„Wyszedł rano na siłownię i już nie wrócił” – pisze do mnie znajoma. Jak to wyszedł i jak to nie wrócił? Faceci to ch*je. Naprawdę

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
5 marca 2018
Fot. iStock/Kikovic
 

„Wyszedł rano na siłownię i już nie wrócił” – pisze do mnie znajoma. Jak to wyszedł i jak to nie wrócił? Przecież tydzień temu byli na przedłużonym weekendzie w ekstra hotelu. SPA, pyszne jedzenie, piękne okoliczności przyrody. Dziecko zostało u babci, żeby oni mieli w końcu czas tylko dla siebie. Małżeństwo po kryzysie. Takich wiele. I super, kiedy wszystko zaczyna układać się na nowo, kiedy, kurde, oboje dochodzą do wniosku, że co ich nie zabije, to wzmocni. Świadomi swoich błędów, chętni do zmian. Bo w końcu doszli do wniosku, że się kochają i że bez siebie żyć nie mogą i nie chcą.

I tylko przyklasnąć. Jest dziecko, kilkanaście lat wspólnie spędzonych. Jak ludzie chcą o to zawalczyć, to trzeba im kibicować ze wszystkich sił. I kibicowałam. Ona mówiła, że jest coraz lepiej, że przegadali wszystko, że wiedzą, czego od siebie nawzajem oczekują. On zapewniał, że kocha, że byłby głupi, gdyby z niej zrezygnował. No wiecie – taka sielanka, z której jednak wybrzmiewała pewna dojrzałość zdobyta z doświadczeniem kryzysu.

I nagle ŁUP. Cudowny weekend, zdjęcia na fejsie, aż się trochę rzygać chciało od tego szczęścia. Ale dobra, niech się sobą cieszą, w końcu takie ich prawo i nikomu nic do tego. A po weekendzie – czarna rozpacz. Wyobraźcie sobie – macie obok siebie faceta, który zapewnia o swojej miłości, przekonuje, że życia sobie bez was nie wyobraża. Ba, co więcej snuje plany na przyszłość, pojawia się nawet nieśmiało propozycja o drugim dziecku – i to ON o tym mówi, nie ona. Po czym ch*j wychodzi w sobotę rano i nie wraca do domu. Jedyne na co go stać, to na telefon i wyrzucenie z siebie: „Nic nas nie łączy. To koniec”. Ja pie*dole. Aż mi się wierzyć nie chciało, bo nie myślałam, że takie typy po świecie jeszcze chodzą. Znam przypadki ojców moich koleżanek, którzy wychodzili po zapałki i nie wracali, ale to było kilka dekad temu. I że teraz? Teraz też tak można potraktować drugiego człowieka?

Ch*j mnie obchodzi, jak tam między nimi było, gdzie leży większa lub mniejsza wina albo kto swojej nie widział. Nie to jest istotne. Jestem załamana faktem, że facet wychodzi sobie z domu, w którym jest jego żona i dziecko, i postanawia nie wracać, choć dzień wcześniej zapewniał, że ją kocha i że ona jest dla niego całym światem. I nie mówcie mi, że sobie tego nie zaplanował!

Bo jak? Coś mu się przez noc w mózgu przestawiło? Jakieś klepki zabrakło? Może poduszka czymś nasączona była, że odebrała mu zdolność zdroworozsądkowego myślenia? Bo jak do jasnej cholery wytłumaczyć to, co zrobił? Jak zrozumieć? Jak powiedzieć: „Spoko, stary, znudziło ci się małżeństwo, masz dosyć swojej żony, masz prawo odejść”. No ku*wa, każdy ma, ale to w jaki sposób odchodzi ma znaczenie!

Wydawałoby się – dwoje dorosłych ludzi, którzy spędzili ze sobą spory kawałek swojego życia. Dużo razem przeszli – fazę zakochania, ślub, wspólny poród, śmierć jednego z rodziców, kiedy byli dla siebie ogromnym wsparciem, nieprzespane nocy, jego zabieg w szpitalu, kiedy ona się denerwowała. Wspólne wakacje, wyjazdy, ważne życiowe decyzje, plany. Zaufanie, poczucie bezpieczeństwa.

Jakim trzeba być ch*jem, żeby wyjść i po tym wszystkim nie mieć nawet odwagi spojrzeć tej kobiecie w oczy i powiedzieć: „Przepraszam, nie kocham cię. Odchodzę”. Ona nie zasłużyła na to? Na taką szczerość? Na cywilną odwagę zmierzenia się z jej emocjami, furią, łzami? Jakim tchórzem trzeba być, żeby tak się zachować? Jakim gnojem, żeby tak upokorzyć kobietę, która go kocha, którą on kiedyś też kochał?

