodzi, rzucając w stronę swojej dziewczyny:  Jeśli nie jesteś po mojej stronie, to nie wracaj do hotelu. Czar pryska, nie pomaga już nawet biel wybielonych zębów na tle opalonej na brąz, przystojnej twarzy. To zdecydowanie jest typ bad boya. I grymas kapryśnego potworka.  „Uciekaj” – chciałoby się krzyknąć towarzyszącej mu brunetce o sarnich, łagodnych oczach. Ale ona nie ucieknie. Ona już wzięła na siebie odpowiedzialność za niego. Tłumaczy, uspokaja, próbuje złapać go za rękę. Na próżno.

– Bardzo pana przepraszam – mówi zaróżowiona od wstydu do starszego pana. – Zwrócę panu pieniądze za tę pamiątkę. Proszę powiedzieć ile. – Niech już pani da spokój – odpowiada starszy pan.  To nie pani wina…

Ale młoda brunetka, tak jak i drobna blondynka z córeczką w wózku, czuje się winna. Bo może za mało się starały, za mało były czujne, nie zauważyły w porę jego zniecierpliwienia, złego nastroju, zmęczenia.  Teraz chcą rodziny jak z obrazka, albo choćby takiej jak w ukochanym serialu. Żeby on, na te dwa tygodnie, albo na kilka dni zamienił się w kogoś kim nigdy nie był, bo nikt nie pokazał mu jak to zrobić. Czy to jest w ogóle możliwe?

Pewnie tak, jeśli on znajdzie w sobie siłę i motywację do zmian, a ona przestanie mu bezkrytycznie matkować. Póki co, taki układ trwa. Bo tak jest (jemu) wygodniej.


Posłuszne dziewczynki idą tam, gdzie chcesz. Pomóż im odnaleźć siebie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
19 lipca 2016
Fot. iStock/misfire_asia

Opowiem ci dziś trochę o sobie. I jeszcze o tysiącach takich jak ja, którym w dzieciństwie nakazano, a w dorosłości nikt nie powiedział, że już nie trzeba, być posłuszną. Posłuszną, to znaczy przyjmować ślepo i bez dyskusji do wiadomości co do ciebie należy, co ci czuć wolno, a czego nie powinnaś. I jeszcze, żeby nie odzywać się niepytana, bo tobie nie wypada.

Mam lat trzydzieści, czterdzieści albo i sześćdziesiąt. Dawno dorosłam, choć w moim życiu nie zmieniło się wiele. Dużo się uśmiecham, jeszcze częściej śmieje się na głos. Problemy? Ja nie mam problemów. U mnie wszystko jest dobrze. Musi być dobrze. Ja zawsze byłam posłuszną dziewczynką.

Takie posłuszne dziewczynki jak ja, w dorosłym życiu

Zazdroszczą innym, nieposłusznym

Ale nigdy nie pokazują tego wprost. Wystarczy jeden, niepozorny komentarz, jedna cienka szpileczka, która skutecznie przekłuje cały balon cudzego szczęścia. Bo skoro ja nie miałam tej wolności, to dlaczego ona ma ją mieć? Dlaczego ty masz cieszyć się swoim życiem bez kompleksów? Ciągle dobrze wiem, czego mi nie wolno. Nie wolno mi wychodzić przed szereg, więc drażnią mnie kobiety, które otwarcie i ze swobodą wyrażają swoje zdanie, choćby było kontrowersyjne lub odmienne niż opinia pozostałych.

Nie wolno mi postawić siebie na pierwszym miejscu, więc nie lubię tych, które potrafią o siebie zawalczyć. Rzadko kiedy stanę po ich stronie. Nie wolno mi nie być odpowiedzialną, więc nie mogę patrzeć na ciebie, kiedy tak beztrosko wychodzisz z domu, zostawiając go na cały wieczór. Ty pewnie nawet nie masz wyrzutów sumienia z powodu pustej lodówki. Dla mnie to nie do pomyślenia. Nie umiem zrzucić z siebie tej odpowiedzialności za innych. Nie umiem też żyć bez niej. Zazdroszczę ci wolności, bo moja jest tylko pozorna.

Nie bój się, nie okażę ci nienawiści, ani złości. Moja niechęć do ciebie pozostanie gdzieś wewnątrz mnie, od czasu do czasu wymykając się tylko jakimś słowem, spojrzeniem, jakimś niegroźnym działaniem przeciw tobie. Jeśli jesteś nieuważna, nawet się nie zorientujesz.

Prędzej skłamią, że są szczęśliwe niż przyznają, że mają dość

Nie, nie powiem, że jest mi smutno albo źle. Ja nie mam prawa czuć się nieszczęśliwa, bo nie mam prawa chcieć więcej niż to, co mam. A jest tego tak wiele: rodzina, praca, dom. Ja czuję, że powinnam być z tego życia zadowolona. Co innego moje słabości. Mam ich mnóstwo. Jestem zdecydowanie niedoskonała. Zazdroszczę ci twojej pewności siebie. A przynamniej tego, że dobrze ci ze sobą. Jako dziewczynka nie umiałam skupić się na sobie uważnie, zrozumieć w czym leży moja siła. Nagradzano mnie za posłuszeństwo, nie za moje osiągnięcia. A osiągałam to, czego ode mnie wymagano, na więcej nie miałam już siły. Cieszyłam się, gdy się udawało, bo okazywałam się godna pochwały. Smuciłam, gdy zawodziłam. Nie sięgałam po marzenia inne, niż te, na które mi pozwolono. Przeraża mnie myśl, że szczęście może dać mi coś innego niż życie zgodne z oczekiwaniami innych.

Chcą by ich córki były także posłusznymi dziewczynkami  

Moja mama wychowywała mnie twardą ręką. – Dzieci i ryby głosu nie mają – mówiła. I tak właśnie było. W domu najpóźniej o 20-tej, żadnego nocowania u koleżanek, żadnego spotykania się z chłopakami. Dopóki mieszkasz w moim domu, mieszkasz tu na moich zasadach. Ubierasz się tak, jak ci na to pozwalam, twój czas wolny jest czasem nad którym to ja mam kontrolę. Takiego życia dla mojej córki chcę i nie chcę. Wydaje mi się, że to jedyna bezpieczna droga. Ale prawda jest taka, że innej po prostu nie znam. Ona nie jest mną. Buntuje się, wymyka, chce iść swoją drogą. Boję się tego i podziwiam ją jednocześnie. Zazdroszczę jej tej odwagi i znowu staje się złą matką. Tak, w głębi serca wiem, że to jest złe.  Narzucam jej posłuszeństwo i tłamszę jej prawdziwą naturę. Widzę w niej siebie i jest mi smutno. Chciałabym być inna. Dla niej.

Posłuszne dziewczynki idą tam, gdzie chcesz, bo nie nauczyły się sprzeciwiać. Może zrobić im krzywdę, możesz pokazać im że mają wybór, ale nie spodziewaj się, że od razu wybiorą dobrze. Wiążą się z silnymi mężczyznami, którzy mówią im co mają robić. Oni sterują ich losem i decyzjami jak rodzice w dzieciństwie. Posłuszne dziewczynki za wszelką cenę chcą twojej akceptacji. Pomóż im odnaleźć siebie.


steroid-pharm.com/

https://medicaments-24.net

У нашей компании полезный сайт с информацией про Купить Вимакс https://cialis-viagra.com.ua