Miał odwagę wrócić, kłamać jej przez ostatnie tygodnie, a może miesiące bez zająknięcia zapewniając o swojej miłości, a nie potrafił przyznać, że tego nie dźwiga, że się wypaliło, skończyło, że on już nie chce się starać, bo dla niego nie ma to sensu?

Ona naprawdę na to nie zasłużyła? Po tylu latach dostaje jeden, ku*wa, telefon. TELEFON. I on mówi, że nic ich nie łączy? Chce tak myśleć? Ona jeszcze kocha, jeszcze czeka, jeszcze chciałaby porozmawiać, żeby zrozumieć co się stało. Bo, do cholery, na to zasługuje. Na to, by usłyszeć całą prawdą, nawet jeśli dla niej miałaby być najbardziej bolesna. Ona teraz pyta siebie, co się stało, dlaczego, kim dla niego była, skoro potraktował ją gorzej niż psa. Porzucił. Bez słowa. Bo nic nie jest jej winien, bo on już nie nie musi.

Stary, ale ona musi dalej żyć z bólem, który jej zadałeś. Musi żyć, bo macie wspólne dziecko. Ty się zwinąłeś, a to ona musi znaleźć w sobie siły, żeby zebrać się w garść, podnieść z łóżka. Jakbyś ją pokopał – tak się czuje. Boli ją całe ciało. Jak posiniaczone. Jest zdruzgotana.

I wiesz, takim ch*jom wyzutym z ludzkich odruchów, życzę jednego – żeby karma do was wróciła. Żebyście kiedyś poczuli się tak poniżonymi, jak szmata. Żeby ktoś wyrzucił was na śmietnik, bo będzie miał już dość. Bez słowa wyjaśnienia.

Ona zasłużyła na przepraszam, na kilka zdań rozmowy. Ale ty tego nigdy nie zrozumiesz. Dobrze, że ona ma ludzi wokół, którzy otoczą ją opieką i pomogą wstać. Ale jej rana nigdy się nie zabliźni. Chcę żebyś to wiedział, żeby wiedział to każdy facet, który tak ucieka, jak tchórz. Tak, jesteś zwykłym tchórzem. Nie zasługujesz na jej łzy, ona to pewnego dnia zrozumie. Ty, nigdy się przed sobą nie przyznasz,że jesteś zwykłym dupkiem. Zawsze nim będziesz. A ona – ona się dźwignie, zmieni, nabierze sił. I wierzę, że kiedyś powie: „Jak dobrze, że tego fiuta nie ma w moim życiu”.


„Botoks. W końcu się zdecydowałam. Na to moje czoło już patrzeć nie mogłam”. Jęknęłam z zazdrości. A może lepiej mieć w dupie starzenie się z godnością?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
19 marca 2018
Fot. iStock/skynesher
 

Dzwoni do mnie przyjaciółka: „Ja pie*dole, co ja sobie zrobiłam!”. Myślę, jaki czort, co jej się znowu mogło przydarzyć, bo już chyba było wszystko. „Botoks. W końcu się zdecydowałam. Na to moje czoło już patrzeć nie mogłam”. Kiedy gadamy przez telefon, ona wysyła mi swoje najnowsze zdjęcia. K*rwa efekt powalający. Aż jęknęłam z zazdrości. Wygląda zajebiście, z osiem lat młodziej i to tym razem nie jest zasługa filtrów nałożonych na fotkę.

„Przyjeżdżaj” – mówię, bo to cudo muszę zobaczyć na żywo, inaczej nie uwierzę. Bardzo długo miałam kompletnie obojętny stan do wszystkich wstrzykiwanych w skórę nowości, co to miały zrobić kobiety pięknymi, młodymi i jaśniejącymi. No tak, miałam to w dupie, bo sorry, ale mnie to nie dotyczyło. Kto by się martwił swoją cerą, jak się ma nawet te 35 lat. Myślisz sobie – przyjdzie lato, trochę słońca twarz złapie i znowu będzie pięknie. No tak. Tylko w życiu 90% kobiet przychodzi w końcu taki dzień, kiedy stajesz przed lustrem i z lekkim zaskoczeniem zaczynasz przyglądać się swojej twarzy. Najpierw z daleka dotykasz delikatnie palcami. Później zaczynasz przybliżać twarz do lustra, naciągasz kąciki oczu i ust, marszczysz czoło, nos. No k*rwa są! No są jak byk te cholerne zmarszczki. Oczywiście, możemy sobie wmawiać, że te od śmiania się są cudowne, dodają nam uroku, świeżości, wyróżniają nas na tle innych posępnych twarzy. W końcu jak ktoś śmieje się całym sobą, radością i zachwytem potrafi zarażać innych, no nie?

Ale co, jak się ogólnie marszczy? Zmarchy takie takie wielkie wokół oczu, pal sześć. Ale to, co dzieje się z czołem?!? To jest dopiero masakra. Nigdy nie myślałaś o grzwce, a teraz właśnie zaczynasz o niej marzyć! Grzywka zakryje wszystko! Już nikt na zdjęciach ze służbowych czy towarzyskich kolacji, spotkań czy wyjazdów nie będzie skupiał uwagi na tym morzu zmarszczek, które bezkarnie wypłynęło na twoje czoło!

I można sobie smarować twarz czym wlezie, rzucać się na wszelkie nowości. Wklepywać co i rusz inne mazidła, ba – samemu nawet robić kosmetyki. Na nic cały ten wysiłek, bo zmarszczki jak są, tak nie znikną. Choćby nie wiem co. To znaczy – wiem co. Botoks.

Brrr botoks. I już widzę te wszystkie napompowane policzki, przerysowane twarze. To wrażenie, gdy podchodzisz blisko i z przerażeniem stwierdzasz, że to kiepska podróbka Michaela Jackson, o którego zawsze się bałam, że odpadnie tu nos, a tu się boję, że nos to pikuś, bo na bank za nim polecą policzki i usta, a oczy wpadną do środka, bo nic ich nie będzie w stanie trzymać. Masakra. Zgadzam się. Kiedyś rozmawiałam z fajnym gościem od tych wszystkich ostrzykiwań. Nie ukrywał, że my, kobiety robimy sobie krzywdę zmieniając się w karykatury samych siebie. „Ale tak wcale nie musi być” – dodał na koniec i kurde tym jednym zdaniem mnie zatrzymał. Bo odkąd odkrywam kolejne i kolejne zmarszczki na mojej twarzy, zaczęłam się uważniej przyglądać innym. I jakież było moje zdziwienie (zdziwienie u mnie równa się coraz głębsze zmarszczki, f*ck), gdy zaczęłam dostrzegać wyprasowane czoła. Serio! Słuchajcie, to jest nieprawdopodobne, ile kobiet korzysta z botoksu, nie przyznaje się do tego, bo wiadomo, nie chce być posądzaną o plastik, ale kurde. Nikt mi nie powie, że to zasługa peelingów i medycyny naturalnej. No, co to to nie. Jasne, że znam kobity, których skóra grubo po 40-tce wygląda fantastyczne, cóż – pozazdrościć genów, a ty się bujaj z tymi zmarchami i myśl, co by tu zrobić, żeby jakoś wyglądać. I żeby za kilka lat grawitacja nie pociągnęła tych zmarszczek w dół do tego stopnia, że zakryją mi pół twarzy.

Wiecie, uczestniczyłam w niejednej babskiej rozmowie, kiedy to część zarzekała się, że będzie starzeć się z godnością i przyjmie na klatę, tfu – na twarz wszystko, co przychodzi do nas z wiekiem. Kurde, ale ja mam zgrzyt – bo niby naturalnie, a jednak kremiki z kolagenikiem w ruch idą. Nikt nie każe się przecież nikomu ostrzykiwać, ale z drugiej strony, jeśli ma to komuś poprawić samopoczucie? Dla ludzi to wymyślili, tylko, że zapomnieli dodać, że myślących. Ja tam nie widzę przeszkód, żadnych. Zresztą nie mnie w ogóle to oceniać, bo i po co i na co.

Dobra, przyjechała G. z tym swoim botoksem. I wiecie, niby nic się nie zmieniło, niby ta sama buzia, a jednak… inaczej. Nikt z jej bliskich nawet nie zauważył, że jakby lepiej wygląda. „Daj spokój, u mnie w chacie mówią, że w końcu się wysypiam i wyglądam jak człowiek”. Zaczęłam rechotać, ale ona jakoś taka nienaturalnie poważna, uśmiecha się półgębkiem. „Ząb cię boli?” – pytam, a ona mierzy mnie morderczym wzrokiem. „K*rwa albo chcesz być młoda albo spontaniczna” – wyrzuca z siebie w końcu. Płaczę ze śmiechu, kiedy ona zaczyna się też śmiać, a nos jej się marszczy w jakiś taki nienaturalny sposób. „No widzisz. I wszystko by było pięknie, gdyby nie to, że przecież ja śmieję się całą twarzą, nie umiem inaczej, przecież wiesz”. Ocierając łzy dyskutujemy o wyższości młodości nad spontanicznością. Czemu nie można mieć wszystkiego? „Umówię cię na wizytę, zrób sobie też, dlaczego tylko ja mam się męczyć” – mówi. Kurde, w sumie przez kilka tygodni poczuć się młodszą i piękniejszą… Kusząca propozycja. A ten nos? Ee nos może jakoś przeżyję. Dam znać, czy się zdecydowałam. I którą z wartości wybieram. I czy fajnie się nie starzeć z godnością.


Nic tak nie rozwala związku, jak siedzenie sobie na łbie. W zdrowiu i chorobie. A już w chorobie, to jakaś masakra!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
28 lutego 2018
Fot. iStock/cookelma

Tego nie da się przeżyć! Niby tak się kochamy, tak nam jest ze sobą cudownie, eh i ach, spijanie z dziubków. A tak naprawdę – zastanawialiście się kiedyś, ile razem spędzacie czasu. Tak naprawdę na maksa razem? Pewnie większość odpowie: „Zdecydowanie za mało”. A ja wam powiem: „I bardzo dobrze!”. Bo coraz częściej dochodzę do wniosku, że nic tak nie szkodzi związkowi jak zbyt długie siedzenie sobie na łbie.

Masakra. Siedzę w domu z rozwaloną nogą. Uziemiona na maksa, frustracja wylewa mi się uszami, bo nienawidzę takiego uwięzienia, a wartością jaką w życiu cenię najbardziej jest wolność. Tymczasem zamknięto mnie w klatce gipsów, wyciągów i czterech ścian. Dobrze, że jeszcze popracować zdalnie mogę. Jakaś rozrywka. Ale w domu jest też ze mną mój mąż. Miesiąc na zwolnieniu, z wizją kolejnego miesiąca. Ogólnie to naprawdę fajny chłopak. Zawsze można na niego liczyć, ale on z kontuzją mega i do tego przeziębiony. Wczoraj co pół godziny podchodził (ja pracuję!) pytać, czy nie ma czasem głowy gorącej. Kręci się w kółko, bo wiadomo – na dworze -15, więc w chacie siedzi. I tak łazi bez konkretnego celu, chyba tylko jedne ma – żeby mnie wku*wić jeszcze bardziej. To kawa, herbata dziesiąta kanapka, telefon. Zaprosił sobie nawet panów od kanalizacji na kawę, bo coś koło nas robili, a tak zmarzli. Dla towarzystwa, żeby sobie pogadać. Myślałam, że go zabiję. Ba, nadal tak myślę, mówię, żeby chował wszystkie ostre rzeczy z zasięgu mojego wzroku, bo w końcu w niego czymś rzucę.

Dwójka sfrustrowanych dorosłych osób w chacie kolejny i kolejny dzień, to taka kurwa mieszanka, która potrafi wszystko rozwalić. On przeziębiony, więc umierający. Chusteczka chusteczkę w domu pogania. Kręci nosem, czepia się, próbuje przejąć kontrolę nad moim życiem nieustannie chcąc mnie z czegoś wyręczyć, jakby nagle z chorą nogą ubyło mi szarych komórek! Warczę, szczerzę zęby wcale nie w uśmiechu, bo jakbym dorwała się do jego tętnicy… To krew by tryskała na prawo i lewo, a na mnie pewnie nie zrobiłoby to najmniejszego wrażenia.

I tak sobie siedzę i myślę, że nic tak nie może zaszkodzić związkowi, jak długie przebywanie ze sobą. Wiadomo, urlop, ok. To zupełnie inna bajka. Jest miło, odprężająco, wszyscy zadowoleni, bo w końcu czas mogą spędzić wspólnie. Jest cudownie, nawet mimo małych starć. Choć ja z tych, co na wiele rzeczy mają wywalone i wiele odpuszczają nie przejmując się specjalnie pierdołami.

Ale codzienność krok w krok, kiedy włazicie sobie na łeb, pakując się w swoją wyrobioną od dawna przestrzeń. „Wzięłaś dowód”, „Zadzwoniłaś”, „Spytałaś”, „Masz coś do prania”, „Co na obiad” – ku*wa, jakaś faza natręctw. Jakbym wcześniej nie umiała funkcjonować społecznie i teraz trzeba mnie za rączkę prowadzić, o wszystko pytać, o wszystkim przypominać. HALOOO.

To nie dla mnie. Potrzebuję oddechu. Wolności. Samotności. Pamiętam, jak kiedyś, dawno temu, Kora powiedziała, że mają z mężem osobne sypialnie. Wszyscy się oburzali, że jak to, że gdzie bliskość, intymność, co spaja związek? Jakby wspólna sypialnia mogła spajać. Błagam. Znam wiele par, które dzielą swoją sypialnię i co z tego? Koncepcja Kory mi się podoba. Bardzo. Im bliżej i więcej czasu jestem zmuszona spędzać w towarzystwie mojego męża (bo zmusza mnie do tego zastana sytuacja), tym bardziej doceniam, kiedy możemy mieć tylko swój czas. Kiedy każde zajmuje się tym, co aktualnie lubi, chce, musi, robi.

Nie umiem żyć w zależności, w ubezwłasnowolnieniu, które dla mnie zamyka się w:

„Czego szukasz?” – on.

„Swojego portfela” – ja.

„Już ci wziąłem”.

Wku*w. Wiem, przerysowany, przesadzony moja frustracją uwięzienia w ciele, które nie może mi pomóc się z tego wyrwać. Ale jak ON mógł wziąć MÓJ portfel, ja naprawdę umiem to zrobić sama. Umiem o siebie zadbać na co dzień. Nie potrzebuję niańczenia, wytykania, że o czymś zapomniałam, bo zawsze prędzej czy później bym sobie przypominała.

Dzisiaj to ja nawet nie marzę o dwóch osobnych sypialniach, ale o dwóch różnych mieszkaniach. Gdzie moglibyśmy być osobno, każde w swoim wkurzeniu, złości, ale też gdzie można by było od siebie odpocząć. Zdystansować się, spojrzeć na siebie trochę z boku i znowu się wspólnie pośmiać z żartów. Tymczasem jestem jak najeżona igłami. Nienawidzę.

Nie mogę zostać sama, wyciszyć się, poszukać w głowie pytań i odpowiedzi. Kiedyś przeczytałam, że miłość to spotkania. Zgadzam się, ale dziś dokładam do tego jeszcze jedno. Że miłość, ta na stałe, na co dzień, to też spotkania. Spotkania po pracy w domu, przy porannej kawie, przy wspólnym filmie wieczorem, w kinie… Te spotkania budują nasze szczęście, fakt, że możemy je z kimś dzielić. Jasne, że normalnie tego nie dostrzegamy. Kawa to kawa, wieczór fajnie, wspólne wyjście ekstra.

Ale teraz wyobraźcie sobie, że jesteście razem cały czas. Minuta po minucie. Ty siedzisz, czytasz książkę, on przechodzi – raz drugi, kręci się, coś mu nie pasuje. Tobie nie pasuje jego kręcenie się. Pytasz, o co chodzi, ale słyszysz tylko burknięcie pod nosem. Myślisz: „Ch*j, olewam”. Ale ile razy można? Sama jesteś nie lepsza. Bo ja wiem, że ze mną obecnie cholernie trudno wytrzymać

Chcę uciec. Przysięgam. Uciekłabym już dzisiaj, wyrwała się. Ale jak w końcu miałam okazję, to się auto popsuło, mrozu nie wytrzymało i znowu zostałam zamknięta w czterech ścianach. Nie mogę iść pobiegać w samotności, nie mogę wypić kawy w samotności. Pies zerka tęsknym okiem za długim spacerem, a mi pozostaje mieć nadzieję, że jakoś to będzie, jakoś to przetrwam. Ale gdyby miało to trwać non stop, my byśmy nie przetrwali. Nie tylko miłość, także związek to spotkania. I niech tak zostanie, niech tak będzie. Między tymi spotkaniami, niech każdy ma swój czas, swoje miejsca, swoje pragnienia i marzenia. I nie przestaje się realizować w oderwaniu od innych, nawet najbliższych.

Marzę o spacerze. Długim, najdłuższym na świecie. Przeglądam trasy w Tatrach, żeby wyjść na kilka dni i nie musieć schodzić. Bez ludzi. Sama. Ogarnąć swój wkurw. Poczuć siebie, dać przestrzeń swoim myślom. I wrócić. Z miłością i wdzięcznością za spotkania z moim mężem. A teraz modlę się, żeby nie dostał kolejnego L4. 😉


www.pillsbank.net

https://pillsbank.net

У нашей организации классный интернет-сайт про направление паер http://profvest.com